[Wyświetlanie 10-minutowego filmu „10 rocznica KOR-u”.]

[Dyskusja panelowa: „Z pomocą ludziom prześladowanym”

Prowadzący: prof. Andrzej Paczkowski,

referat: Paweł Sasanka – „Represje wobec uczestników strajków z czerwca 1976 r.”

Uczestnicy: Mirosław Chojecki, Anka Kowalska, Zbigniew Romaszewski, Henryk Wujec

 

Głosy w dyskusji:

Jan Rulewski

Zbigniew Mojek

2 głosy z sali ?

Maria Pernach

]

 

Andrzej Paczkowski

Zanim poproszę panelistów do stołu mam relaksującą uwagę po obejrzeniu tego filmu: wiemy kto powinien być sponsorem naszej konferencji - albo fabryki produkujące „Zytnią” albo fabryki papierosów. Film ten to reklama nadużywania dwóch tych specjalnych środków. A teraz proszę bardzo na podium: panią Ankę Kowalską (oklaski), pisarka,  wedle stanu na rok 1976 redaktorka, Mirosława Chojeckiego – chemik, senatora Zbigniewa Romaszewskiego – fizyk oraz Henryka Wujca - – także fizyk. Na początek, w sposób syntetyczny, zakres, skalę i charakter represji przedstawi Paweł Sasanka, historyk z Instytutu Pamięci Narodowej, autor książki „Czerwiec 1976”. (oklaski)

 

Paweł Sasanka [tekst referatu ]

Szanowni Państwo. Akcja masowych zatrzymań uczestników demonstracji w Radomiu w dniu 25 czerwca 1976 roku zaczęła się wieczorem i trwała z największym nasileniem w nocy i następnego dnia. Do końca lipca zatrzymano w radomiu około 650 osób. W rzeczywistości należałoby tę liczbę powiększyć o wymykające się wszelkim statystykom osoby zatrzymane, często pobite, które po kilku godzinach zostały zwolnione i poniosły konsekwencji karnych. W Ursusie liczba osób zatrzymanych w dniu protestu i w następnych dniach wyniosła 194, w Płocku zaś 55. Oznaczałoby to, że w całym kraju zatrzymano co najmniej około 900 osób. W rzeczywistości przez korytarze, pomieszczenia, cele komend przewinęło się zapewne więcej. KOR szacował, że w samym radomiu zatrzymano około dwóch tysięcy osób. Początkowo chodziło zapewne o zatrzymanie jak największej liczby osób znajdujących się w rejonie wydarzeń, a które dopiero później mogłyby być identyfikowane na podstawie milicyjnych notatek, materiałów operacyjnych czy też donosów. Wiele osób wspomina, że na ulicach Radomia i Ursusa trwały regularne polowania na przypadkowych ludzi zatrzymywanych na ulicach i wyciąganych z domów. Czasem na podstawie kryteriów tzw. brudnych rąk, co miało świadczyć o uczestnictwie w walkach ulicznych. Odnotowano kilkadziesiąt przypadków działań mających służyć poręcznej dla propagandy kryminalizacji czerwcowych protestów. Zatrzymanych wożono po mieście każąc zbierać porozrzucane na ulicach przedmioty. Samochód wracał już z podejrzanymi o kradzież i z zakwestionowanymi przedmiotami. Przechodniów groźbami zmuszano do podniesienia towarów z ulicy, aby po przejściu kilkunastu metrów zatrzymać ich już z rzekomo skradzionymi przedmiotami. Przeprowadzono też akcję zatrzymań osób mających przeszłość kryminalną, bez zwracania uwagi na ich zachowanie w dniu protestu. Nagminnie przypisywanym zarzutem było rzucanie kamieniami w milicjantów, rzucanie haseł, demolowanie sklepów lub kradzież. W większości były one wymyślone na poczekaniu. W przypadku zarzutów o kradzież sprawę od razu dokumentowano, fotografując zatrzymanych z rzekomo przez nich ukradzionymi towarami w rzeczywistości wciskanymi im w ręce przez milicjantów.

Ścieżki zdrowia. Przeprowadzanie zatrzymanych przez szpaler funkcjonariuszy bijących przechodzącego po całym ciele miało miejsce wcześniej w Poznaniu, w czerwcu 1956 roku, w grudniu 1970 roku na Wybrzeżu, ale dopiero od czerwca 1976 roku do tej okrutnej represji przylgnęło brzmiące ponurą ironią określenie ścieżki zdrowia. Upowszechnili je sami milicjanci i funkcjonariusze SB, ZOMO, a fakt że padały one z ust bijących jednocześnie w Radomiu i Ursusie może świadczyć o tym, że to zachowanie było elementem wcześniejszego szkolenia. Oprócz komend wojewódzkiej i miejskiej oraz aresztu śledczego w Radomiu ścieżki zdrowia praktykowano także w okolicznych miejscowościach. W Warszawie bito w ten sposób w Komendzie Milicji w Ursusie, w areszcie śledczym na Rakowieckiej. Jaki był zasięg tej formy represji? Spośród pięciuset świadków przesłuchanych przez Prokuraturę Okręgową w Radomiu w śledztwie prowadzonym w latach 1995-1999 ponad trzystu mówiło o ścieżkach zdrowia, ponieważ brutalność milicji kierowała się nie tylko przeciwko zatrzymywanym, ale również przeciwko zwykłym przechodniom trudno nawet w przybliżeniu oszacować liczbę osób pobitych na ulicach. W tym kontekście należy przypomnieć dwie śmiertelne ofiary poczerwcowych represji. Pobitego przez milicję Jana Brożynę, o którego zabójstwo oskarżono później świadków jego pobicia przez milicję oraz księdza Romana Kotlarza modlącego się publicznie w intencji robotników, nachodzonego i bitego przez tzw. nieznanych sprawców ze służby bezpieczeństwa. Trudno wymienić wszystkie sposoby, za pomocą których zadawano ból i cierpienie oraz upokarzano zatrzymanych. W poniżający sposób wycinano im włosy na głowie, bito ich w następnych dniach w czasie przewożenia, przesłuchań milicyjnych, gdy szli na przesłuchania prokuratorskie i z nich wracali. Wreszcie dręczono ich w celach. Dokumentację uzupełniano post factum. Zatrzymani trafiali do aresztu bez nakazu aresztowania zaledwie na podstawie poleceń  telefonicznych i odręcznych wykazów. Już na etapie przygotowań całej operacji między MSW a Ministerstwem Sprawiedliwości, Prokuraturą ustalono, że termin 48 godzinnego zatrzymania, po którym powinna zapaść decyzja co do dalszych losów osoby przebywającej w areszcie należy traktować umownie. Stąd wiele osób przetrzymywano w areszcie ponad dopuszczalne dwie doby bez jednego przesłuchania, przedstawienia zarzutów tymczasowego aresztowania, orzeczenia kolegium bądź wyroku sądu. Aby obejść przepisy praktykowano zwolnienie osoby i ponowne zatrzymanie tuż za drzwiami komendy. W celu ukrycia tych nagminnych zabiegów dokumenty fałszowano lub antydatowano. To zaledwie jeden z wielu przykładów łamania ówczesnego prawa przez aparat represji.

Dzień po proteście uruchomiono Kolegia Wykroczeń i Sądy działające w trybie przyśpieszonym. Z danych Prokuratury Generalnej PRL wynika, że w całym kraju tymczasowo aresztowano 239 osób. W Radomiu sporządzono 244 wnioski o ukaranie, w Warszawie 131, a w Płocku do kolegium skierowano sprawy 10 osób, co oznacza, że dotyczyło to łącznie 385 osób. Mechanizm sterowania represjami dobrze widać na przykładzie działalności kolegiów w Warszawie. Początkowo orzekano w nich przede wszystkim kary grzywny. Ponieważ jednak władze uznały, że są to orzeczenia zbyt łagodne 27 czerwca w czasie spotkania nadzorującego resorty siłowe z ramienia kierownictwa PZPR Stanisława Kani z wiceministrem spraw wewnętrznych Stanisławem Stachurą, a także z ministrem sprawiedliwości prokuratorem generalnym wydano dyspozycję zaostrzenia kar. Polecenie z góry wywołało zdziwienie na szczeblu lokalnym, gdyż dotychczasowe orzecznictwo odpowiadało wnioskom oskarżycieli. Niemniej po zaskarżeniu wszystkich 102 kar o ponownym zwróceniu do pierwszej instancji orzekano już wyłącznie areszt. 84 osoby na trzy miesiące, 13 na dwa miesiące, 5 na miesiąc. Identyczny był mechanizm zaostrzenia represji w Radomiu. Oskarżyciel za każdym razem domagał się kary trzech miesięcy aresztu i zapisania, że obwiniony przyznaje się do winy. Gdy mimo nowych wytycznych zapadało jednak zbyt łagodne orzeczenie, sprawę przekazywano innemu składowi kolegium. W rezultacie niektóre osoby były sądzone za to samo trzykrotnie czy nawet czterokrotnie. Ostatecznie w 212 sprawach zapadło 201 kar aresztu zasadniczego, 155 osób skazano na 3 miesiące aresztu, 37 – na dwa, 8 osób na jeden, a jedną na 6 tygodni. Zaledwie 9 osób skazano tylko na karę grzywny. W Płocku do kolegium skierowano sprawy 10 osób ukarano początkowo wyłącznie grzywnami. Po odwołaniu oskarżyciela 2 osoby ukarano 3 miesiącami aresztu, 1 2 miesiącami, a grzywny zostały zaostrzone do 4-5 tysięcy złotych.

26 i 27 czerwca w dzień i w nocy zapadały wyroki w Sądzie Rejonowym w Radomiu działającym w trybie przyspieszonym. Stanęło przed nim 51 osób, z których 421 skazano na kary pozbawienia wolności lub aresztu od dwóch miesięcy do roku. W Sądzie dla Nieletnich znalazły się 43 sprawy. 19 osób umieszczono w Schronisku dla Nieletnich, a wobec 10 zastosowano dozór kuratorski. Charakter działalności sądów w pierwszych dniach po proteście oddają słowa dyrektora Biura Śledczego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, pułkownika Tadeusza Kwiatkowskiego, iż początkowo cytuję „rozliczano masówkę”. Części spraw nie zamykano starając się zachować możliwość ich połączenia i u życia ich w dużych procesach o podpalenia i rabunki. Prokuratura wniosła do Sądu Rejonowego akty oskarżenia p[przeciwko 188 osobom, wyroki jakie w nich zapadły sięgały dwóch – trzech lat. Od połowy lipca do połowy sierpnia przed Sądem wojewódzkim w Radomiu toczyły się cztery główne procesy dwudziestu pięciu osób wytypowanych na tzw. prowodyrów wydarzeń, wśród których znalazły się osoby z kryminalną przeszłością. Sprawy te nosiły znamiona procesów politycznych i zostały przygotowane na polecenie z góry. Prokurator Romuald Zień z radomskiej prokuratury wojewódzkiej wspominał po latach instrukcje otrzymane z Prokuratury Generalnej. Cytuję „chcemy zrobić duże grupujące po 6-7 osób pokazowe śledztwo. Proszę wybrać tych, których oskarżymy. Mają to być osoby karane o złych wywiadach środowiskowych, nigdzie nie pracujące”.

Poszczególne osoby karano o to, że cytuję „działają w sposób chuligański, wzięli udział w zbiegowisku publicznym, którego uczestnicy wspólnymi siłami dopuścili się gwałtownego zamachu na funkcjonariuszy publicznych oraz na obiekty i urządzenia gospodarki uspołecznionej, powodując w następstwie tego zamachu uszkodzenia ciała 75 funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej oraz szkodę w mieniu społecznym w wysokości ponad 28 milionów złotych”.  Oznaczało to w rzeczywistości zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej na podstawie artykułu 275 kk. Aby skazać na jego podstawie wystarczyło udowodnić, że oskarżony choć przez kilka minut przebywał na ulicach Radomia w rejonie starć. Aby ukryć charakter protestu w akcie oskarżenia skrupulatnie pomijano fakt podpalenia siedziby Komitetu Wojewódzkiego PZPR, chociaż to właśnie zarzucano oskarżonym w śledztwie. Sądy nie dopuszczały do głosu świadków obrony. Prowadziły postępowania dowodowe poprzestając na zeznaniach milicjantów, którzy jeśli by ich zeznania wziąć za dobrą monetę musieliby jednocześnie przebywać w odległych punktach miasta. W procesach tych 8 osób skazano na wyroki od 8 do 10 lat więzienia, 11 – na karę od 5 do 6 lat oraz 6 osób na 2 do 4 lat więzienia.

W procesach ursuskich skazano 7 osób na kary od 5 do 3 lat więzienia. W Płocku wobec 18 osób zapadły wyroki od 2 do 5 lat pozbawienia wolności. Najszerszy zakres miały represje w zakładach  pracy, w których 25 czerwca miały miejsce strajki i protesty. Dyscyplinarne zwolnienia w oparciu o restrykcyjny artykuł 52 Kodeksu pracy objęły w skali całego kraju co najmniej 1500 osób i w tym ponad 900 z Radomia. Często to dotykało osoby, które w dniu protestu niczym się nie wyróżniły, ale były skonfliktowane z dyrekcją, administracją lub aktywem zakładowym. Spotykaną praktyką było wyrzucanie z pracy robotników wylosowanych w ramach wyznaczonej odgórnie puli przewidzianych do zwolnienia. Karne pozbawienie pracy oznaczało między innymi utratę praw i świadczeń socjalnych, utratę ciągłości pracy, zaszeregowanie w nowym miejscu pracy o dwie grupy uposażenia niżej. Co więcej na skutek obowiązującego zakazu osoby zwolnione dyscyplinarnie nie mogły przez kilka miesięcy podjąć pracy gdzie indziej. Jeszcze szerszy zasięg dotykający kilku tysięcy robotników w całej Polsce miały represje administracyjne i finansowe. Na przykład tylko w Szczecińskiej Stoczni Remontowej Gryfia, z której zwolniono 62 robotników kary finansowe dotknęły ponad 1500 osób. Represje nie ominęły także zakładowych związków zawodowych. Za dopuszczenie do strajku władze ukarały także przedstawicieli aparatu administracyjnego.

Na zakończenie należy napomknąć także o weryfikacji szeregów PZPR, szczególnie głębokiej w wojewódzkiej organizacji partyjnej w radomiu. W całym kraju wydalono z partii 338 członków i kandydatów, a 206 skreślono z jej szeregów. Zdaje się, że na zakończenie tego krótkiego omówienia form i zakresu represji po proteście z czerwca 1976 roku nie ma potrzeby udowadniać, że było ono szokujące w kontraście z dotychczasowym względnie liberalnym wizerunkiem Polski pod rządami Edwarda Gierka. Dziękuję Państwu. (oklaski)

 

Andrzej Paczkowski

Bardzo dziękuję. Myślę, że potrzebne było to przypomnienie, żeby mniej więcej wiedzieć jaki był rozmiar represji. Obecny panel ma dotyczyć tego do czego KOR został powołany, to znaczy o pomocy osobom, które były w jakikolwiek sposób represjonowane.

Przygotowałem kilka zagadnień, które wydają mi się warte poruszenia. Ale najpierw jedno pytanie, na które chciałbym, aby wszyscy odpowiedzieli. Brzmi ono: Dlaczego ja? Jakie były bezpośrednie motywy przyłączenia się do tej całej akcji? Pytam o to także dlatego, że mnie koledzy też proponowali żebym pojechał do Radomia, ale ja się po prostu bałem i nie pojechałem. Miałem, oczywiście, jakieś wykręty, ale to były wykręty. Po prostu się bałem. Więc chciałbym wiedzieć dlaczego inni się nie bali. Następne sprawy: jak reagowali na uczestnictwo w akcji -  która jednak niosła zagrożenia - rodzina, sąsiedzi, koledzy z pracy. Ludzie wśród których się było i żyło. Kolejna: rola upowszechniania informacji o represjach jako taki instrument w walce z represjami. Następny problem – kartoteka. Jak powstała, czemu służyła, jakie miała funkcje? Następne pytanie: co dalej gdy wyszli z więzienia ostatni robotnicy? Jak szukano nowych obszarów działania? Kolejne - „klientela” KOR, ile osób zgłaszało się do KOR-u, a ile osób KOR sam szukał, jakie to były osoby? . Dalej: jaką część działalności stanowiły interwencje wobec osób, które były zaangażowane w działalność KOR-u czy innych środowisk opozycyjnych? I wreszcie ostatnie - kościół i ludzie kościoła w akcji pomocy w 1976 roku i później. Najpierw pani Anka Kowalska, potem alfabetycznie panowie Chojecki, Romaszewski i Wujec. Pani Anko, proszę.

 

Anka Kowalska

Nie wiem, czy szczególnie  interesująco mogę odpowiedzieć na  pytanie  -  dlaczego właśnie ja.  Siedzimy tu, jak tak patrzę, we „własnym towarzystwie”, to znaczy są na ogół Państwo  ludźmi, którzy przeżywali to samo,  co ja, ten sam PRL, te same ograniczenia, często pewno podobne uczucia.  Ja osobiście gdzieś w  okolicach sześćdziesiątego ósmego roku zaczęłam się czuć  fatalnie, po prostu  nie miałam do czego wstawać, jak to nazywam.  To uczucie  pogłębiało się  przez wydarzenia następnych lat,  i coraz bardziej czułam się na emigracji wewnętrznej. Nie byłam politycznym stworzeniem, więc może nie umiałam tego tak nazwać, ale tak to czułam. Pewnego dnia się znalazłam na biurku Apel KOR-u,  żeby się zgłaszać, być gotowym do pomocy, przeciwstawić się…,Wtedy  po prostu złapałam za słuchawkę i zgłosiłam się  - personalnie  - do Jana Józefa Lipskiego, bo jego trochę znałam. I to był koniec września, zgodnie z datą  powstania Apelu, a w pierwszej dekadzie października byłam już na pierwszej rozprawie w Radomiu. To byłaby  bardzo kulawa odpowiedź na  pierwsze pytanie,

 Dopowiem może jeszcze jedną rzecz. Ta pierwsza rozprawa, i wszystkie następne, - to było dla mnie zupełnie straszliwe przeżycie, potworne. Nie mogłam znieść tych walk,na  korytarzu, tego  przepychania się przez drzwi  sięi do zawsze  najmniejszych salek, które wyznaczano na rozprawy, fizycznej walki w strasznym ścisku -  to po prostu było naprawdę wbrew naturze.  Tymczasem dobrze pamiętam, że  już po tej pierwszej rozprawie i później jeżdżąc  na te znienawidzone  ohydne procesy - ja się właściwie czułam szczęśliwa.

 I tu przechodzę z przyjemnością do kwestii „sąsiedzi i środowisko”. Bardzo zazdrościłam sąsiadów  niektórym  kolegom, na przykład Jackowi Kuroniowi, który miał cudownych sąsiadów. Ja mieszkałam w małym domu, na drugim piętrze, w kawalerce, pod którą znajdowało się mieszkanie mojej sąsiadki i współwłaścicielki domku. Byłam taka wtedy ufna, bo właśnie szczęśliwa czułam, że  wszystkie racje rozumu i serca są po tej samej stronie, i  właściwie, zaczęłam chyba wyobrażać sobie, że wszyscy ludzie czują mniej więcej to samo. Więc kiedy podczas pierwszego kotła w moim mieszkaniu udało mi się spuścić z drugiego piętra na niższe karteczkę z prośbą, żeby sąsiadka zadzwoniła pod taki to a taki numer, że jest u mnie kocioł, to później jak się ten kocioł skończył, o dziesiątej z minutami wieczorem, pobiegłam do tej sąsiadki z podziękowaniem. A ona po prostu była rozwścieczona, przerażona krzyczała, żeby jej w to nie mieszać. Pamiętam, że wypowiedziała wtedy wiekopomne słowa: „Ja też mam swoje poglądy, ale żeby tak zaraz wszyscy o tym wiedzieli !?”. Przez wszystkie lata KOR-u  zachowywała się okropnie, miala pretensję o każdą rewizję, o wystawanie ubekow przed domem.   Według niej „osobne” – tak  mówiła – „osobne poglądy” to wolno mieć w bloku, a nie w takim małym domu.

Co do  środowiska. Moim środowiskiem był  Instytut Wydawniczy „PAX”. Tam było wokół mnie takie zimne milczenie, paręnaście co najmniej osób sympatycznie mi się przyglądało, a kilka natychmiast pospieszyło z pomocą i stało się wkrótce bardzo bliskimi współpracownikami KOR-u. Są tutaj.

Teraz informacja. Proszę Państwa, proszę sobie przypomnieć. Myśmy nie mieli komputerów, e-maili, nikt z nas nie miał komórek, nie mieliśmy najczęściej telefonów,  niczego wlaściwie nie mieliśmy Powiedzmy, że  prawie każdy z nas   znał bezcenną osobę, która miała samochód,. To wszystko w stosunku do tego,  co jest rzeczywistością dzisiejszą - to były  jaskiniowe czasy. I w tych jaskiniowych czasach  grupa jaskiniowców zamierza przełamać państwowy monopol informacji. To się wydaje dzisiaj naprawdę bardzo śmieszne 

Jak myśmy to robili. Ja tu przyniosłam takie  tomiszcze, w którym jest każde słowo KOR-u. Może to lekka przesada o tyle, że są jakieś braki na samym początku, z jakichś pierwszych zupełnie dni. Nie od razu zaczęto przechowywać każdy dokument. Do tego miejsca, o tutaj,  główną rolę odegrał Antek Macierewicz, to znaczy, on układał te wiadomości, spisywał te apele, oświadczenia, informacje, które chcieliśmy przekazać i to się później układało w miesięczne mniej więcej Komunikaty KOR-u. A od tego miejsca, o tu, to już ja, bo już powstała komisja redakcyjna, której zostałam nieformalnym sekretarzem…

 

 

Mirosław Chojecki

Proszę państwa od strony 170 jeśli ktoś ma tę książkę.

 

Anka Kowalska

Zasada była taka: dostaniesz  komunikat, ale masz go przepisać - dziesięć kopii czy osiem - ile możesz, jedną zwrócisz, resztę roześlij dalej.  Więc wszyscy zaczęli pisać na maszynie, uczyć się; ja rzeczywiście, jak wielu,  nauczyłam się pisać na maszynie, a zaczęłam się uczyć od zaraz.

Pod każdym Komunikatem, Państwo tutaj muszą sobie to wyobrazić pod każdą zawartą w nim informacją  podpisany był cały KOR, brali za nią odpowiedzialność wszyscy członkowie KOR. Taka była zasada. A ci wszyscy członkowie KOR mieszkali każdy oczywiście gdzie indziej, a  my nie mieliśmy samochodów ani komórek, ani możliwości telefonowania. Żadnego tekstu nie może  pisać kilkanaście osób – tyle było na początku członków KOR-u -, możę je redagować najwyżej kilka. Więc był potem tak zwany obieg. Każdy  z nas jechał gdzie indziej żeby przedstawić taką proponowaną informację starszemu członkowi KOR-u, naszym Starszym Państwu,  jak ich  nazywaliśmy, żeby wzięli odpowiedzialność za kazde  słowo. No, to rzeczywiście było działanie całkowicie rękodzielne.

Poprzydzielaliśmy sobie mniej wiecej na stałe Starszych Państwa. … Więc na przykład, przypominam sobie, Piotr Naimski był „od  Andrzejewskiego”. Ja sama byłam „od centrum Warszawy”, jakoś koledzy mnie oszczędzali, więc chodziłam do Haliny Mikołajskiej, Cohna, Anieli Steinsbergowej, no a  inni  jeździli po odleglejszych dzielnicach, czy do pana Rybickiego w Milanówku. No, bardzo to było trudne. Wielokrotnie trzeba było się spotykać, żeby uzgodnić potem poprawki, i z powrotem jakoś wszystko to scalić. Więc włóczyliśmy się wciąż po ulicach między ubecją z trefnymi papierami. Ja to opowiadam, bo tego nikt nie wie, bo wszyscy wiemy o „ważnych” sprawach, nie o takich codziennych. A walka z monopolem informacji tak właśnie w ciągu pierwszego roku wyglądała. I potem kiedy przekształciliśmy się w KSS KOR, członków KOR-u przybyło, no, to już w ogóle latalibyśmy bez przerwy po tych członkach KOR-u, którzy nie byli przy redagowaniu Komunikatów i każdego z oświadczeń, bo przecież Komunikaty składały się nie tylko z informacji o represjach, ale właśnie z różnych apeli, listów do władz, i różnych  oświadczeń w jakichś sprawach  konkretnych,. Więc ustaliliśmy, że musi powstać taka komisja,  redakcyjna, która bierze na siebie odpowiedzialność za wszystko, co napisze w sprawach interwencyjnych. KSS”KOR”  udzielił nam  pełnomocnictwa. Zdecydowano,  że w sprawach interwencyjnych nie porozumiewamy się z resztą członkow, i w imieniu całego KOR-u informujemy społeczeństwo o naszym stanowisku. Natomiast wszystko  co było kwestią jakiegoś planu, jakichś ogólnych rozstrzygnięć, określonej postawy wobec wydarzeń, wobec konkretnego  zjawiska, wobec jakiegoś postępku, władzy, to już uzgadnialiśmy wszyscy wspólnie, najczęściej na comiesięcznych zebraniach u profesora Lipińskiego.

Już kończę, tylko chciałam kolegom z Komisji redakcyjnej  przypomnieć, że gdy  wszyscy po każdym zebraniu u pani Anieli Steinsbergowej (a odbywały się one po dwa, trzy razy w tygodniu,  gdzie ustalano tzw. „rybki” oświadczenia czy jakiejś informacji, szli do swoich twórczych zajęć, żon i kochanek, ja – cos w rodzaju w rodzaju sekretarza tej komisji - biegłam do domu, i  najpierw robiłam z tej „rybki” wiadomość wspaniałym stylem korkowym. Ten styl odznaczal się wyjątkową urodą. To było tylko idący, leżący, ący, został zbity, przeprowadzony, przesłuchany, kiedy, gdzie, kto, nic więcej. Piękna robota. Ja się tym zajmowałam, a potem brałam za telefon i dzwoniłam codziennie albo co drugi, trzeci dzień do Smolarów w Anglii, albo do Smolarów w Paryżu, częściej do Smolarów w Anglii, a to znaczy, że parę godzin przy tym telefonie trzeba było siedzieć, bo Państwo też wiedzą, jak to się dzwoniło kiedyś za granicę. Następnego dnia rano wzywałam dziennikarzy i wręczałam im ten „urobek”, Komunikat, albo poszczególne oświadczenie.

Co jeszcze… Może jeszcze jedno, bo to ważne. Pamiętacie, że pan Rybicki był szczególnie niezadowolony z tego, że Jacek może być brany za porte parole, za rzecznika KOR-u. Chodziło o to, że Jacek był znanym człowiekiem, po prostu Jackiem Kuroniem,  i dziennikarze instynktownie właściwie brali go za takiego właśnie rzecznika, uznając, że jeśli on coś mówi, to takie jest stanowisko KOR-u. Starsi Państwo zgadzali się z Józefem Rybickim. Każdy z nas miał oczywiście prawo rozmawiać z dziennikarzami, ale tylko we wlasnym imieniu. Regularne spotkania z korespondentami zagranicznymi zlecono mnie – ściągałam ich do siebie, żeby przekazywać im nasze korowskie materiały. Przez pierwsze ponad pół roku KOR – robił to właśnie Jacek. Chyba na tym skończę. (oklaski)

 

Zbigniew Romaszewski

 Chciałem tę kwestię uzupełnić,  to było proszę Państwa straszliwe znęcanie się nad Anką, bo ona pisze normalnym, ludzkim językiem, a korkowiec to był taki produkt zaakceptowany głównie  przez panią Anielę po to żeby nie było za dużo przymiotników. Tam była wojna z każdym przymiotnikiem. Natomiast musze powiedzieć, że pisanie z Anką  Komunikatu czy wszystkich oświadczeń było po prostu fascynujące, ,  rzucało się myśl i Anka pach, pach, pach i przetwarzała to na zdanie .Musiała się strasznie męczyć jak pisała te suche oświadczenia.

 

Andrzej Paczkowski

Przepraszam, że popędzam, ale Henio Wujec denerwuje się bo jest ostatni i się boi, że nic nie powie. Proszę Mirku.

 

Mirosław Chojecki

Pierwsze pytanie dlaczego ja, jeżeli nie ja to kto? Troszkę można je odwrócić. Myślę, że dlaczego ja, myślę że to było jakieś takie naturalne bowiem z Piotrkiem Naimskim studiowaliśmy razem, byliśmy jakąś taką zgraną fajną grupą na uczelni.  Przedtem organizowaliśmy protest w sprawie Konstytucji biegając po mieście i zbierając tu i ówdzie podpisy. Z Jackiem, Adamem znałem  się od końca lat sześćdziesiątych, tak że dla mnie było to jakieś takie naturalne wejście w tę konkretną pracę. Już nie tylko siedzenie na kanapie i rozważanie jak to jest źle i że nic nie można zrobić tylko coś konkretnego. A jestem z tych co to konkrety lubią. I dlatego nigdy nie uczestniczyłem w żadnym redagowaniu żadnych kwitów, żadnych oświadczeń, żadnych komunikatów, i nawet jak na początku przyjeżdżano do mnie żebym zaakceptował jakiś tekst to po dwóch trzech razach poprosiłem żeby do mnie w ogóle z tą sprawą nie przyjeżdżać, bo szkoda czasu. Ja i tak się na tym nie znam, nie umiem, nie lubię pisać, z trudem się umiem podpisać i to też niewyraźnie. Ciągle w banku mają pretensje, że za każdym razem się inaczej na tych przelewach podpisuję. To dla mnie było jakoś naprawdę naturalne wejście w tę aktywność.

Jak reagowali najbliżsi? No trudno powiedzieć żeby w tym pierwszym momencie, w lipcu, sierpniu ktokolwiek poza najbliższymi miał jakąkolwiek świadomość tego czym się zajmuję. Aż do czasu kiedy nie wpadłem. Najbliżsi to oczywiście żona, rodzina. I tutaj nieprawdopodobne wsparcie ze strony zarówno Jurka Jedlickiego, Jacka Bocheńskiego, Hani, matki Magdy, jak i mojej mamy, choć z innej strony. Mój ojciec, który trochę przesiedział się w stalinowskim więzieniu twierdził, że to i tak skończy się więzieniem, jak śpiewa Janek Kelus, i że jest to kompletnie bez sensu, idiotyczne to w co się wdaję. No ale jakoś go nie posłuchałem.

Upowszechnienie informacji o powstaniu KOR-u było dla mnie niezwykle istotne. Bo wyobraźcie sobie Państwo, człowiek jeździ do tego Ursusa, znaczy do Ursusa akurat nie jeździłem, ale do Radomia puka do drzwi rodziny człowieka represjonowanego i co ja mam powiedzieć? Jak ja mam się przedstawić? Kim ja jestem? W jakiej sprawie? O co chodzi? Ci ludzie nachodzeni, (to przecież było tuż po wydarzeniach) nachodzeni przez milicję, przez Służbę Bezpieczeństwa naprawdę byli wystraszeni. I było bardzo trudno nawiązać z nimi kontakt, bo kim ja jestem, no student z Warszawy, no ale w jakiej sprawie, o co chodzi? Budowanie zaufania było bardzo skomplikowane. W momencie kiedy powstał KOR kiedy informacje o tym się rozeszły poprzez Radio Wolna Europa, Głos Ameryki, BBC to było to znacznie łatwiejsze, bo ci ludzie już wiedzieli gdzieś od kogoś już słyszeli. To jest ten konkretny przykład w jaki sposób rozpowszechnianie informacji korowskich nam, tym ludziom jeżdżącym do Radomia i podejrzewam, że tym jeżdżącym do Ursusaniezwykle pomogło.

Państwo dostali także taką broszurkę. To jest spis dokumentów Komitetu Obrony Robotników i Komitetu Samoobrony. To jest spis przygotowany przez Andrzeja Jastrzębskiego, który liczy 317 pozycji. W przeciągu pięciu lat. Jak sobie policzyć to  średnio raz w tygodniu trzeba było objechać wszystkich członków …

 

Anka Kowalska

Każdy taki raz to było kilka razy w tygodniu… Bo to nie od razu powstawało…

 

Mirosław Chojecki

Następny punkt – kartoteka. Kartoteką zajmowałem się bardzo króciutko, na samym tylko początku, kiedy ta kartoteka liczyła pięć, osiem nazwisk radomskich. Po czym, o ile sobie przypominam, tę kartotekę przejął …

 

Anka Kowalska

Zosia Romaszewska przyniosła ją do mnie pierwszy raz, a potem Mirek przychodził do mnie nocą  z workiem takich kartek, i ja nad tym ślęczałam, a on kładł się na tapczanie i spał.

 

Mirosław Chojecki

Tak. Z kartoteką to ja naprawdę mało miałem wspólnego.

 

[AP - Panie Zbyszku - proszę bardzo.]

 

Zbigniew Romaszewski

No cóż ja muszę powiedzieć, że mnie wzięła sama działalność. To znaczy dużo wcześniej myśmy kontestowali, spotykali się w różnych gronach, rozmawiali, odbywali dyskusje, zapraszali profesora Lipińskiego, panią profesor Ossowską, Cohna. Jakaś taka grupa istniała w środowisku, któremu ta rzeczywistość się nie podobała. Natomiast wydarzenia radomsko-ursuskie spowodowały powstanie w gruncie rzeczy zupełnie nowej atmosfery. Tak się jakoś złożyło, że ja w tym czasie kończyłem doktorat, to znaczy zrobiłem już eksperymenty i powinienem był zacząć go pisać, finalizować ,tym niemniej zdecydowałem się pojechać po prostu raz do Radomia żeby na własne oczy zobaczyć co to jest. To też zresztą charakterystyczne, bo myśmy byli na wakacjach, po wakacjach żeśmy wrócili. Zgłosiliśmy się do Heńków, że jesteśmy już gotowi do działania. W tym momencie okazało się, że to co było wygodniejsze czyli Ursus jest już właściwie zajęty że już tam dwadzieścia parę, czy trzydzieści parę osób jeździ. Natomiast Mirek w Radomiu ma już z dziesięć adresów i trzeba tam startować. Wtedy na ul Tołstoja poznaliśmy  Mirka Chojeckiego, wzięliśmy adresy i pierwszy raz pojechaliśmy. Proszę państwa to było w pierwszym rzędzieprzeżycie psychologiczne, mające dla mnie zasadnicze znaczenie, bo ja nie jestem człowiekiem łatwym w kontakcie i Głównie piekielnie bałem się tego stukania do drzwi.  Co ja będę mówił. I tu się okazało, że ci ludzie byli tak spragnieni jakiejś solidarności, jakiejś pomocy, jakiegoś kontaktu, bo to przecież były warchoły oplute przez całe społeczeństwo a tu nagle ktoś przychodzi. I  okazało się, że ja jestem tym ludziom potrzebny. Po prostu zwyczajnie potrzebny, że to, że ja do nich przyjeżdżam to ich podtrzymuje na duchu, że to jest dla nich po prostu zwyczajnie ważne. No i to zdecydowało, że doktorat napisałem dopiero za cztery lata. . Proszę Państwa jaką to jeszcze miało cechę, czym  się różniło od na przykład roku siedemdziesiątego?  Różniło się to jedną rzeczą i ja myślę, że tu po prostu komuna przegięła, że komuna przegięła z tymi wiecami potępiającymi warchołów z Radomia i Ursusa, na które zagoniono społeczeństwo. U nas w Warszawie taki wiec zorganizowano na Stadionie X-lecia, przecież musiano na niego spędzić jakieś 100 tysięcy ludzi, no i proszę państwa pewien problem moralny stanął właściwie przed każdym człowiekiem.  Przecież ci ludzie z Radomia i z Ursusa wywalczyli dla nas dla wszystkich  to, że nie weszły w życie podwyżki. Podwyżki, które wiele rodzin stawiałyby na progu nędzy.Proszę Państwa  niedawno akurat natrafiliśmy na nasze zapiski ile co wtedy kosztowało.  Mówi się, że za komuny było tanio, okazuje się jednak, że ceny były 10-krotnie wyższe niż dzisiaj, a pensje były podobne. . Więc  warto do tego powrócić.  Po prostu ludzie byli spychani w nędzę. I proszę państwa ci ludzie na tych stadionach po prostu czuli się podle, czuli, że popełniają podłość wobec ludzi, którzy dla nich coś zrobili. I w tym momencie kiedy akcja radomsko-ursuska wystartowała to po prostu towarzyszyła nam zwyczajnie sympatia ludzi. Byli oczywiście ludzie zupełnie obojętni, ale najczęstsza postawa to była taka: “no wiesz ja nie mogę bo właśnie w tej chwili czekam na mieszkanie , ja nie mogę bo coś tam… bo akurat mam doktorat czy habilitację itd. itd.”, ale jak przeszedłem po instytucie to nie było osoby, która by mi odmówiła tej stówki nie wyłączając pierwszego sekretarza organizacji partyjnej Instytutu Fizyki PAN, też się dołożył. Mimo zabiegów partyjnej propagandy towarzyszyła nam sympatia społeczeństwa. My nie możemy, nas na to nie stać ,ale chwała Bogu, że jest ktoś kto potrafił powiedzieć nie, kto był w stanie powiedzieć to co my myślimy i to było niezwykle istotne. No cóż by tu jeszcze… no my żeśmy się zatrzymali na Radomiu potem jeszcze ta cała akcja była kontynuowana przez Biuro Interwencji, ale to już jest zupełnie inna historia. To może teraz Henio wreszcie zdąży, a potem przejdziemy do dalszej części.

 

Henryk Wujec

Dzięki bo  bałem się, że się nie pochwalę. Na początku odniosę się jeszcze do tej akcji w Ursusie, mianowicie chciałbym troszkę uzupełnić doktora Sasankę: jak to było z tymi ścieżkami zdrowia. Pierwsza ścieżka zdrowia była kiedy człowieka złapali przy torach, często całkowicie przypadkowego, zupełnie nie związanego z wydarzeniami, bo łapanie było już po wydarzeniach i bili go prowadząc do suki. Potem suka podjeżdżała pod komendę w Ursusie, bili go w przejściu do komendy, od suki do komendy. Potem tam na komendzie spisywali jego personalia: siedziało dwóch milicjantów, jeden nazywał się Dynda, drugi Dąbek i na zmianę  wpisywali: rzucał kamieniami, wyzwiska, łamał coś, i kolejno podpisywali się, jako świadkowie ,nawet mamy ich zeznania późniejsze, skarżyli się, że była to bardzo męcząca praca, bo cały czas trzeba  siedzieć i pisać te różne protokóły kompletnie nie znając  ludzi, których oskarżali. Następnie osobę zatrzymaną brali stamtąd, bo komenda ursuska jest nieduża i znowu do suki bili go na  „ścieżce zdrowia”. Wieźli zatrzymanych do Warszawy do poszczególnych aresztów dzielnicowych i tam ich  znowu bili. Z tym że w Warszawie nie we wszystkich aresztach. Tego dokładnie nie wiem, w których bili, a w których nie bili. To wszystko jak powiedział słusznie doktór Sasanka było wczesniej zaplanowane. Pierwsza fala zatrzymanych trafiła na Kolegia ds. Wykroczeń, które były czynne mimo, że to była sobota i niedziela to byli kolegianci dyżurni, co teraz PiS chce wprowadzić - kolegia dyżurne, i taśmowo na podstawie zeznań spisanych przez milicjantów dostawali grzywny.

Ale w dwa czy trzy dni później przyszedł nakaz partyjny, żeby wszystkich ponownie cofnąć na kolegia i dać im areszty, przeważnie dostawali 1 miesiąc aresztu. Jak myśmy z nimi później, gdy chodziliśmy po Ursusie, rozmawiali to mówili, że nic nie rozumieją , co to jest, najpierw były grzywny teraz areszty, czyli dwie kary. Po prostu taki był nakaz, a dyspozycyjne Kolegia wszystko realizowały. Potem znowu był kolejny nakaz, żeby tych aresztów do końca nie realizować tylko wypuszczać siedzących wcześniej, to już wtedy kiedy się akcja pomocy zaczęła

Prócz tego był taki list sekretarza komitetu warszawskiego PZPR, rozesłany do zakładów pracy ale publicznie nie znany, że kto został zwolniony z zakładu  w okresie wydarzeń w  Ursusie, tzn w końcu czerwca, nie może być nigdzie przyjęty, czyli był to list żelazny. Sprawdzali kto był kiedy zwolniony i w ogóle nigdzie nie mógł być przyjęty do pracy  nawet jak go prywaciarz przyjął, a esbecy się dowiedzieli, to przychodzili i go  wyrzucali stamtąd.

To była taka celowa akcja zepchnięcia tych ludzi zupełnie do marginesu, zupełnie na bok i pozostawienia ich  bez pracy, czyli bez srodków utrzymania. Była to  jedna z najtrudniejszych rzeczy potem do naprawy ale to już jest oddzielna rzecz.

Teraz ten problem chodzenia. No oczywiście to było bardzo trudne. Ja pukam i co, co mam powiedzieć? Więc my mówiliśmy, że jesteśmy studenci. Wojtek Onyszkiewicz i Darek Kupiecki byli bardziej podobni do studentów, ja mniej, byłem od nich starszy. Więc ja później zacząłem dodawać że jestem z KIK-u. Ale nikt nie wiedział, co to jest to „Skiku”? A więc to też niewiele to dawało.

Nosiłem ze sobą list Jerzego Andrzejewskiego „Do prześladowanych robotników polskich”, napisany bardzo ładnym językiem literackim, który pisał zdaje się Antek Libera i ten list  odczytywałem. I to się sprawdzało, bo często wiedziano, kim był Jerzy Andrzejewski. Był również list  Jacka Kuronia do Berlinguera i jakieś inne listy, one były pisane, zwłaszcza te późniejsze, już takim początkowym „korkowcem”, czyli stylem nie zawsze  zrozumiałym  dla tych ludzi, ale było to jednak  jakieś usprawiedliwienie, wyjaśnienie  dla tych ludzi dlaczego my przychodzimy. Ale rzeczywiście tak jak mówił Zbyszek , pierwsze przełamywanie lodów powodowało, że już dalej nie trzeba było się tłumaczyć.

Po pewnym czasie chodzenia poszła legenda po Ursusie, że jacyś faceci chodzą, że są to prawdopodobnie agenci amerykańscy i rozdają dolary (śmiech). Jakiś facet nas obrugał, ja nie wiem czy Wojtek (Onyszkiewicz) to pamięta, „że co, to tylko tyle macie, ja chcę więcej”, coś w tym stylu. Spodziewał się większej pomocy.

Bardzo długo udało nam się zachować anonimowość. Codziennie z Wojtkiem i Darkiem Kupieckim jeździliśmy do Ursusa lub okolicznych miejscowości i ileś kilometrów przemierzaliśmy, często chodząc po jakiś opłotkach, psy nas tam ganiały po tych wsiach, żeby dotrzeć do wszystkich adresów.

Jak się to w ogóle zaczęło. Antek Macierewicz rzeczywiście był tym, który na korytarzu sądowym na ul. Świerczewskiego, gdzie odbywał się proces robotników ursuskich  zapytał mnie , czy chcesz brać w tej pomocy dalej. Ja odpowiedziałem, tak oczywiście. To się zgłosisz, dał telefon Wojtka Onyszkiewicza. Ja sobie wyobrażałem, że Wojtek Onyszkiewicz to musi by ć jakiś super menager, poważny pan, który wszystko  wskaże, a tu patrzę jakiś chłopaczek przychodzi. Był trochę młodszy ode mnie. Potem Wojtek mówił tak, będziemy jeździć ale  plan  zależy od „szefa”. No więc myślę jest  jakiś Szef. A to był Darek Kupiecki. A na końcu, kiedy nocą  wracaliśmy  z tego Ursusa, to trzeba było pójść do „centrali”, czyli do Piotrka Naimskiego i tam wszystko sprawozdać. I właśnie tak się tworzyła „kartoteka”. Darek Kupiecki miał z Instytutu Maszyn Matematycznych fiszki używane w maszynach matematycznych i na nich doskonale się  wpisywało wszystkie dane personalne oraz zapisy konkretnych działań. Kartoteka przeszła w całości przez wszystkie burze solidarnościowe, przez  stan wojenny i teraz jest w Karcie.

Ale niedawno odkryłem w swoich archiwach domowych, że oprócz naszej kartoteki,Marek Sołtysiak, to był młody robotnik z Ursusa, do którego dotarliśmy i któremu tak się to spodobało, że sam zaczął też chodzić badać sprawy represjonowanych robotników. Miał cały  zeszyt spisany - taką drugą kartotekę. I podczas rewizji u Łuczywów czy gdzieś, w panice mi ten zeszyt przekazał: „słuchaj ja mam tu wszystko zapisane, co robić”. Ja to gdzieś schowałem i mam do tej pory, także mamy drugą kartotekę zrobioną przez robotnika z Ursusa bardzo starannie z duża ilością danych. Był to długi  okres rozbiegowy, około 2 miesięcy,  zanim jeszcze powstał KOR.

Jest jeszcze jeden ważny moment,  siedzi na Sali Andrzej Wielowieyski z KiK-u. W sierpniu ’76 roku Andrzej Wielowieyski powiedział mi tak: słuchaj robicie to, jeździcie tam to ok. Spiszcie to wszystko co robicie, bo będzie Konferencja Episkopatu i oni muszą dostać jakąś informacje, bo oni tego nie znają. I właśnie na podstawie naszych sprawozdań, naszych rozmów w Ursusie i okolicach zrobiłem  pod koniec sierpnia, pierwszy opis przebiegu wydarzeń w Ursusie, bo wcześniej wydarzenia te były kompletnie nie znane. To co teraz przedstawił w książce  doktor Sasanka na podstawie dokumentów, zrobiliśmy wówczas na podstawie zeznań  świadków,- opisy są generalnie zgodne. Andrzej Wilowieyski zaniósł ten opis do Episkopatu i Episkopat na początku września zajął stanowisko potępiając represje w Ursusie,  mamy więc w tym mały wkład . Co więcej Episkopat zaapelował do proboszczów, żeby się zaangażowali w pomoc. Wtedy pojechaliśmy z Andrzejem i Staszką Grabską do Ursusa do proboszcza, żeby jakoś się przedstawić. Proboszcz akurat budował kościół, potrzebne były mu materiały na dach i za bardzo nie był zachwycony tą naszą interwencją, ale wskazał siostrę zakonną, która chodziła po biednych  mieszkaniach ursuskich i dzięki niej sporo dowiedzieliśmy się o rodzinach represjonowanych robotników . Ale już wizyty w innych miejscach, byliśmy w Brwinowie i w Grodzisku, były całkowicie bez sukcesu, była duża rezerwa proboszczów miejscowych, nie bardzo chcieli się w to angażować, z wyjątkiem księdza Kantorskiego z Podkowy Leśnej. Ale Kantorski to jest zupełnie inna melodia. Bo  ks. Kantorski, był z duszpasterstwa akademickiego, z kościoła św. Anny, tam go wcześniej poznałem.  Gdy  pojawił się w Podkowie Leśnej, bardzo zintegrował  ludzi mieszkających w jego  parafii, pamiętacie mszę beatową Katarzyny Gertner,którą z inicjatywy ks. Kantorskiego wykonywano w kościele w Podkowie Leśnej: „Pan króluje w majestacie, Pan jest moim królem” - śpiewali robotnicy kopiący rowy przy Podkowie Leśnej,  to stało się przebojem.

Kantorski ogłosił w kazaniu, że jest akcja pomocy robotnikom w Ursusie, i że taca jest przeznaczona na tę pomoc, ludzie zrzucili się i sam osobiście jeździłem do Kantorskiego, który mi te pieniądze przekazał - ileś moniaków drobnych mi wrzucił, wszystko do torby bez liczenia. Poszły one na akcję pomocy. To był Kantorski. Było jeszcze kilku takich księży, np. Bronisław Dembowski , ale to była bardzo zróżnicowana reakcja kościelna. Najważniejsze było jednak stanowisko Episkopatu, który potępił prześladowania robotników i w związku z tym dał pewien parasol ochronny.

Chciałbym teraz wrócić do pytania  początkowego, które nam Andrzeju zadałeś: Dlaczego ja?

Rzeczywiście, jak słusznie powiedziała Anka Kowalska wszyscy, którzy angażowali się, każdy miał inną drogę, jakiś inny sposób, powód.

Ja tego bardzo nie lubię, to się czasami pojawia teraz w dyskusjach, mówi się o tym, „genetyczny patriotyzm”, że  dziadek w powstaniu i pradziadek na Syberii i tak dalej, więc ja też musiałem  pójść.

U mnie było kompletnie odwrotnie. Bo ja jestem ze wsi. Na wsi nikt nie lubił tej partyzantki i mój tata, bo ja chciałem być dumny, że był w partyzantce, pytam się go czy był w partyzantce? Co u tych bandytów - mówi. Przychodzą zabierają ostatnią krowę, ostatnią świnię, każdy mógł być w partyzantce, ukraść to każdy potrafi. (śmiech) Odnosił się do tego bardzo niechętnie. Na wsi nie znosili tych partyzantów. I w ogóle nie chwalili się tym. Żadnych tam haseł niepodległościowych nic. Raczej ukrywanie się ze swoimi poglądami. Ale jednocześnie jak było widać samochód jadący z miasta, to rzadko się zdarzało, to wszyscy chłopi wiali do lasu (śmiech), bo bali się, że jadą zakładać kołchoz. Tylko baba zostawała i mówiła, a ja tam nic nie wiem chłopa ni ma to … Jednym słowem był ten klimat, klimat odrzucenia tego systemu, jako wrogiego,  i to było najważniejsze.  Ten klimat jak mi się wydaje był powszechny wśród zwyczajnych ludzi, i dlatego jesteśmy na tej sali.

Niezależnie od tego, trudna była dla mnie  do przyjęcia ta atmosfera fałszu w wypowiedziach oficjalnych, ukrywania prawdziwych faktów  i represje, które dotykały ludzi niezależnych

Na przykład w moim przypadku, przeszedłem chorobliwie ten marzec 1968 roku. Dla mnie to była taka atmosfera obrzydzenia, tym, co się stało, ta antysemicka  propaganda, te wyrzucania ludzi, wyjazdy za granicę, że człowiek normalny nie mógł tego znieść. I potem jeszcze grudzień 1970 roku. Gdy człowiek sobie pomyślał, że będziemy tak żyć w naszym kraju od jednej katastrofy do drugiej, to po prostu nie wiadomo było co robić. Dlatego właśnie wtedy szereg młodych ludzi, którzy wyszli z więzień po Marcu, z kół inteligencji katolickiej, z kół Czarnej Jedynki, zaczęło zastanawiać się co z tym fantem zrobić, jak tu w tym kraju żyć. Nikt nie miał recepty. To było na początek myślenie, dyskusja, poznawanie zasad funkcjonowania PRL-u, a zarazem niezgoda na bierne życie w tym systemie .

Wtedy, kiedy  ten proces ursuski się rozpoczynał to nie była taka odwaga pójść na salę sądową, no bo  człowiek idzie tam trochę anonimowo, wprawdzie robili zdjęcia, ale może  człowiek jakoś się prześlizgnie. Natomiast odwagą było kiedy trzeba było coś jawnie przeciw systemowi zrobić. Na przykład dla mnie trudnym momentem było  podpisanie listu przeciwko zmianom w Konstytucji. To właśnie wyszło z Czarnej jedynki, od Antka Macierewicza. Myślę sobie, cholera, podpisać, to mnie wyrzucą z tej pracy w ogóle, a ja akurat  wtedy awansowałem byłem kierownikiem laboratorium, nie byle co. Mój kolega sekretarz organizacji partyjnej musiał to zatwierdzić, bo nie można było zostać żadnym funkcyjnym bez zgody partii. No ale ponieważ przyszła ładna dziewczyna, Ulka Doroszewska, mówię no trudno nie mogę odmówić, podpisałem. A potem w „Tewie”, gdzie pracowałem  sam zbierałem  podpisy i szereg osób mi podpisało.

To też jest odpowiedź na klimat w zakładzie pracy. Jak już rozpoczęła się  akcja pomocy, to rzeczywiście, jak   mówił Zbyszek,  sekretarz też dał pieniądze. Ale potem kiedy władza jednak przycisnęła nas, to oni zaczęli się  odżegnywać, i w momencie kiedy mnie wyrzucali z pracy, to mnie też potępili. Grupa przyjaciół, z którymi trzymałem się była w większości bezpartyjna,,  partyjni zostali jakoś na boku..

Natomiast już na samych Stegnach, tam gdzie mieszkaliśmy, to naprawdę była duża chęć pomocy, ja miałem skrzynki w wielu piwnicach w bloku. Kiedy była wizyta papieska w roku 1979, to przed wizytą  esbecja zamknęła nas w mieszkaniu, normalnie robiła rewizję i potem było 48 godzin - normalka. A tym razem trzymają nas w domu i trzymają, trzymają i trzymają, okazało się, że szli po wszystkich mieszkaniach w bloku i pytali się, pokazując moje zdjęcie czy ten przestępca tu przychodził i coś zostawiał, bo wiedzieli, że te skrzynki gdzieś są w tych mieszkaniach. Nikt się nie przestraszył, a kilka osób zgłosiło się później do pomocy. Potem, jeżeli mnie gdzieś na mieście aresztowali, to między sobą mówili: jedziemy na „korówek”. Korówek, w ich gwarze, to były Stegny bo mieszkali tam: Andrzej Celiński, Helena i Witek Łuczywo, Andrzej Zozula, siostry Kruczkowskie, i jeszcze mnóstwo innych osób mieszkało, gdzie mieliśmy zaplecze i czuł się tam człowiek jak ryba w wodzie.  Trudno im było jakoś tę solidarność pokonać. Nawet sąsiedzi, którzy nie byli w to wciągnięci, jeślisię przerzuciło do nich torbę na balkon w czasie rewizji, to wszystko było ok., i potem wszystko oddawali. Była tu, jak sądzę, bardzo sprzyjająca atmosfera dla takiej działalności, również dla zbierania pieniędzy itd. itd. i dotychczas nam się ta przyjaźń  pięknie zachowała. Teraz tylko króciutko, jak ta akcja pomocy szła. Rzeczywiście władza zrobiła nam wtedy prezent, nie wiem czy pamiętacie, że kiedy powstał KOR to był proces rewizyjny robotników w Ursusie tych z pierwszej siódemki i wszyscy skazani, nawet ci , którzy dostali piątkę, wszyscy wyszli na wolność w wyniku tego procesu, dostali rok w zawieszeniu .Myśmy mówili i rozgłaszali, że to w wyniku powstania KOR-u. Być może, że to tak nie było, ale rzeczywiście, polityka władz była taka, żeby raczej zwalniać i najgorszy problem mieliśmy  z tą pracą, tzn. z zakazem przyjmowania do pracy robotników zwolnionych w końcu czerwca. Wtedy właśnie, nie wiem czyja to była inicjatywa ,chyba  Wojtka Onyszkiewicza,żeby zrobić list robotników w Ursusie czyli tych, którzy tam pracują, żeby oni wystąpili o przyjęcie swoich kolegów wyrzuconych z pracy. Rozpoczęła się taka wielka akcja, że trzeba było być przed szóstą przed bramą w Ursusie, dawać listy gotowe do podpisów, odbierać o godzinie drugiej i w ciągu krótkiego czasu około dwóch tygodni około 800 podpisów zebraliśmy z Ursusa, rzeczywiście autentycznych, bo to było wyświnione smarami, bo szło przez stanowiska pracy. W końcu uzbieraliśmy  ponad  1000 podpisów. To był moim zdaniem bardzo mocny akcent pokazujący władzy, że za wyrzuconymi z pracy nie ujmuje się  tylko garstka dysydentów, ale, że nasza akcja ma spore poparcie, bo  ludzie odważyli się i podpisywali te listy. Akcja odniosła sukces,  bo potem ten zakaz już przestał być tak surowo przestrzegany i zaczęto przyjmować ludzi do pracy.

Został jednak problem co robić dalej? Antek Macierewicz wpadł na pomysł, żeby nawiązać do idei Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych. Był tu dzisiaj na sali, Adam Wojciechowski, był on prelegentem, na takim  pierwszym spotkaniu w bloku na Stegnach gdzie zrobiliśmy takie zebranie robotników, było ich  około 10, nie więcej. Akurat było to w marcu 1977, roku kiedy powstał Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela.  Adam Wojciechowski, prawnik, miał   mówić o prawach pracowniczych, o związkach zawodowych, jak to wygląda w teorii i w praktyce Ci robotnicy byli  przestraszeni, bo   tam trzeba było przejść jakimiś kanałami w tym bloku do mieszkania.  Przyszedł  Adam Wojciechowski i powiedział: dzisiaj jest historyczny dzień. Dzisiaj powstał Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Tak z takim przejęciem mówił, a naszym symbolem jest lotnia, człowiek w locie i tak rozpostarł ręce. To było u Stefana Jankowskiego. Patrzę na Joasię Jankowską – siostrę, która tu jest. Słuchacze byli dosyć przestraszeni. Po jakichś kilku spotkaniach ci robotnicy nie byli tym zachwyceni . Powiedzieli: słuchajcie to jakieś takie nudne jest, to nas nie interesuje i taki robotnik ze Świerczewskiego, no bo strajki w czerwcu były również w Świerczewskim, w Zelmerze i w innych zakładach warszawskich mówi tak: słuchaj wy jesteście inteligenci, to wy spróbujcie zrobić bombę jakąś, a my, powiesz gdzie, to my ją rzucimy, i na tym będzie polegać współpraca inteligentów z robotnikami..

Wtedy właśnie powstała idea „Robotnika”. Ja powiedziałem mu, bombę to może nie, ale np. ulotki. A, ulotki to mogą być. Chcieliśmy zrobić taką jednodniówkę o Świerczewskim i dać ją do rozrzucenia, a Wojtek Onyszkiewicz, który ma zawsze wspaniałe idee mówi, a co tam jednodniówka, to musi być pismo, dobre, normalne, regularne pismo. Nie wiem czy chciał je wydawać codziennie czy co tydzień, w każdym razie wychodziło później  co dwa tygodnie , a nazwa „Robotnik” narzucała się siłą rzeczy nie było innej nazwy, po prostu  „Robotnik”. No i to było przetworzenie, kontynuacja naszej działalności na nowym polu. Dziękuję. (oklaski)

 

Zbigniew Romaszewski

Ja może uzupełnię  kwestie robotnicze. Bo one bardzo różnie przebiegały na terenie całej Polski. To wcale nie było takie proste.Ursus, to był strajk właściwie jednego zakładu pracy to się dawało pozbierać, no i tutaj  mgły wystartować zalążki  ruchu robotniczego. Okazało się, że Wolne Związki Zawodowe powstawały również na Wybrzeżu i to doprowadziło to do największego sukcesu –Solidarności, ale takie związki powstawały również na Śląsku, gdzie się to zakończyło, generalnie rzecz biorąc, fiaskiem. Myśmy podejmowali działalność w Radomiu. W Radomiu  zajścia miały w ogóle inny charakter, występowało  wiele zakładów, środowisko było niezwykle przemieszane. W każdym razie jak w marcu pojechaliśmy z Jankiem Lityńskim i Mietkiem Grudzińskim  budować  ruch robotniczy  to nam się w zasadzie udało wprowadzić do tego ruchu dwóch agentów. Już potem nasza działalność  siłą faktu była  zawieszona (śmiech). Bo jak tylko ktoś inny jeszcze chciał do nas dołączyć to natychmiast przychodziło do niego SB. Środowisko nasze miało wyidealizowaną wizję  tego robotnika  był to robotnik  sprzed Pałacu Kultury, taki posąg tam stoi, no i jeżeli nasze spotkania z robotnikami były realizowane zgodnie z tą wizją, to na ogół  nie wychodziły. Ja na przykład pamiętam jak żeśmy  robotników zaprosili na koncert pani profesor Dubiskiej. Albo takie spotkanie intelektualistów z Anką Kowalską, Markiem Nowakowskim i nie pamiętam chyba Bocheńskim,ł, no to było powiedziałbym troszeczkę kłopotliwe. Marek  miał ze Szmulek doświadczeniei jakoś tam nawijał , ale to nie było wcale takie proste.

 Proszę Państwa,  . ł bardzo poważnym problemem, który  w Radomiu żeśmy tylko dotknęli były kwestie pracy. Ludzi masowo wyrzucano z pracy i potem nigdzie jej znaleźć nie mogli. Tam miała miejsce  dramatyczna sprawa,  poza  ofiarami o których była mowa,  popełnił samobójstwo pan Gawęda wyrzucony po 30 latach pracy z Waltera. Nie był w stanie ani tego zrozumieć, ani się z tym pogodzić.Czystki w Walterze prowadziła znana  wszystkim postać funkcjonariusza KC PZPR, poszukiwana ostatnio listem gończym, obecnie wybitny biznesman, Przywieczerski.  Takie to są dzieje. No i chyba tyle.

 

Andrzej Paczkowski

Dziękuję. Teraz sala - pytania, uzupełnienia, polemiki, a potem ponownie paneliści. Proszę bardzo.

 

Dyskusja:

Jan Rulewski

Chce wykorzystać dobrze moją delegacje, która będzie krótka i nadto odpowiedzieć na takie prowokacje, bo Państwo zauważyli, że jak profesor Paczkowski postawił kilka tez w pytaniach to przy pytaniu dlaczego ja nie spojrzał na mnie. Ja w ogóle nazywam się Jasiu jeśli już trzeba. I chciałbym powiedzieć, że swoim okiem historyka trafił. Bo rzeczywiście ja byłem za i przeciw, czy też ja nie byłem.  W tych wydarzeniach marcowych gdy nas wołano na halę, gdzie był sztafarz tych wszystkich przemówień, krzyków by ł tak przerażający, że rzeczywiście mimo pewnej wrażliwości na poziomie tam 0,1% nie mogłem tego wytrzymać i się wycofałem. Wycofałem się z tej masówki do swojego biura konstrukcyjnego, w którym byli światli ludzie, ale jednego nie mogli zrozumieć, mianowicie tego, że jak partia czy też rząd Jaroszewicza wprowadzał te podwyżki to liczył, że ludzie pracy, również konstruktorzy zyskują. Po czym jak odwoływał też mówił, że zyskują. To u konstruktorów jakoś się nie trzymało kupy bo u nich te kreski musza się schodzić a tu się nie schodziły. Oczywiście niewielu wiedziało, że nasi wspaniali koledzy, uczniowie profesora Kołakowskiego no i może Lipskiego już prowadzą działania i ja w tym momencie wyjąłem czapkę urodzinową, to był przecież czerwiec to się czapki nie nosi, zazwyczaj niezbędną do zbierania zbiórek na urodziny pracowników czy też imieniny raczej. I mówię tak do swoich koleżanek i kolegów, jeśli tam do jakiejkolwiek wywrotowej ideologii, słuchajcie jeśli coś zarobiliśmy na tej a zrobili to z Ursusa to chociaż wyślijmy im pieniądze jakieś. No i taki znany mój przyjaciel, kolega – opozycjonista spojrzał i do dziś nie wiem czy on z właściwą sobie chytrością pomorską czy też przezornością powiedział no dobrze, Janek, my zbierzemy, wyślesz gdzie. Ja mówię no do Radomia, no może do Kuronia. A jak oni wezmą te pieniądze, mówi to znaczy ubecy to poniesiemy straty. Ale w ten sposób odpowiadam na pytanie w ten sposób w fabryce, na której nie byłem tak znany no bo w ośrodku badawczym pracowałem, więc poniosłem fiasko. Pozostał swoisty niesmak, że oto w tym momencie zarabiając podwójnie nic nie oddaliśmy tym, którzy już wtedy byli aresztowani. Pozostał jeszcze protest obywatelski. Miałem przyjaciela, który studiował w Warszawie, ale do KOR-u jakoś się nie zapisał i powiada no słuchaj coś w tej sytuacji trzeba zrobić, w fabryce to oni tam mają pełno obserwatorów, a tutaj cos trzeba wydać jakieś świadectwo jakiejś przyzwoitości, pomorskiej, prostolinijnej przyzwoitości. Zyski duże, ludzi biją, coś my młodzi musimy zrobić. Masz jakąś propozycję, tak odpowiada. Jest rondo dużo tramwajów i jest jeszcze poniemiecki duży wysoki komin w zakładach papierniczych no i wejdziemy na ten komin i we dwoje będziemy krzyczeć: Popieramy Radom!!! (śmiech). To nie było takie głupie, ale on zaczął się bronić, a jak ściągną nas drabiną? Nie martw się komuna jeszcze się dopracowała takich 20-metrowych czy więcej drabiny. Nadto zanim ją przywiozą, zanim ktoś wyda decyzję w Komisji Planowania czy coś w tym rodzaju to dopiero oni przyjadą a my już swoje odwalimy. Ale widziałem,  że on nie ma ochoty i zabił mnie stwierdzeniem a jak podgrzeją w kominie? (śmiech) Ale teraz doszedłem do wniosków trzeba wiedzieć gdzie się urodzić żeby być takim jak Wujec, Romaszewski czy inni. To znaczy w Warszawie wśród profesorów, inteligencji, blisko Radomia i Ursusa. Ale jak były wydarzenia w Gdańsku, to obliczyłem że do Gdańska jest bliżej niż do Warszawy, i wyprzedziliśmy Wujców i pojechaliśmy do Gdańska. I byliśmy pierwsi w Gdańsku z Bydgoszczy. I drugi wniosek, no wniosek konstruktywny, wtedy broniono robotników, no i słusznie, i takie było przekonanie, ale już udowodniłem przecież, że najbardziej cierpieli inżynierowie, że musieli uwierzyć, że są dwie podwyżki, wszystkie podwyżki, na których oni zyskują, a dziś dodałbym cena głupoty wzrosła w naszym kraju czas na Komitet Obrony Inteligencji. Dziękuję bardzo. (oklaski)

 

Zbigniew Mojek

Dzień dobry ja nazywam się Zbigniew Mojek. Ja przyjechałem z Tarnowa. Z KOR-em związany jestem od 1976 roku. I chciałem tu powiedzieć, że tu tak pięknie słyszymy od pana Zbyszka, od pana Mirka, od pana Henia, no dawniej to byliśmy po imieniu, mówimy co działo się tutaj, ale ja mogę opowiedzieć co się działo, jak trzeba było się do Warszawy wybrać. To była wyprawa gorsza chyba niż na biegun północny. Bo człowiek się liczył zawsze z tym że albo go zatrzymają na  dworcu w Tarnowie, albo go zatrzymają w Krakowie, w Kielcach, no gdzie się pociąg zatrzyma tam może człowiek być po prostu zatrzymany. Potem jak się przyjeżdżało tak jak ja, to tam uderzałem do Henia na Stegny właśnie, tylko że Haniu był wtedy tak mną zadowolony że mnie do Łuczywów odstawiał nie wiem dlaczego, no i fajnie. A potem brałem to co miałem zabrać i „Robotnika” i jechałem z tym do Tarnowa chyba, że przy okazji wstępowałem do pana senatora Romaszewskiego i zabierałem tam sobie pieniążki z Funduszu Samoobrony, żeby tam zawieźć do nas. I chciałem powiedzieć, że to co się zaczęło tutaj właśnie w Ursusie i Radomiu odbiło się bardzo szerokim echem tam u nas. Zaczęliśmy w dwie osoby dosłownie tę całą działalność przez SKS krakowski. Szło nam dosyć ciężko ale do czasu dokąd nie została podpisana Karta Praw Robotniczych. Ja przynajmniej, myśmy tak uważali i rozgłaszaliśmy to u siebie, że jest to taki zalążek i zaczątek wolnych związków zawodowych w Polsce. Ponieważ by to 100 osób z całej Polski, którzy podpisali to i co było wtedy dla mnie może ciężkie może nie, ale było wydaje mi się takim jakąś odwagą podać swoje kompletne dane, bo wiadomo. To się od razu na drugi dzień skończyło tym, że w domu była rewizja, żonę nawet do partii chcieli zapisać, no to (śmiech) tak przyniosła deklaracje, ja się zapytałem dlaczego chce się zapisać bo mi kazali no i jakoś to na ten ale jakoś to szło. Oczywiście jak to się w takich rzeczach dzieje to nam musieli podrzucić agenta bo przecież agent musi być jak jest małe grono to agent musi być. Wykryliśmy go dopiero w 1980 roku, to było dosyć długo trwało. Tak jak mówiąc o Mirku Chojeckim to jak myśmy się dowiedzieli, że Mirek że właśnie wychodzą jakieś tam wydawnictwa piękne Nowa wydaje to myśmy sobie też wydali swoje pismo. Żeśmy wydawali na powielaczu, różnymi sposobami dziwnymi się to wydawało, aż wreszcie dostaliśmy z KOR-u chyba nawet odbierałem od Jacka wtedy powielacz to nam na drugi dzień zabrali, bo to było przez Kraków załatwiane przez SKS, a tam jaka była sprawa to wiadomo. No ale na drugi dzień zabrali. Ale chciałem tylko powiedzieć, że gdy już się zbliżył osiemdziesiąty rok i były podane nazwiska tylko trzech, czterech osób, bezpieka nas tam na okrągło zamykała po 48, tak jak w moim przypadku to siedziałem sobie tydzień z małymi przerwami na dojście z więzienia do pracy bo tam znowu na mnie czekali. Ale co się właśnie stało, że w momencie jak były wybory te w 1980 roku myśmy potrafili oblepić cały Tarnów takimi ulotkami małymi: Chcesz głodować, idź głosować! Było to o tyle fajne, że myśmy wszyscy siedzieli, a ulotki się pojawiły w całym mieście. Robiliśmy to na jednym, tam gdzie ja wtedy pracowałem, pracowałem na WPK, te ulotki były robione na malarni, tam był obstawiony cały zakład przez robotników, przez kierowców, którzy pilnowali żeby ktoś temu nie przeszkodził, także było to dosyć spektakularne, ale jak tu jestem pierwszy raz od trzydziestu lat i spotykam się w takim właśnie gronie, jestem wdzięczny za to dzisiejsze spotkanie. (oklaski) Bo rzeczywiście oddać trzeba sprawiedliwość ludziom którzy to założyli i KOR którzy pierwsi zrobili ale ja bym chciał się zapytać ilu ludzi jest tu takich których do dzisiaj nikt nie słyszał. Robili to co robili, mieli swoje zapatrywania na tą przyszła Polskę. Chciałbym wszystkim naprawdę wszystkim, którzy brali w tym udział, tysiącom ludzi w całej Polsce, bo tak było ja chciałbym serdecznie podziękować bo dzięki temu tylko temu żyjemy w takim świecie jak teraz. Dziękuję bardzo (oklaski).

 

Głos z sali?

Proszę państwa przepraszam ad vocem. Nie mogę się zgodzić, żeby to współpracownik KOR-u i jeden z bohaterów dziękował korowcom, na Sali jest też dość ludzi młodych których albo nie było na świecie albo byli dziećmi w tamtych czasach to do nas należy ten przywilej abyście podziękowali żeście dostali od was w prezencie wolną Polskę.

To ja w imieniu tego młodszego pokolenia chcę zwrócić uwagę, że ta robota do końca jeszcze nie jest skończona. Że oprócz dokumentacji, działalności tych którzy pomagali także trzeba udokumentować cierpienia późniejsze tych osób które wtedy były bite potem im w tej akcji wiele osób po bohatersku pomagało, ale dziś oni tez po Polsce są pogubieni, są już może emerytami, są schorowani, nie mają wysługi lat, zaczynali nową prace od najniższego stanowiska, pamiętam ten Sejm, z którym łączyliśmy takie nadzieje, kiedy powiedziano, że nie ma co się tym zajmować kiedy mówiono, że nie będzie się celebrowało kombatanctwa, więc w imieniu tego młodszego pokolenia bardzo proszę żebyście Państwo jednak pamiętali o tych, którym, raz wtedy udzielono pomocy, że oni teraz ciągle na tą pomoc czekają. Dziękuję pięknie. (oklaski)

 

Głos z sali? (ze Starachowic )

Ja jestem ze Starachowic to znaczy z prowincji. Na prowincji nie było takich ośrodków opozycyjnych jakie były w dużych miastach. Tak jak było w Warszawie, we Wrocławiu, w Krakowie czy gdzie indziej. Ja jestem w zasadzie tylko zwykłym robotnikiem, ale jak mogę określić oczytanym i o wielu rzeczach słyszałem. Byłem wiernym słuchaczem Radia Wolna Europa, stamtąd żem się dowiadywał wielu rzeczy dlaczego ja się podjąłem takiej działalności. Dlatego, że w 1976 roku między innymi w Starachowicach też cześć załogi zaprotestowała przeciwko podwyżkom cen i poparła robotników Radomia i Ursusa. Później aparat partyjny, jeszcze dokończę to, że nawet sprzątaczka, której kij się złamał od szczotki to była uznana, że ona strajkuje. O to taka.. kobiecina była. Później ja chciałem zabrać głos na manifestacji potępiającej jak to w cudzysłowie powiem „warchołów i wichrzycieli z Radomia” to podeszło do mnie dwóch ORMO-wców i siłą odprowadzili mnie do pracy na wydział. Nie dałem za wygraną. Niezbyt długo przyjechałem właśnie do Warszawy, bo mnie to drażniło że takie rzeczy się dzieją i chciałem ludziom uzmysłowić, że trzeba podjąć jakąś walkę. Przyjechałem do Warszawy do pana Jacka Kuronia, do pana Henryka Wujca, brałem mnóstwo literatury od nich i kolportowałem na terenie zakładu, ale nie tylko bo i w Ostrowcu i w Skarżysku, gdzie się dało na przystankach rozkładałem, w autobusach tam po dwa trzy egzemplarze. Chodziło mi o to żeby się dostali jak najwięcej do ludzi. Później było tak, e przed stanem wojennym w 1981 roku zostałem zaproszony przez jedną z central francuskich związków zawodowych, do Paryża i nawiązałem dużo kontaktów właśnie we Francji. W stanie wojennym zaczęli mnie odwiedzać koleżanki i koledzy z Francji. Przemycili mi maszynę do pisania. Przemycili mi matryce woskowe, farbę drukarską i sam samoczynnie robiłem różnego rodzaju nasłuchy z radia Wolna Europa, robiłem ulotki i kolportowałem też gdzie się dało. No oczywiście jak większość z nas tutaj byłem internowany, no ale o tym to już nie będę wspominał. Dlatego ja rozpocząłem tę walkę bo widziałem  jaka krzywda dzieje się robotnikom. No to jak już mówili koledzy, jak pan Rulewski mówił, że obcinali po dwie grupy i mówili, że i tak więcej zarobili. U nas to samo było. Ta sama praktyka była stosowana. Nawet było tak, że napisałem sam pismo skierowane do ministra przemysłu maszynowego i zebrałem mnóstwo podpisów, chyba ze trzysta podpisów od załogi. Przyjechałem do Warszawy, żeby zwrócili nam te grupy. Nie odniosło to żadnego skutku, ale mnie tak dali po plecach po prostu, że to do tej pory pamiętam. Nie to żebym był bity, ale byłem po prostu tak prześladowany, tak szykanowany. Miałem dwie opinie w aktach personalnych raczej dobrą, a na telefon to straszliwie paskudną. Byłem przeganiany jak parszywa owca z wydziału na wydział. Dlatego podjąłem ta działalność. Jestem też wdzięczny, że ludzie tacy jak świętej pamięci pan Jacek Kuroń, jak Henryk Wujec, jak pan Zbigniew Romaszewski i inni, że oni jako inteligencja zajęli się utworzeniem takiej organizacji. Gdyby nie oni to właśnie dzisiaj nie byłoby wolnej Polski. Dziękuję. (oklaski)

 

 

Maria Pernach

Dzień dobry. Moje nazwisko Maria Pernach. Tak jak mówił kiedyś Czesio Bielecki, jestem prostym, zwykłym inżynierem. Chcę nawiązać do mojego kochanego przyjaciela, Henia Wujca. Ludka mi wybaczy, nic takiego o czym tam myśli. Henio bardzo skromny człowiek, omija ciągle jedną rzecz, nigdy o tym nie wspominał. Ja powiedziałam, albo przemówię teraz albo już nigdy. Henio stracił pracę po głodówce w Kościele Św. Marcina w 1976r. i trafił do pracy w Polskim Komitecie Normalizacji Miar i Jakości w 1978r. Szefem tej instytucji  był tow. Franciszek Szlachcic. Ja pracowałam już od siedemdziesiątego czwartego roku w zespole Elektryki Henio trafił do nas . Myślałam tak, dlaczego on go przyjął? No po to, żeby Henio się nie obijał po jakichś hutach czy innych zakładach, bo bardziej niebezpieczny byłby tam, a tu pod nosem tow. Szlachcica, prawda? No i trafił Henio jako też inżynier, nie, fizyk, przepraszam, do Zespołu Elektryki, a było to na ul. Elektoralnej. Wszyscy zaczęli pytać, czy to jest ten Wujec. Ja odpowiadałam, że to nie jest ten Wujec bo tamten się pisze przez „ó” kreskowane. A to jest przez „u” otwarte. (śmiech) A dyrektor Zespołu ( świętej pamięci, a niech mu będzie) pyta gdzie mamy go posadzić, ja mówię panie dyrektorze do mnie do pokoju, już ja przypilnuję go dobrze. (śmiech) I tak się stało. I Henio wylądował w naszym pokoju na drugim piętrze w Zespole Elektryki.( A tak na marginesie, ku pamięci,dyrektor ten dr inż. Zygmunt Zienkiewicz w 1989r. napisał z partyjną szczerością : „Moja współpraca ze służbą bezpieczeństwa rozpoczęła się z chwilą pracy Marii Pernach i Henryka Wujca w Zespole Elektryki…”, a w 1982r. w styczniu wyrzucał mnie z pracy, na polecenie oczywiście władz za nie wyrażenie zgody rezygnacji z członkostwa w NSZZ”S”).  I zaczęła się zabawa. Henio wiecznie biegający z tą swoją torbą, która ważyła ze 100 kilo i tysiące papierów w te i we wte biegał , biegał i biegał. Bez przerwy  przewijali się  przez pokój jacyś ludzie A to Bogdan Lis przyjeżdżał z Gdańska, a to tysiące innych ludzi poznałam. Mówiłam. Heniu uważaj przecież, bo przesadzisz  i cię w końcu wywalą. Inni narzekali, my pracujemy, robimy normy, a ten nic tylko biega z papierami i zajmuje się innymi sprawami. Spokojnie załatwimy za niego te normy i tak dalej. W każdym razie muszę  powiedzieć, jeśli chodzi o KOR, ja nie byłam członkiem KOR-u ale przez Henia współpracowałam. Myśmy zbierali pieniądze. I ludzie w zespole, i w PKN-ie. Naprawdę bardzo dużo wspaniałych ludzi, no nie sposób wymieniać nazwisk. Kiedyś się tym zajmę. Tym ludziom się należy dużo, naprawdę. Poza tym martwiłam się, bo Henio wciąż chodził głodny, poza tym miał podarte skarpety, ja mu te skarpety cerowała, o to  miał pretensje do mnie mój mąż, że ja za bardzo dbam i kocham Wujca, no ale jakoś tam to szło.

I wtedy naprawdę nam to szło. Naprawdę mało kto wie, jaką solidną pracę odwalał. I zbierał pieniądze, i „Robotnika” tam, no naprawdę trudno to ocenić. Nigdy o tym nie wspominał. Myślę sobie dlaczego? Czy dlatego, że Szlachcic go przyjął? Henio, on cię przyjął żeby cię mieć pod skrzydłami. Ja mówiłam wiele razy, Heniu uważaj! A Henio na to, nie martw się, oni mają swoją robotę a my mamy swoją  I dalej ganiał. I tak to trwało, i trwało i trwało aż do stanu wojennego. Ja współzakładałam „S”” pod nosem Szlachcica, no a potem 1980 rok był bardzo ciekawy. W sierpniu po Henia przyszli, muszę to opowiedzieć bo to bardzo było ciekawe. Oczywiście ja już miałam obstawionego tam na dole swojego człowieka, który zadzwonił do mnie na górę i powiedział, pani inżynier przyszło takich dwóch smutnych, młodych, dziwnych facetów, niech pani uprzedzi, pewnie po Wujca może, nie wiem. Wtedy Adam i Kuroń już siedzieli. To był sierpień osiemdziesiąty rok. Przyszli. Ja od razu po tym telefonie do Henia mówię, Henio  nawiewaj, jest wyjście dodatkowe tutaj przez korytarz, otwarte, wiem którędy wyjdziesz na Elektoralną z drugiej strony. Nie, nie oni już siedzą mówi(t.j. Michnik i Kuroń),to już ja nie będę uciekał. (śmiech) No i dobra. Nie dało rady namówić. Przyszło dwóch panów i od razu do sekretariatu do dyrektora. Ja do sekretariatu i mówię, dziewczyny pilnujcie drzwi, ja muszę podglądać i podsłuchiwać. No i słyszę, faceci mówią do dyrektora tak:” Niech pan przyprowadzi Wujca tu, a dyrektor mówi, panowie czy musicie teraz, po pracy może po pracy. Proszę przyprowadzić bo sami pójdziemy. No to dyrektor podniósł się ja bryk do pokoju ,Henio miałam rację, zabierają cię zaraz. No trudno mówi Henio, no i nie dało rady. Przychodzi dyrektor do pokoju i mówi tak:” Panie Henryku, czy pan mógłby przyjść do mnie do gabinetu. Ja mówię a po co panie dyrektorze? Jak to po co, a co panią to obchodzi ? Ja mówię obchodzi bo wiem kto tam jest. Henio wstał i potulnie poszedł do pokoju. Ja już nastawiłam cały zespól, po chwili patrzymy wychodzi Wujec, a po bokach dwóch przystojnych młodych ludzi, ale nie było kajdanek nic nie było, bardzo grzecznie wychodzili razem. Ja jeszcze Heniowi wsadziłam kanapkę i jabłko do kieszeni. No i Henio zniknął. To była środa. Środa, czwartek, piątek. Nie ma Wujca. Wszyscy do mnie, gdzie jest Wujec? A ja, skąd mam wiedzieć, nie wiem, zabrali go. A w niedzielę puk puk puk do drzwi. Pytam kto tam? Heniek, Heniek. Ja otwieram. Stoi Heniek. Oberwana kurtka, guziki oberwane, zarośnięty, brudny, cuchnący, straszny. Ja mówię ,a ty co tu u mnie tutaj? Słuchaj, ja musze szybciutko, ja musze tego. No i opowiedział historię, którą Henio opowiadał kiedyś. Jak go ganiali, jak go zabrali na Żytnią, jak po 48 godzinach puścili. Henio zawsze ufny, spokojnie sobie wyszedł, to go cap za cztery litery i na Cyryla. Następne 48 godzin, ale w niedzielę był już na tyle cwany, że się urwał. Urwał się, dojechał  do placu Leńskiego, a potem w tramwaj i przyjechał do mnie. No i po co mnie narażałeś i moją rodzinę? Trudno. Moich dzieci i męża nie było. Henio się wykąpał. Zjadł jedną zupę, zjadł drugą zupę, trzeciej zupy już nie miałam. Dałam mu syrop bo przecież kasłał i kasłał. Dzieci z mężem ze spaceru  (a moje dzieciaki mniej więcej w wieku Pawełka,tam ze trzy dni różnicy było). Co tu się dzieje a ja tłumaczę,że u wujka Henia remont w mieszkaniu, mama Pawełka z Pawełkiem będą u babci, tam ciasno, a wujek pobędzie u nas I tak pobył do 30go sierpnia. Poczekaj jeszcze jeden dzień i pojedziesz. Znów nie posłuchał i pojechał do swojej przychodni, a tam na niego już czekali i dosta takiego łupnia, że nia daj Boże. Ale Henio chyba to lubił. Ciąg dalszy może nastąpić(śmiech)(oklaski)

 

Andrzej Paczkowski

Mamy piętnaście minut czasu. Kto z panelistów chciałby uzupełnić swoja wypowiedź? Proszę bardzo.

 

Mirosław Chojecki

Gdy mówiłem o reakcjach najbliższych to zapomniałem o reakcji pewnego sąsiada. , Odwiedził mnie, wyszliśmy na klatkę schodową i mówi: „słyszałem pana nazwisko z Wolnej Europy, adres podali to dlatego przychodzę.  Byli u mnie i zaproponowali, że wynajmą jeden pokój. Okna wychodzą na podwórko i będą mogli obserwować kiedy pan wychodzi z domu i kiedy wraca. Żona zmarła niedawno i co ja mam zrobić? Mam im odnająć ten jeden pokój czy nie?” Odpowiedziałem mu: wynajmuj pan. Będzie pan miał kasę, a jak będą siedzieli i obserwowali to kwiatek w kuchni po lewej stronie, a jak ich nie będzie to po prawej. (śmiech) No i proszę państwa przez następne cztery lata jak wychodziłem z domu to wiedziałem czy jest obstawa czy jej nie ma. (śmiech)(oklaski). Ale dzisiaj oczywiście ten człowiek jest współpracownikiem SB. Mało tego brał za to pieniądze. Doniczkowe.

 

Zbigniew Romaszewski

Współpraca z SB to rzeczywiście była kwestia poważna.  Myśmy doskonale sobie zdawali sprawę, że wszyscy mamy podsłuchy.  Na przykład jeśli chodzi o nasze Biuro Interwencyjne  część   spraw  załatwiali śmy właśnie  przez podsłuchy. Po prostu to była kwestia na jakiej linii podsłuchowej jesteś i kto tam z SB siedzi, gdy był usytuowany odpowiednio wysoko to mogłaby być reakcja. Bo władza ludowa czasami nie lubiła ładować się w jakieś takie nieprawdopodobne skandale. Z takich podsłuchowych historii to  przypominam sobie, że kiedy  w Lublinie dzieciaki znalazły sobie jakiś  gruby kwitariusz i napisały precz z komuną, precz z ZSRR,a następnie rozłożyły kwity po skrzynkach pocztowych, to  zrobiono dyktando we wszystkich szkołach w tej dzielnicy i nieszczęsnych  pisarzy    wyłowiono. No i zaczęło się  Sąd opiekuńczy, termin wyznaczony, diabli wiedzą jaki ma być werdykt? Domy poprawcze, pozbawienie praw rodzicielskich?. My już  zbieramy cała ekipę prawników, żeby pojechali z odsieczą ..,  jJa wtedy zdesperowany  zadzwoniłem do Jacka Kuronia i mówię słuchaj Jacek tu te czerwone pająki już zupełnie zwariowały i będą robiły procesy dzieciom. Jedziemy na proces, wokanda zdjęta, sprawy nie ma, po prostu ktoś podjął interwencję.

Inna historia. Był taki pan Świstak, który w Zakopanem postawiłł w swoim ogródku pomnik Sikorskiego, w związku z czym zabrano mu cały dom.. Pan Świstak postanowił o dom walczyć twardo. W każdy sposób. Zgłosił się do KOR-u.  Myśmy jako Biuro Interwencji mieliśmy zwyczaj  zawsze człowieka oglądać w jego własnym środowisku. Kiedy żeśmy jego i jego dom obejrzeli  to urodziło nam się wiele wątpliwości. W rozmowie z nami  w pewnym momencie zeznał, że on jest niesłychanie skrzywdzony, że  na zlecenie władz załatwiał podpisy o nie przedawnianiu zbrodni hitlerowskich, że jeździł na procesy faszystów do Wiednia zeznawać itd. itd. A teraz  on to wszystko opowie i powie jak to było organizowane. Niewątpliwie postać niezwykle mętna. No i ukazał się artykuł pana Wilczura z Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, w tym artykule Wilczur napisał,że  Świstak był szmalcownikiem, nie wiem był nim, nie był? Myśmy w każdym razie  sprawdzili jego rekomendacje i okazały się wszystkie zawodne. Natomiast wielki całostronnicowy artykuł Wilczura,  kończył się wywodem że jest to część pierwsza, a druga część będzie  dotyczyć tego kto to wspiera takich ludzi. No i tu oczywiście było wiadomo, że wspiera ich KSS KOR. Wtedy właśnie zadzwoniłem do Anki żeby jej powiedzieć, że jeśli my poślizgnęliśmy  się na panu Świstaku, to za przeproszeniem komuna siedzi po uszy w gównie.  Jeśli Wilczur  zacznie pisać, a Świstak zacznie gadać to będzie to kompromitacja całego kraju. Bo jak się okazało PRL niekiedy wysyłał fałszywych świadków na procesy. No i  druga częśc artykułu pana Wilczura się nie ukazała. Po prostu ten kto podsłuchiwał moją rozmowę telefoniczna z Anką był w stanie spowodowac żeby informacja dotarła  odpowiednio wysoko tak by zatrzymać publikację Wilczura

 Natomiast my Romaszewscy mieliśmy kolosalny pożytek z podsłuchów. Mianowicie w Warszawie nie było wtedy tak łatwo o taksówki. Naprawdę trzeba było się wysilić żeby jakąś złapać. My mieszkając na rogu Kopińskiej i Szczęśliwickiej gdzie  diabeł wtedy mówił dobranoc, po prostu wychodziliśmy, machaliśmy ręką i zaraz była taksówka. Mogliśmy jechać.  Dziękuję bardzo. (oklaski)

 

Anka Kowalska

A ja bym chciała dodać taką historyjke jedną o milicjancie. Jeden z radomskich milicjantów, których ja sama widziałam i słyszałam, jak przed sądem wskazywali na jednego i tego samego człowieka, który się okazywał być w różnych miejscach, robić  rzeczy, za które później odpowiadał – albo czymś  rzucał, albo coś mówił, albo podpalał. I rzeczywiście wszystkim się wszystko zgadzało, a sąd nie zwracał uwagi na to, że rzeczywiście trzeba było być w kilku miejscach naraz żeby znaleźć się przed sądem za te wszystkie czynności. Chcę mówić o jednym z milicjantów, którego widziałam na wielu rozprawach właśnie tak zeznającego. A potem pojechałam w maju 1977 roku, kiedy wszyscy właściwie zostali wyaresztowani po śmierci Pyjasa. Ja poczułam się zmuszona, żeby jechać na jakąś rozprawę do Radomia, na którą nikt już nie chciał jechać to znaczy spoza KOR-u, z ludzi, których prosiłam o to. Była taka zasada, że się nie jedzie samemu, bo to można wtedy zginąć że tak powiem, no, wszystko jedno, pojechałam sama tam, i tam mnie spotkała wielka nagroda. Niezwykła. Otóż zeznawał przed sądem znowu ten sam milicjant, który odwoływał wszystkie swoje poprzednie zeznania. Ja siedziałam, to były małe salki zawsze, ja siedziałam z pięć metrów za nim, on stał przy tej mówniczce, przy której stoi świadek i po prostu - to nie jest żadna przesada, co powiem - on zeznawał i tak mu się trzęsły nogawki, stał przede mną i te nogawki mu tak latały, no ja nie wiem, ja po prostu poczułam do niego szacunek. Widać było, że on się strasznie boi, no, że był rzeczywiście jakimś pomiotłem ludzkim do tej pory, i że tego nie wytrzymał i zdobył się na straszną odwagę. Nie wiem, co się z nim stało, nie mam pojęcia. Ale jeśli chodzi o nasze kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa, to ja miałam chyba bardzo dobre, bo (śmiech) liczne rewizje przeszłam i nigdy u mnie nie znaleziono właśnie tych wszystkich karteluszek, czegoś, z czego później powstawały komunikaty. Janusz Przewłocki, który tutaj jest wymyślił taki schowek, który się wydawał żadnym schowkiem: wywieszany za okno worek nylonowy z tymi kartkami, jak zając co ma skruszeć na haku za oknem. I za to okno w łazience, nigdy nie zajrzeli, nigdy nikt nie zajrzał za to okno. Ja sobie myślałam, jaki wspaniały schowek, ale jakim sposobem nie chcą tam zajrzeć. Dostałam resztki nędzne swojej teczki teraz. Patrzę, a tam jest plan mojego mieszkania, podwórka, okien, i tego okna nie ma. (śmiech)

 

Zbigniew Romaszewski

Proszę Państwanam tu umknęła jeszcze jedna rzecz,.piekielnie ważna. Na sali teraz  nie ma prawników. Nie ma Olszewskiego, nie ma Szczuki, wczoraj był, widziałem , nie żyje już Siła-Nowicki, nie żyje Andrzej Grabiński o jest Ewa Milewska. Bez nich nasza praca  była zwyczajnie nie możliwa.  Zespół nr 25, to była nasza baza. Tam właśnie również przyjeżdżał Olszewski i tamMirek kiedy  go zdemaskowano, że  jeździ do Radomia zajął się sprawami obsługi prawnej, natomiast my z Zosią prowadziliśmy wyjazdy i zbieranie materiału.,. Mirek zawsze siedział na dyżurze w przedpokoju zespołu 25, w którym również urzędowała   woźna pani Kazia, która informowała przyjezdnych robotników, że mecenas Mirek jeszcze nie przyszedł i powiedział, że będzie za pół godziny. A mecenas Mirek siedział wtedy na schodach i regulował ruchem, żeby nam jeszcze jacyś ubecy jako pseudo robotnicy do zespołu się nie wdarli.

 Z takich  śmiesznych rzeczy proszę Państwa  niekiedy  nie bardzo istotnych, pamiętam, że kiedy toczyły się przed Sądem Najwyższym sprawy  przywódców  całego wydarzenia radomskiego, to upamietniło mi się doskonałe powiedzenie Staszka Szczuki. On tak elegancko zawsze mówił. W czasie rozprawy okazało się, że z radomskiego Wojewódzkiego Domu Partii, sypały się jakieś wędliny, kabanosy, szynki, to wszystko leciało na ulicę. Równocześnie twierdzono , że tu właśnie odbywano konsultacje i w związku z tym władza wycofała się z tych podwyżek. No i Staszek Szczuka to zreasumował, że tutaj właśnie z tych zeznań i  materiałówsądowych  można dojść przynajmniej do jednego wniosku, że z dwóch stron które odbywały konsultacje przynajmniej jedna nie była na czczo. I to mi się strasznie podobało (śmiech).

 

Andrzej Paczkowski

Dziękuje bardzo. Proszę Państwa kończymy nasz panel….

[Głos z sali: O tych skarpetkach to jeszcze trzeba dodatkowo powiedzieć. (śmiech)]

Dziękuję Państwu bardzo.

 

[KB - Proszę Państwa teraz jest kawa, herbata, piętro wyżej. Mamy piętnaście minut.]