[Dyskusja panelowa: KOR a wolny świat – obieg informacji

Prowadzący: Jerzy Kisielewski,

Uczestnicy: Krzysztof Bobiński, Renate Marsch, Eugeniusz Smolar

 

Głosy w dyskusji:

Adam Wojciechowski

Jakub Święcicki

]

 

Jerzy Kisielewski

Dzień dobry Państwu. Teraz już oficjalnie chciałbym przywitać na tym spotkaniu. Zacznijmy od przywitania naszych panelistów. Pani Renate Maschosoba (oklaski), te oklaski mówią wszystko, a dla osób które nie pamiętają tamtych czasów była od zawsze korespondentką Deutsche Presse Agentur, i tak było od zawsze Renate Mesach – instytucja. DPA a dla konkurencji w AFP się mówiło Dorothee informuje, to znaczy, że DPA podało te informacje a inne agencje jeszcze nie i trzeba to sprawdzić. Krzysztof Bobiński – Financial Times. (oklaski). Eugeniusz Smolar wtedy BBC (oklaski).

Proszę państwa nie bez tremy odpowiadając z radością na propozycje poprowadzenia dzisiaj panelu sięgnąłem do domowych archiwów. I okazuje się, że nie schowanych głęboko. Komunikat KSS KOR to jest 1978 rok Biuletyn wcześniejsze były chudsze. Może jako motto, bo kiedy czytałem podpisany przez komitet redakcyjny motto na pierwszej stronie jest krótki tekst. Pozwolę sobie przeczytać:

„Biuletyn Informacyjny” ma na celu przełamanie państwowego monopolu informacji obwarowanego przez istnienie cenzury w naszym kraju. Zamieszczone w nim informacje służą jawności życia publicznego i składają się na kronikę represji stosowanych tak przeciwko obywatelom jak i kulturze narodowej. Rozpowszechnianie Biuletynu jest czynnym występowaniem w obronie praw obywatelskich, jest korzystaniem z tych praw. Przeczytaj, przepisz i daj innym do przeczytania. Ujawniaj przypadki zamachów na prawa obywatelskie, pamiętaj niszcząc „Biuletyn” zaklejasz usta sobie i innym.

Ten tekst ma swoją moc dzisiaj a jaką moc miał wtedy w pierwszym numerze „Biuletynu” możemy sobie wyobrazić. Jaką miał moc, zwłaszcza że członkowie KOR-u podawali swoje adresy i telefony. I prosili o sygnały. I nagle było to coś niezwykłego, a jeśli pozwolicie Państwo chciałbym przypominając nasze związki, uzasadnić moją tu obecność. W czerwcu 1976 roku byłem nieregularnym współpracownikiem Francuskiej Agencji prasowej AFP, robiłem zastępstwa weekendowe, jak ktoś wyjeżdżał na urlop i któregoś dnia kiedy szedłem do pracy a rzecz była ciekawa, pięć dużych agencji prasowych mieściło się w budynku z napisem „AGROMA” czyli Centrala Obrotu Maszynami Rolniczymi i tam na trzecim piętrze było jedno piętro dla agencji prasowych. Na dole oczywiście nie było żadnych tabliczek. Na dole byli portierzy. To byli chłoporobotnicy, to byli rolnicy spod warszawy, którzy żeby mieć etat byli portierami na dole, a na tym piętrze przypomnijmy mieściła się Francuska Agencja Prasowa, United Press International, Reuters, Associated Press i największa włoska, a najmniejsza światowa ANSA (Agenzia di Stampa Italiana). Tylko Renata Marsch była po drugiej stronie Wisły na Saskiej Kępie zawsze. Pewnie był to problem dla wiadomych służb, bo zawsze łatwiej kontrolować pięć agencji na jednym korytarzu, no ale Renacie się udało by c gdzie indziej. I oto jeden z tych portierów powiedział, kiedy wchodziłem z moim przyjacielem, z którym przez kilkanaście lat pracowaliśmy razem w agencjach prasowych powiedział: A dzisiaj kobieta przyszła pieszo z Ursusa. Komunikat taki neutralny. Ja mówię a dlaczego? Bo nie mogła przyjechać. Więc pojechaliśmy zdezelowanym jedynym, na który nas było stać mieliśmy wtedy samochód na spółkę, pojechaliśmy na dworzec, poprosiliśmy dwa bilety do Ursusa i taka kokieteryjnie wyglądająca panienka powiedziała, dziś się nie jeździ do ursusa. My powiedzieliśmy, że naprawdę chcemy pojechać do Ursusa. Dziś się nie jeździ powiedziała i zaczęła kokietować mojego przyjaciela, który był wrażliwy, ja powiedziałem że nam się naprawdę śpieszy i naprawdę poprosimy. Ona dziś się naprawdę nie jeździ do Ursusa. Mówię dlaczego, bo ludzie siedzą na torach! No i to już była informacja bardzo istotna. Pojechaliśmy z naszą koleżanką, Marią Majdrowicz, późniejszą współpracowniczką Agence France Press. Pojechaliśmy samochodem, ona wzięła ze sobą jeszcze psa, wyglądaliśmy na młodych ludzi, którzy jechali ot tak, kiedy zobaczyliśmy blokadę policyjną, która nakazywała jechać w głąb Ursusa, a nie w kierunku fabryki, pojechaliśmy. Ja zaproponowałem, żeby zostawić samochód pod warsztatem samochodowym, bo to będzie wiarygodne, on był w takim stanie, że tylko tam i udało nam się podejść do ludzi, zobaczyć ten tłum. Przy czym zdziwił nas absolutny brak policji mundurowej gdzieś na obrzeżach Ursusa spotkaliśmy jednego motocyklistę. Tłum ludzi, którzy dość chętnie mówili, co mnie zaskoczyło. Pośrodku, co wiemy z dokumentacji stała taka wielka ciężarówka Berlieta ze spuszczonym powietrzem z obu opon i z płytami. Ktoś chciał przejechać przez tłum i mówił, że się śpieszy, to teraz się nie śpieszysz i mu spuścili. Widzieliśmy tych ludzi, bodaj dwie czy trzy osoby się uratowały bo miały maski spawaczy na twarzach kiedy przyspaiwali   lokomotywę do torów, żeby wytłumaczyć maszynistę, no napięcie było niezwykłe. Udało nam się wrócić. Wróciliśmy do agencji. Wtedy dowiedzieliśmy się, że paru kolegów, a samochody były wtedy oznakowane bardzo wyraźnie, miały litery WZ, żółte to były dyplomatyczne, białe to byli korespondenci zagraniczni a jeszcze któryś numer oznaczał czy socjalistyczni czy zachodni. Pamiętam jakim przeżyciem było dla mnie kiedy po raz pierwszy, nie bez emocji pełniący obowiązki szefa biura Marian Kafarski pod wpływem podanych przez nas informacji wysłał krótką depeszę, a wysyłaliśmy po łączach via Wiedeń, krótką depeszę: „Strajk w zakładach produkcji traktorów w ursusie”. To był flesz i kiedy zobaczyłem, że na powracającym serwisie to wszystko było na takich staromodnych dalekopisach przerwana została depesza z Paryża i poszedł: Strajk w Polsce. Stanęła fabryka w Ursusie i na torach linii kolejowej siedzą pracownicy. Zdałem sobie sprawę, że coś się wydarzyło niezwykłego, że to jest początek czegoś. To były szalone emocje. Tego samego dnia kiedy już zaczęły się kłopoty złącznością pamiętam kiedy próbowaliśmy połączyć się przez Sztokholm, potem przez inne miasta zobaczyliśmy samochody te same o zmieniających się numerach rejestracyjnych pod agencjami prasowymi. Widać było, że coś się dzieje. I kiedy tego dnia już wieczorem i przez następne dni dowiadywaliśmy się, że stosowano zupełnie nową technikę, że ten brak milicji w ursusie był pozorny, a fotografowano manifestantów i strajkujących z helikoptera, który latał, albo co wyszło później z archiwów, spod kurtki esbecy mieli miniaturowe aparaty. Fotografowali ludzi siedzących na torach, blokujących tą międzynarodową linię, czy ludzi blokujących pociągi i później na podstawie tych zdjęć wyjmowano ich z domów i przez całą noc i przez całe następne tygodnie, po to żeby ich aresztować, potem zaczęły się ścieżki zdrowia. Potem dowiedzieliśmy się, że to samo w ostrzejszej skali było w Radomiu. To było przeżycie niezwykłe i to była zmiana to, że padło to słowo strajk! To słowo strajk. A wiemy dobrze jak to wyglądało i jakie groziły nawet korespondentom zachodnim konsekwencje w tamtych czasach. Tego typu telefon z MSZ-tu, wezwanie do MSZ-tu, rozmowy pouczające. To był strajk to był strajk w Ursusie. I kiedy niespełna trzy miesiące później przyszła wiadomość, że powstał Komitet Obrony Robotników, wtedy już nie przesadzając zdawaliśmy sobie sprawę, że to było zdarzenie historyczne, bo pamiętaliśmy  co się stało w grudniu, co się stało w marcu sześćdziesiątego ósmego i nagle okazuje się, że inteligenci, intelektualiści, elita polskiej palestry jest do dyspozycji represjonowanych pracowników, robotników zakładów Radomia i Ursusa. I wtedy pojawiły się Biuletyny, ja ma już późniejszy to już jest Komunikat KSS KOR, Komitet Samoobrony Społecznej. To już była druga wersja KOR-u. I to było niezwykłe wydarzenie, zmieniające zupełnie powiedziałbym pracę prasy zagranicznej. My mieliśmy źródło. Ale nie było to takie idylliczne. Bo dla mnie, bo dla nas było to niezwykłe źródło informacji, cennej, bo albo nie mieliśmy do n iej dostępu, albo była dla nas zbyt trudna do zdobycia a jednocześnie pamiętajmy, że ktokolwiek przez telefon chciałby korespondentom zagranicznym cokolwiek mówić, bo to były telefony na podsłuchu i wiadomo było, że były na podsłuchu. I jak zmieniło to pracę prasy zagranicznej, jak wzbogaciło wiedzę o Polsce. Po tym przydługim przepraszam wstępie z naszymi panelistami. Renata Marsch. Deutsche Presse Agentur.

 

Renata Marsch

KOR był bardzo ważny dla nas ale chcę powiedzieć, przedtem też istnieli bardzo odważni ludzie, którzy się nie bali z nami rozmawiać. Ja już przyjechałam do Polski w sześćdziesiątym piątym roku, to znaczy też podczas Millenium byłam tutaj i tam dla mnie było na przykład bardzo ważne środowisko „Tygodnika Powszechnego”. Jeden z moich nauczycieli sprawy polskiej był Władek Matuszewski, który się nie bał tylko trzeba było do niego podjechać zostawiając samochód daleko, daleko. Jak się do niego przyjechało, to on od razu szybko, szybko jak on zawsze jest poduszki na telefon. Miał iluzję, że ubecja nie słyszy, ale ubecja oczywiście słuchała i to wszystko było później pisane w aktach. Ale to wszystko było dzięki cenzurze praca dziennikarza w Polsce była ciekawsza jak na Zachodzie, bo na Zachodzie byli gazety i rozgłośnie i tak dalej. Myśmy tutaj mieli „Trybunę Ludu” owszem, myśmy mieli telewizję oficjalną ale to była ta sama rzecz. Myśmy byli zdani do tego żeby szukać nasze źródła, żeby szukać sami wiadomości i sprawdzić te wiadomości. Bo jasne Polacy byli zawsze tak jak są dzisiaj bali się mniej niż inne społeczeństwa w krajach socjalistycznych. I z tego powodu bardzo często ludzie przyszli do nas rzeczy, które się potem nie sprawdziły. Z tego powodu trzeba było uważać żeby nie wszystko podawać. Pan Iksiński mówił to i to. I myśmy bardzo ściśle współpracowali. Ja pamiętam , Jerzyk, do was do AFP, dzwoniłam prawie codziennie albo dwa razy dziennie oczywiście nasz telefony były na podsłuchu ale to wszystko jedno oni mogli wiedzieć ubecja co my wiemy. Wiedzieli dokładnie. Bardzo ważne źródło oczywiście Radio Wolna Europa. Trzeba było też bardzo uważać. Ktoś nam mówił jakąś wiadomość jak on by sam to widział, ale on to miał z Wolnej Europy to znaczy że to było takie kółko i faktycznie żeby sprawdzić te wiadomości było trudno. Od momentu KOR-u myśmy mieli do kogo się zwrócić i bardzo często Kuroń dzwonił prawie codziennie. Wołał konferencje prasowe. Oczywiście jak była konferencja prasowa u Jacka to myśmy wiedzieli, że bardzo prawdopodobnie będzie ubecja to bardzo często te tzw. konferencje prasowe były przerwane, ale o to chodziło, że tutaj byli ludzie, którzy się nie bali i to chyba było najważniejsze. Nie tylko korowcy, ale też społeczeństwo w Polsce było więcej odważne jak w innych krajach. Moja przyjaciółka Angela … z Frakfurter Allgemeine Zeitung pojechała z Polski w sześćdziesiątym dziewiątym roku do Czechosłowacji. I tam było tak, że ludzie się tak bali, bo jak ktoś był w opozycji, to siedział w więzieniu, to też był ostracyzm społeczny. Ale tutaj w Polsce było ja bym powiedziała bohaterstwo ja bym powiedziała ancien kombatant jak ktoś nie siedział, to się prawie stwierdziło, że siedział przynajmniej ci z opozycji. W ten sposób była bardzo ciekawa współpraca. Było bardzo ciekawie w Polsce pracować. Oczywiście korespondenci zagraniczni nic nie ryzykowali, najwyżej mogli nas wyrzucić z kraju. Prawdziwymi bohaterami byliście wy, nasi polscy współpracownicy, bo oni byli obywatelami polskimi, oni coś ryzykowali, my w zasadzie ryzykowaliśmy tylko dobre imię i z tego powodu trzeba było by ć szybko i być prawdziwe. To były bardzo, bardzo ciekawe czasy. (oklaski)

 

Jerzy Kisielewski

Zanim oddam glos Krzysztofowi Bobińskiemu, który wahał się wtedy między karierą naukową historyka i studiami doktoranckimi jeśli dobrze pamiętam, a pracą dziennikarską, bo właśnie w tymże 1976 roku rozpoczął współpracę z Financial Times i można było się domyśleć, że to była wielka zagwozdka dla i MSZ-tu mówiąc eufemistycznie i dla służb. Bo nie było nic gorszego jak akredytowany korespondent prasy zachodniej, który nie dość, że zna wszystkich w Polsce to jeszcze do tego może porozumiewać się bez tłumacza. I to był pewien problem jakby poprowadzić ten aspekt odbioru informacji, które do nas docierały przez „Biuletyn” KOR-u. Przypadek pewien jeszcze współpracując z AFP, miałem do czynienia z korespondentem, który przyjechał, przedtem był korespondentem na Kubie, żyło mu się dobrze, nie bardzo chciał zadrażniać. Renata Marsch już się śmieje, bo jak witał się z kolegami korespondentami powiedział: Ja byłem na Kubie, przyjaźniłem się tam z ministrem spraw wewnętrznych, radziłem mu w pewnych sprawach jak postępować i tu zamierzam się też przyjaźnić z ministrem spraw wewnętrznych. Więc oczywiście wywołało to salwę śmiechu, bardzo mu było niewygodne rozpoczynać karierę od relacjonowania „Biuletynów” KOR-owskich i informacji od Jacka Kuronia, od Adama Michnika i od dziesiątek współpracowników KOR-u. Więc kiedy dostawał informację tzw. kolbeka czyli informację typu: DPA podaje albo Reuters podaje albo AFP podaje  i prosimy poinformować polemizował z dyrekcją, ale któregoś dnia kiedy przyszedłem rano do biura zobaczyłem, że już jest gotowa depesza i to taka trzyodcinkowa zrobiona na podstawie najnowszego „Biuletynu” KOR-owskiego, ucieszyłem się, że uległ, że zrozumiał, ale kiedy zobaczyłem, że głównym wątkiem tej depeszy jest  narastający konflikt między Jackiem Kuroniem a Adamem Michnikiem i to było dość rozbudowane no to zrozumiałem, że to nie jest właściwy „Biuletyn”. Kiedy go zapytałem, że wprawdzie dziennikarz nie zdradza źródeł, ale między sobą możemy sobie coś powiedzieć jak dostałeś to? Pocztą mówi. Dokąd? Do domu. (śmiech) Od tego momentu korzystał już z „Biuletynów”, które przynosiliśmy i już nie polemizował z Paryżem czyli jeśli służby posunęły się do tego żeby fałszować we wczesnym stadium, korzystając z naiwności korespondenta, fałszować „Biuletyn” i wkładać mu do domu na jego prywatny adres, bo wiadomo, że w redakcji by się szybko wydało, że to jest fałszywka, no to znaczy jaka była siła rażenia „Biuletynu” już wtedy, a Krzysztof Bobiński, który cierpiał na niedosyt informacji ekonomicznych na pewno pamięta skup dziennikarski Józefa Kuśmierka, jak się później okazało Józefa Kuśmierka, który na pierwszej stronie „Biuletynu” opisał z detalami negocjacje polsko-radzieckie dotyczące dostaw gazu. Słynny wicepremier Bajbakow, który przyjeżdżał tam było opisane dokładnie jaka kłótnia idzie o gaz ze Związku Radzieckiego do Polski. Była duża chryja. Kuśmierka chcieli zamykać, mimo jego lewicowej przeszłości. Krzysztof Bobiński.

 

Krzysztof Bobiński

Dziękuję bardzo. Urodziłem się i wychowałem w Anglii. Przyjechałem do Polski na początku lat siedemdziesiątych. Jak wyjeżdżałem z Londynu powiedziała mi moja ciotka:  ty się tylko do niczego nie mieszaj, w ogóle  nie spotykaj się z nikim ‘trefnym’ politycznie i dała mi paczuszkę do przekazania do jednej pani na Mokotowie. Ta pani nazywała się Wanda Ferens i od razu jak przyjechałem do Warszawy to pojechałem do Wandy Ferens. Wszedłem do niej do mieszkania a tam siedział Wiesław Kęcik z  żoną. Był on nie dawno zwolniony z więzienia awięc pierwsze  moje kroki w Warszawie skierowałem do faceta, który właśnie odsiedział wyrok za  „RUCH”. I taki był mój początek w Polsce. Wtedy trochę studiowałem rzeczywiście, lepiej o tym nie mówmy. W 1975 roku zadzwoniłem do wszystkich redakcji brytyjskich czy by nie chciały żeby ktoś dla nich pisał o Polsce z Warszawy. Jedyna gazeta, która wykazala zainteresowanie to był Financial Times. FT był zainteresowany dlatego, że Polska wtedy bardzo dużo pieniędzy pożyczała na Zachodzie i już w 1975 było widać, że trudno będzie te  pieniędze odzyskać. FT chciał wiedzieć co się z tymi pożyczkami dzieje. Powiedzieli dobra, jak chcesz coś pisać to proszę bardzo i zacząłem na początku 1976 roku. W tym czasie, na przełomie 1975/1976 już czulo się, że będzie sie w Polsce coś działo. Może Państwo, pamiętajacie, taką wystawę „Polaków obraz własny” w Zachęcie,  na, ktorą chodziły ogromne tłumy. Była też sprawa zmiany Konstytucji i listy protestacyjne inteligencji w tej sprawie. Mowię to wszystko aby przypomnieć, że powstanie KOR- u i zajeciem się przez KOR  sprawą robotniczą nie było przypadkiem. Tu dwie rzeczy się zbiegły -  ferment wśród inteligencji i rosnące poczucie wśrod zwyklych ludzi, że kończą sie nadzieję na poprawę ich sytuacji rozbudzone przez Edwarda Gierka na początku dekady.  No i w czerwcu 1976 przyszła nieudana próba podniesienia niektórych cen. I właśnie chciałem powiedzieć o problemach z podwyżkami. Ówczas ukazywały się teksty w Financial Times, kolegów z Londynu, żałujące że podwyżki, ich zdaniem konieczne, nie przeszły. W tych tekstach dziwiono się, że Jaroszewicz nie zrobił tego etapami po trzy razy po 5% na przykład. Dlaczego on za jednym razem to zrobił pytali oni. A moi znajomi w Warszawie dzwili się, że FT w tej sprawie może władzę wspierać. 1976 pokazał rosnącą siłę robotników. Znalazłem w moich tekstach z tamtego czasu taki cytat  robotnika z Ursusa, który powiedział „No teraz wiemy jak ich cofnąć”. Wtedy okazalo się, że władza nie ma siły politycznej aby zrownoważyć wzrastający popyt, przez podwyżki cen. Był to objaw, politycznej niemożnośći a  moj  Financial Times oczekiwał obniżki siły nabywczej ludności, spolecznej stabilizacji, efektywnych inwestycji i dochodów z, ktorych można by spłacać pozyczki. Tego oczekiwali czytelnicy FT. Było to sprzeczne z aspiracjami Polakow a bardziej zgodne z interesami banków zachodnich. To wszystko jednak umożliwialo moją działalność bo władzom też zależało na tym, żeby Financial Times był obecny w Polsce bo to w jakimś sensie ich uwiarygadniało. Ja byłem związany, jakby, z tymi zachodnimi pożyczkami. Możemy się śmiać z tego, ale to była naprawdę inna sytuacja dla dziennikarzy zagranicznych niż w latach sześćdziesiątych. Na to nałożył się proces helsiński, który stworzył przestrzeń do działania dla jawnej opozycji, i  przestrzeń dla działalności dziennikarzy zagranicznych. A ja w tym czasie pisałem o procesach robotników z Ursusa i Radomia. Pamiętam Henryka Wujca, jak biegał po sądzie, on chyba był najbardziej ruchliwym człowiekiem w sądzie warszawskim na Lesznie w lipcu 1976 roku. Przychodził i wracał, przychodził i wracał. Rozdając chyba pieniądze, a zbierając adresy. Wpierw były procesy a potem powstał KOR a dalej rozwineła się działalność wydawnicza. Bardzo ważny w tym wszystkim był Jacek Kuroń, który był przekaźnikiem informacji. Organizował on na przykład konferencje prasowe. Ja z czasem, z coraz to mniejszym entuzjazmem chodziłem na te konferencje prasowe, bowiem wiedziałem, że FT zaczynają nuzyć wiadmości o prześladownych robotnikach i, że już ich nie interesują wiadomości  o protestach, że wypuścili, wsadzili, wypuścili, wsadzili. A Jacek Kuroń nas cały czas informacje podawał.  Ważne, było to, że wszystko działo się jawnie i to, że, wiadomości podawane nam musiały być prawdziwe bo w sytuacji kiedy można było skazać obywateli za podawanie nieprawdziwych informacji szkalujących Polskę to wtedy osoby z opozycji podające takie informacje nieprawdziwe mogłyby pójść do więzienia. A  taki wyrok byłby mniej więcej zrozumiały na Zachodzie. Więc była gwarancja, żę to były wiadomości sprawdzone. Dla dziennikarzy zagranicznych to był duży luksus bo wiadomo było że to co przychodzi z opozycji musialy byc wiarygodne. Powiedziałbym jeszcze slowo o KORZe. Uważam, że  to co się wydarzyło w 1976 roku, KOR, cały jego styl działania, byl w wielkiej mierze  zasługą Jacka Kuronia, który uformował pewien styl  myślenia o polityce w Polsce - fakt jawności działania, to że ludzie się podpisywali pod komunikatami, że były adresy, to było bardzo ważne. Druga sprawa to filozofia dialogu. Ja znalazłem tuż po wydarzeniach zwiazanych z podwyżkami, list, który rowniez podpisał Stefan Kisielewski, ojciec tu obecnego Jurka Kisielweskiego,  wraz z Jackiem Kurońiem, wzywający do dialogu miedzy władzą a spoleczeństwem. Od razu pojawil się ten list do władz mowiący - uważajcie to się może źle dla kraju skończyć, zacznijcie z nami rozmawiać. Tworzylo to atmosferę dialogu i własnie nie sięgania do użycia sily, Uważam że wlasnie filozofia non violence, było może najważniejsze w ruchu korowskim. A druga rzecz ważna to współpraca między środowiskami robotniczymi a inteligenckimi i to przygotowało grunt pod powstanie „Solidarnośći” w 1980  i spowodowało że wydarzenia po 1976 roku w Polsce potoczyły sie mniej więcej w sposób pokojowy. I to jest wielka zasługa KORu. Dziękuję bardzo (oklaski)

 

Jerzy Kisielewski

Krzysztof Bobiński poruszył istotny wątek, że w pewnym momencie było zmęczenie informacjami zwłaszcza my w agencjach podawaliśmy każde zatrzymanie na 48, czasem informacja przychodziła do nas z opóźnieniem w związku z tym kiedy dawaliśmy informacje o aresztowaniu po kolejnych kilkunastu godzinach ktoś był zwolniony. I to były takie depesze zatrzymany – zwolniony. Tym bardziej że pamiętam że bodaj na Henryku Wujcu zastosowano nową metodę, mianowicie, że po 47 kogoś się zwalnia na godzinę po czym inna ekipa go łapie i zawozi go na inny komisariat i siedzi nowe 48. To była zupełnie nowa technika zastosowana i wtedy pamiętam była pełna depesza bo okazało się, że kiedy humanitarnie zawieziono Henryka Wujca do domu na chwilę, żeby się przebrał bo to były kolejne 48 i wtedy wyłuskał się z kurtki i uciekł. I to była nowa technika, to brzmi dzisiaj lekko ale jeśli ktoś przesiedział ileś razy 48 i Piero Polli nieżyjący korespondent ANSY powiedział jak przyniosłem mu kolejny raz informację że są aresztowane te osoby mówi słuchaj oni już zostali skazani na dożywocie, tylko podzielone na kawałki 48-mio godzinne. Żart, dzisiaj to może żart, prawda, a wtedy nie. Jak to było odbierane w wolnym świecie. Eugeniusz Smolar, wtedy BBC. Na ile to co my tutaj staraliśmy się uwiarygodnić możliwie znając ludzi KOR-u, znając wartośc „Biuletynu”, znając wartość i rangę tych informacji, na ile to było odbierane w Londynie, w Paryżu, w Rzymie jako źródło wiarygodne a nie tylko źródło opozycyjne?

 

Eugeniusz Smolar

Na początek zadam takie pytanie: ilu z Państwa nie tylko się interesuje, ale pamięta nazwiska opozycjonistów w Azerbejdżanie, w Turkmenistanie, czy w innych krajach, w których występują represje? Nazwiska –  Michnika, Kuronia, Macierewicza czy robotnika Zadrożyńskiego – brzmiały obco dla wielu dziennikarzy, już nie mówiąc o politykach na Zachodzie. Równie obco, jak dzisiaj dla nas, gdy czytamy o współczesnych opozycjonistach, np. na łamach „Gazety Wyborczej”, która przykłada do tego większą wagę, a w innych tytułach polskich prawie w ogóle nic systematycznie nie ma.

W latach 70. na Zachodzie nie było wielu informacji o Polsce a jeśli były, to przy okazji ważnych wydarzeń, które mogły sugerować zmianę polityki PZPR (zmiany w kręgach władzy) albo właśnie strajków, demonstracji czy buntów, jak w marcu 68 bądź w grudniu 70. W tym kontekście trzeba zauważyć, że działalność oraz informacje pochodzące od KOR-u stawały się niebywale skutecznym orężem politycznym w walce o miejsce Polski w świadomości zachodnich kół politycznych i związkowych. Fakt, że te informacje okazały się rzetelne i przez to wiarygodne sprawiły, że w coraz większym stopniu ukazywały się w mediach informacje pochodzące od samych opozycjonistów – głównie od KOR-u.

Był taki incydent, dzisiaj opisany w „Wyborczej”: ja i Krzysztof Pszenicki, atakowaliśmy to nasze BBC, żeby więcej nadawało w programach informacje o działaniach opozycji i reakcjach władz, nie tylko w Sekcji Polskiej, ale i w innych, także w Serwisie Światowym po angielsku. Kiedyś się zdarzyło, że Jacek Kuroń nadał telefonicznie informację o zniknięciu działacza robotniczego. Panowało zaniepokojenie, bo kilka tygodni wcześniej znaleziono ciało utopionego innego robotnika. Nasza nastoletnia córka – Monika nagrała wiadomość od Jacka na magnetofon. Wróciliśmy do domu z Niną bardzo późno i zmęczeni, więc w nocy nie przepisaliśmy tego materiału i nie przekazaliśmy go do RWE. Nina miała się za to zabrać rano, przed pójściem do pracy w Królewskim Instytucie Badań nad Rakiem. Poszedłem do BBC, Nina odbiera telefon i Jacek pyta się, czy nadaliśmy do Wolnej Europy i do innych o tym zniknięciu. Nina zaczęła się tłumaczyć, że nie, że byliśmy zmęczeni, itp. Na co Jacek z ulgą, że chwała Bogu, bo on nie został zgarnięty przez SB, tylko „poszedł w Polskę” i zapił... (śmiech). Nina od razu mnie o tym powiadomiła. Na zasadzie sytuacyjnego żartu opowiedziałem to na porannej redakcyjnej nasiadówce szefów Serwisu Światowego BBC. Nie wyobrażałem s obie, jak ogromnie pozytywne wrażenie to zrobiło na pozostałych dziennikarzach. KOR od tego momentu był traktowany nie tylko jako organizacja zainteresowana w upowszechnianiu wiadomości o swoich działaniach a stał się rzeczywistym, wiarygodnym partnerem dla dziennikarzy, albowiem wyeliminował informację, która okazała się nieprawdziwą. Od tego momentu wiadomości od KOR-u zaczęły być traktowane przez BBC jako źródło rzeczywiście wiarygodne. To jest bardzo istotne, bo BBC kieruje się znaną zasadą dwóch źródeł i czekało się czasami na potwierdzenie agencyjne, zanim coś trafiało na antenę.

Bardzo ważni byli korespondenci w Polsce. Oni uwiarygodniali, przy pewnym sceptycyzmie szefów ich redakcji, wiadomości o Polsce pochodzące od opozycji. O tym mówili uczestnicy panelu na konferencji ubiegłorocznej w „25-lecie Solidarności”, gdzie dziennikarze z różnych redakcji europejskich i amerykańskich opowiadali, z jakimi trudnościami umieszczali wiadomości o Polsce w swoich gazetach. Panowała atmosfera detènte…

Trzeba się też było liczyć z różnicami w mentalności. Uwielbiam historyjkę, której Krzysztof nie znosi, nie wiem dlaczego, bo jest śliczna… Otóż na początku 1977 roku, gdy Adam Michnik wrócił do Polski z pobytu na Zachodzie, dzwoni do nas i pyta: co wyście tu nam jakiegoś agenta przysłali? Pytam się, o co chodzi? On opowiada, że  ten Bobiński na konferencji prasowej KOR-u się pyta, skąd wy macie pieniądze na pomoc dla robotników? (śmiech) Otóż Krzysztof Bobiński, chociaż się zaangażował i, jak to się mówi po angielsku went native, bardziej niż to wynikało z jego dziennikarskiej roli, zachował zdrowy anglosaski sceptycyzm i zadał pytanie, które dla dziennikarza zachodniego jest oczywiste. Kto? co? po co? za jakie pieniądze? jaka skuteczność? – ale w uszach Adama, to brzmiało jak donos dla policji.

 

Jerzy Kisielewski

A jaka była odpowiedź Adama?

 

Eugeniusz Smolar

Coś się tam tłumaczyłem za Krzysztofa Bobińskiego (śmiech).

Ukazuję Państwu element oddalenia emocjonalnego i politycznego dziennikarzy za granicą od tego, co się działo w Polsce. Nie tych dziennikarzy, którzy pracowali na miejscu, którzy poznali osobiście Jacka, Adama czy innych działaczy, spotykali się z robotnikami, bo takie spotkania też były organizowane, a więc otarli się i o polityczny, policyjny i społeczny konkret, przekonali się – jako ludzie – do siły przekonań demokratycznych i determinacji np. Kuronia. Był to proces przekroczenia pewnej poważnej bariery mentalnej, związanej z atmosferą deklarowanego odprężenia między Wschodem a Zachodem, panującej wówczas w Europie zachodniej.

Ażeby Państwu uświadomić skalę problemów w działalności informacyjnej, zwłaszcza tym młodszym: ostatnio rozmawiałem o tych sprawach z Andrzejem Friszke, który przyznał, że nie bierze się dzisiaj pod uwagę ograniczeń technicznych: uzmysłowić sobie trzeba, że wówczas nie było Internetu, nie było emailów i nie było faksów. To znaczy, że każdy skrawek informacji, nie mówiąc już o długich oświadczeniach KOR-u, każdy ważny artykuł, były przekazywane telefonicznie – głównie albo do Paryża, do mojego brata i jego żony, albo do nas do Londynu, niekiedy również i do innych stolic. Następnie, nagrane na magnetofon kasetowy, były spisywane i jak najszybciej my z kolei dzwoniliśmy do „Wolnej Europy”, że jest coś nowego. Już dla oszczędności oni do nas oddzwaniali i w Monachium tekst spisywali z własnego nagrania. Gdy dzwoniliśmy do „Głosu Ameryki”, jak było coś szczególnie ważnego, to oni z kolei spisywali. Bardzo ważne informacje były przekazywane telefonicznie do Szwecji, do Elżbiety i Jakuba Święcickich, do Włoch do Nelki Norton, w Stanach Zjednoczonych do Irki i Janka Grossów oraz do Irki Lasoty, w Holandii – do Aleksandra Malko. Niemcy, Austria, Belgia, pisma polskie w Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Australii także – wszyscy oni otrzymywali teksty po kilku dniach pocztą.

Internet by oszczędził miesiące czy lata życia… Najważniejsze były informacje o represjach i o inicjatywach KOR-u, które płynęły codziennie do setek tysięcy słuchaczy w Polsce przez RWE i BBC, dzięki temu, że przekazywane były od was do nas. Z tych informacji codziennych korzystało błyskawicznie grono kilkudziesięciu przyjaciół rozsianych po całym świecie, którzy mieli dostęp w swoich krajach do dziennikarzy, polityków, działaczy związkowych bądź broniących praw człowieka i obywatela.

Zarówno autorzy krajowi jak i zagraniczni zwracają uwagę, że to nieszczęście emigracji marcowej sprawiło, że na Zachodzie znalazło się grono ludzi bezpośrednio i osobiście związanych z Polską i z działającymi w opozycji przyjaciółmi. Lojalność osobista, troska o ich los i również pragnienie pomocy sprawiły, że powstanie KOR-u zogniskowało około 100-osobowe środowisko na Zachodzie. Staliśmy się skutecznym narzędziem oddziaływania polskiej opozycji. Dbaliśmy o to, aby w swoich krajach osiedlenia te informacje docierały do związków zawodowych, do partii politycznych, z czasem i do rządów.

Informacje, które płynęły głównie do Paryża i do Londynu, w Londynie były zbierane, systematyzowane i przekazywane dalej. Po polsku – na ręce na przykład wówczas księdza Stanisława Dziwisza w Watykanie, na ręce Prezydenta i Premiera na Obczyźnie, do Alojzego Mazewskiego, wówczas prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej, bardzo odległego ideowo od swojego następcy – Moskala, do pism polskich na świecie, do poszczególnych wpływowych osobistości, takich jak Zbigniew Brzeziński czy Richard Pipes.

Na język angielski tłumaczone były informacje najważniejsze, również oświadczenia czy analizy. Globalny język angielski, ułatwiał dotarcie do całego świata. W uporządkowanej formie, pod nagłówkiem Apelu na Rzecz Polskich Robotników, materiały docierały do Białego Domu i Departamentu Stanu, do Foreign Office oraz ministerstw spraw zagranicznych czy indywidualnych polityków w wielu krajach, oczywiście do związków zawodowych i organizacji broniących praw człowieka na całym świecie. Istotnym było, że te materiały po angielsku docierały do Amnesty International, do US Helsinki Watch, (Joanna Stasińska odgrywała tam rosnącą rolę), do międzynarodowego Pen Clubu (Writers in Prison), i tak dalej i tak dalej. Chiny Ludowe np. płaciły za 3 egzemplarze, podobnie jak prenumerowały biuletyny liczne uniwersytety na świecie.

Muszę tu wspomnieć rzecz mało znaną a czynię to z nieukrywaną dumą, tym bardziej, że dobrze znana jest praca zespołu RWE: cała ta praca informacyjna była wykonywana przez niewielkie grono ludzi skupionych w i wokół Sekcji Polskiej BBC. Moim najbliższym i nieocenionym współorganizatorem, redaktorem i tłumaczem wielu tekstów był Krzysztof Pszenicki – od 1976 do 1989 roku: dziennikarz, zastępca, później dyrektor Sekcji Polskiej, a następnie szef jednego z serwisów europejskich BBC. Pracował równie skutecznie, co dyskretnie. Pomagali stale Antoni Pospieszalski, też publicysta „Kultury”, oraz Jan Radomyski, inni dziennikarze i sekretarki, jak Krystyna Śliwińska. Jest to nieznany aspekt funkcjonowania Sekcji Polskiej BBC w tym czasie. Naszą działalnością przyczyniliśmy się też do rozbicia informacyjnej dotąd centralizacji Serwisu Światowego BBC. W czasach „Solidarności” doszło nawet do utworzenia naszego własnego newsroomu w Sekcji Polskiej a po 1989 roku własnej, 20-osobowej redakcji w Warszawie. To była prawdziwa rewolucja w BBC. Naszą drogą poszły inne redakcje. Mogę powiedzieć, że byłoby to niemożliwe bez bezpośredniego dostępu do wiarygodnych informacji KOR-u.

BBC w jeszcze jeden sposób pomogło KOR-owi. Chyba wiosną 1977 roku SB uniemożliwiało przez wiele miesięcy zebranie się KOR-u na zebraniu plenarnym – sytuacja robiła się trudna, pojawiły się rozdźwięki. Działalność pomocowa i wydawnicza była prowadzona, ale Jacek mi tłumaczył, że chodzi o to, by tzw. „starsi państwo” byli o wszystkim formalnie poinformowani. Trzeba też było podjąć jakieś decyzje. Namówiłem więc Davida Sellsa, znanego dziennikarza radiowo-telewizyjnego BBC, do pojechania do Polski na serię reportaży. Chodziło też o sfilmowanie zebrania KOR-u i przeprowadzenie wywiadów z opozycjonistami i robotnikami. Tak się stało: SB wtargnęło na zebranie KOR-u, ale wściekli się wycofali, gdy się okazało, że na miejscu znajduje się ekipa telewizji BBC. Ich bagaże zostały „przetrzepane” i w hotelu, i na lotnisku – bez efektów, albowiem taśmy przez nich nakręcone zostały wywiezione przez innych. David do dzisiaj pozostał związany z Polską.

Bardzo istotną rzeczą było to, że sporządzane w sposób usystematyzowany, a przede wszystkim wiarygodne, materiały informacyjne KOR były traktowane jako podstawa do dokonywania ocen o Polsce przez dziennikarzy , zwłaszcza tych, którzy jeździli do Polski, rozmawiali z czołowymi osobistościami ruchu opozycyjnego i byli w stanie sprawdzić osobiście, że to wszystko, co słyszeli od nich czy od zagranicznych korespondentów, wcześniej czytali w materiałach pochodzących od nas, że to wszystko było prawdą.

Ta wielopoziomowa działalność pozwoliła stworzyć skuteczną infrastrukturę pomocy. Karta 77, opozycjoniści z Czechosłowacji i na Węgrzech dostawali te materiały niekiedy po polsku, ale częściej nie znając języka dostawali je częściej po angielsku. Za pośrednictwem przyjaciół w „Russkoj Mysli” materiały docierały do redakcji „Kroniki Tekuszczich Sobytij”, czyli do „Kroniki Wydarzeń Bieżących”. A więc nasi przyjaciele w Rosji dowiadywali się również bardzo często za pośrednictwem Zachodu o tym, co dzieje się w Polsce, także poprzez rozgłośnię w Monachium. Były kontakty Andrzeja Drawicza, Wiktora Woroszylskiego czy Adama Michnika z opozycyjnymi pisarzami w ZSRR i na emigracji, ale dopiero, kiedy Zbyszek Romaszewski dostał niespodziewanie paszport turystyczny, wylądował w Moskwie i spotkał się z Andriejem Sacharowem, opowiedział mu w szczegółach o działalności opozycji. Zrobił z nim też wywiad dla jednego z pism podziemnych.

Bardzo istotną rzeczą było, że Leszek Kołakowski i Aleksander Smolar publikowali artykuły w prasie zachodniej. Niekiedy, w momencie jakichś szczególnie ważnych wydarzeń, udawało się to tak zorganizować, że ten sam artykuł ukazywał się w ważnych tytułach w kilku krajach tego samego dnia.

Nie do przecenienia był pobyt Adama Michnika na Zachodzie od września 1976 do wiosny 1977 roku. Adam krążył po Francji, był we Włoszech, w Wielkiej Brytanii, w Niemczech (wtedy zresztą SB postanowiło, czego chwała Bogu nie wykonało, zgładzić go, najwyraźniej zdając sobie sprawę z jego skuteczności). Otóż Adam miał więcej siły przekonywania niż umiejętności językowych, niemniej, także dzięki naszym kontaktom, był skuteczny w docieraniu do liderów partii politycznych i związkowych, intelektualistów i studentów, że po jego powrocie my z kolei mieliśmy świetną podstawę do tego, żeby z nimi utrzymywać kontakt i żeby oni na trwale stali się polskimi przyjaciółmi, co się rzeczywiście ziściło.

Jako kolejny dowcip sytuacyjny, dla ukazania atmosfery, jaka wówczas panowała, podam Państwu, że zorganizowaliśmy dla Adama i dla Leszka Kołakowskiego konferencję prasową w prestiżowym Stowarzyszeniu Dziennikarzy Zagranicznych w Londynie. Po wystąpieniach Leszka i Adama o sytuacji w Polsce i KOR-ze, pierwsze pytanie dziennikarza, a potem drugie i trzecie było, czy wy się nie boicie inwazji sowieckiej na Polskę? Adam się opędzał: ależ skąd, gdzie inwazja sowiecka? My bronimy robotników, trzeba ludzi z więzienia wyciągać, opowiadał dramatyczne historie o losie robotników i represjach. W pewnym momencie poczuł się przymuszony do przedstawienia obszernej, wielopiętrowej analizy, która za piętnastym zakolem – gdyby PZPR w Polsce straciła władzę, no to wtedy może by wojska sowieckie i wkroczyły. Następnego dnia na pierwszej stronie „Times’a” ukazał się nad relacją z konferencji tytuł „Dysydent z Polski ostrzega przed imminent (czyli nieuchronną) inwazją sowiecką na Polskę”. (śmiech). Nasz przyjaciel, szef działu opinii w „Times’ie”, Richard Davy, który był z nami i w tym czasie, i na konferencji poświęconej „25-leciu Solidarności” (żałuje, że nie może być z nami i dzisiaj), był bliski ataku serca, bo to nie on dał ten tytuł, a tylko sporządził rzeczowe sprawozdanie. Ta historyjka coś mówi o atmosferze, o tym, jak były traktowane wydarzenia w Polsce, też jako potencjalne zagrożenie.

Działalność informacyjną finansowaliśmy głównie z funduszy Apelu na Rzecz Polskich Robotników, który został utworzony zaraz po powstaniu KOR-u, na czele którego stanął Leszek Kołakowski i Włodzimierz Brus; ja byłem tego funduszu sekretarzem. W skład powołanego komitetu wchodziło grono wpływowych intelektualistów zachodnich oraz kilka osób z Polski, jak na przykład prof. Edward Lipiński.  To była podstawa instytucjonalna do zbierania pieniędzy na pomoc dla Komitetu Obrony Robotników, także dla wydawnictw niezależnych, dla Komitetu Helsińskiego, czyli przeznaczonych na bardzo konkretne działania, związane z pomocą dla represjonowanych oraz budowaniem siły demokratycznej opozycji.

Istotną rolę odegrała momencie 1997 roku „Czarna księga cenzury PRL”. Był to ważny moment, bo panowałą niepewność, czy KOR ma się przeistoczyć w Komitet Samoobrony Społecznej KOR, czy zakończyć też działalność po zrealizowaniu wszystkich swoich celów – represjonowani robotnicy po amnestii opuścili więzienia. Toczyła się ożywiona debata wewnętrzna,. Ani Jan Nowak-Jeziorański, ani Jerzy Giedroyc nie uwierzyli Tomaszowi Strzyżewskiemu, uważając, że przywiezione przez niego dokumenty, to jest jakaś prowokacja. Były pracownik urzędu cenzury z Krakowa, przypomnę, wywiózł niesłychanie cenne materiały i dotarł do nas. My sprawdziliśmy, że są one wiarygodne i postanowiliśmy po naradzie rodzinnej przekazać inicjatywę polityczną KOR-owi. Bolała dusza i ambicje wydawcy, oj, bolała, ale przekazaliśmy materiały KOR-owi, który ogłosił „Czarną Księgę Cenzury PRL” (po nim nasze Wydawnictwo Aneks) ze znakomitym wstępem Staszka Barańczaka „Fasada i tyły”.

Materiały cenzury wywołały burzę. W Polsce ponownie uplasowały KOR w centrum wydarzeń i wzmocniły determinację całego środowiska do kontynuowania działań w ramach KSS „KOR”.

Na Zachodzie informacje o nich, z obszernymi cytatami trafiły na pierwsze strony gazet na świecie, zarówno w Europie jak i w Stanach Zjednoczonych. Taki „wybuchowy” autentyczny materiał, który pokazywał skalę kłamstwa i manipulacji, dotychczas nie był znany.

Bardzo ważny dla waszej i naszej działalności był kontekst i konsekwencje międzynarodowe. Podpisanie Układu Końcowego w Helsinkach (nie wiem czy na tej konferencji było już o tym mówione) dały podstawę do tego, ażeby od krajów komunistycznych domagać się poszanowania praw człowieka i obywatela. Powstał helsiński system monitorowania, który nie byłby skuteczny, gdyby nie istniały sprawdzone informacje z Polski, Czechosłowacji, Rosji czy z innych krajów. Na pierwszym miejscu była Polska ze względu na skalę i skuteczność działań opozycyjnych. Polski Komitet Helsiński, który wydawał raporty poświęcone łamaniu praw człowieka, przełożone przez nas po angielsku, dotarły do wszystkich rządów i delegacji państw-uczestników, na przykład podczas konferencji przeglądowej w Madrycie.

Te informacje – oręż polityczny – sprawiły, że kiedy pojawiły się wolne związki zawodowe i pismo „Robotnik”, związki zawodowe na Zachodzie oraz Międzynarodowa Organizacja Pracy (nikt o znaczeniu tej instytucji obecnie nie mówi) miały podstawę, ażeby domagać się od swoich partnerów, czyli w Polsce od CRZZ, zaangażowania się w obronę praw pracowniczych.

Niezwykle istotne, że artykuły takich osób jak Leopolda Ungera w„Le Soir” i w „International Herald Tribune”, Bogdana Osadczuka w„Neue Zuercher Zeitung”, czy Michała Szulczyńskiego w „Der Spiegel”, stale podnosiły problematykę polską i polskiej opozycji. One regularnie nasączały przestrzeń publiczną na Zachodzie informacjami, wbrew temu co mówiła dyplomacja PRL, która utrzymywała, że w Polsce nie ma łamania praw człowieka, w więzieniach siedzą wyłącznie kryminaliści, a wszystko co mówi KOR, to są kłamstwa, bo w Polsce jest znakomicie a będzie jeszcze lepiej.

Indywidualni politycy, a z czasem i rządy, pod presją prasy, związków zawodowych, poszczególnych działaczy, nie mogli pozostawać obojętni na to, co się w Polsce dzieje. W kilku krajach było to szczególnie skuteczne – najbardziej we Francji i w Szwecji. Gdy więc dzisiaj można zastanawiać się, dlaczego władze postanowiły w obliczu strajków lipcowo-sierpniowych 1980 roku przystąpić do negocjacji i jednak zawrzeć porozumienie, to z jednej strony była to, oczywiście i przede wszystkim, siła ruchu strajkowego, lecz z drugiej strony sprawiło to, że informacja na temat tego, co rzeczywiście się działo, bardzo skutecznie docierały do ogromnego już w skali Zachodu, grona ludzi, którzy te informacje traktowali w sposób wiarygodny i bez oporów już zamieszczali je na łamach licznych gazet, wpływając na atmosferę polityczną w swoich krajach. Dziękuję. (oklaski)

 

Jerzy Kisielewski

Proszę Państwa Eugeniusz Smolar przypomniał tutaj to był używając współczesnego języka to był prawdziwy hit czyli wywiad Zbigniewa Romaszewskiego z Andrzejem Sacharowem, wtedy rzeczywiście wszyscy, cała prasa zagraniczna rzuciła się na to. Obecny wśród nas Zbigniew Romaszewski pojechał wtedy bodaj z wycieczką „Orbis-owską” do Dubnej. Ale ja jeszcze chciałem powiedzieć o tym jak wzbogacił się, to być może nie pojawiało się w prasie, bo to nie były tematy na wielkie reportaże, ale jak wzbogaciła się wiedza o rzeczywistości polskiej tej mało spektakularnej wśród dziennikarzy prasy zachodniej, bo jakby nie sięgając do archiwów pamiętam jak dramatyczny był taki reportaż z więzienia na Wilczej z komisariatu na Wilczej Józefa Śreniowskiego, który został zatrzymany na 48 godzin, ale siedział z drobnymi kryminalistami, drobnymi. Drobnymi złodziejaszkami, lumpami i widział jak milicja ówczesna jak ich traktowała po to żeby sobie poprawić statystykę i wrobić ich mówiąc językiem kolokwialnym w grubsze przestępstwa. I oni byli bici, oni byli maltretowani i torturowani i kiedy Śreniowski zaproponował, że może na świadka, że może pomóc. Usłyszał ty chyba zwariowałeś następnym razem mnie zabiją. I to była taka rzeczywistość. Rzeczywistość Arłamowa gdzie dziki rujnowały gospodarstwa ludziom, i tak trudnych bo nie wolno było polować na dziki bo to były dziki pod ochroną do polowań rządowych. I słynny pułkownik Doskoczyński, prawda, gonił, a desperacko któryś z chłopów rzucił się z nożem na dzika i miał proces o kłusownictwo i to relacjonował „Biuletyn”, tak samo jak sprawę prokuratora, który chcąc zastrzelić psa sąsiadów, który szczekał zastrzelił dziecko w ogrodzie. Nikt by się o tym nie dowiedział a my wiedzieliśmy, że tak wygląda Polska i to stawało się źródłem, a jeszcze bardzo istotna ostatnia już uwaga, że w ten sposób, pod wpływem tych informacji o KOR-ze, pod wpływem informacji „Biuletynu” przyjeżdżający korespondenci, przyjeżdżający dziennikarze, którzy w parę dni chcieli opisać Polskę spotykali się tutaj z właściwymi ludźmi i to robiło im obraz a przynajmniej jeśli mieli spaczony obraz zasiewało wątpliwości. Do dzisiaj pamiętam byłem świadkiem rozmowy dziennikarza „Le Figaro”, który prosił mnie, żebym mu załatwił spotkanie z Jackiem Kuroniem. To było niedługo po zaistnieniu Gorbaczowa, po haśle „pierestrojka”. Byliśmy na spotkaniu razem, poprosił czy mogę tłumaczyć no i zapytał w pewnym momencie Jacka Kuronia, a co pan sądzi o Gorbaczowie? Jaka przyszłość Gorbaczowa? Na to Jacek bez wahania powiedział, no on to rozpieprzy. Ja przetłumaczyłem w miarę wiernie zasępił się ten dziennikarz bo dopiero tutaj „pierestrojka”, „głasnost” i tak dalej. A mówi a dlaczego pan tak sądzi. Bo ten system ma to do siebie powiedział Jacek Kuroń, że jak się go reformuje to się rozpieprza. Spotkałem tego dziennikarza, pamiętał to spotkanie, po latach … tak jest pan Adam Wojciechowski.

 

Dyskusja:

Adam Wojciechowski

Dzień dobry Państwu. Ja chciałbym tutaj, przyszedłem tutaj, czekałem na tę okazję trzydzieści lat, ponieważ pan prowadzący przeczytał pewien tekst z „Biuletynu Informacyjnego”, którego byłem współzałożycielem, współredaktorem ujawniam po trzydziestu latach tę informację. Otóż ja byłem, ten tekst powstał w mieszkaniu Antoniego Libery przy ulicy Słowackiego w Warszawie i ja byłem projektodawcą tego tekstu, a zatwierdzała redakcja w takim oto składzie: Sewek Blumsztajn, Jan Lityński, nominalny członek redakcji Antoni Macierewicz, Antoni Libera (gospodarz) i wreszcie ja. Ten tekst powstał na portalu Letra Olivetti 32, na które wchodziło na wałek 10 kopii z kalką. Jedna kopia szła do teczki, dziewięć kopii do przepisywania. To tyle dotyczące tego tekstu. Ten tekst potem jak mantra przez pięć lat miesiąc w miesiąc był powtarzany. Wielu ludzi ten tekst zna nawet na pamięć. Ja go oczywiście znam. I to jest pierwsza sprawa. I krótko druga sprawa. Tutaj chcę złożyć podziękowania. Komu? Krzysztofowi Bobińskiemu, za pewną rzecz, którą zrobił, a o której nie powiedział bo jest to skromny człowiek. Ale jest to człowiek, który oddał wielką usługę więźniom w Polsce. Dlaczego? Otóż w siedemdziesiątym piątym roku w lutym późniejszy członek KOR-u Emil Morgiewicz napisał raport o stanie polskiego więziennictwa po polsku. Ja ten tekst przełożyłem na angielski, ale ten tekst przejrzał i zadjustował Krzysztof Bobiński. Możecie sobie Państwo wyobrazić tekst został przeczytany przez Wolną Europę dwukrotnie, skomentowany przez Jadwigę Mieczkowską i ukazał się na łamach „Dziennika Polskiego” w Londynie. I wtedy zostaliśmy zaaresztowani. Dostaliśmy sankcje prokuratorskie. Ja do pięciu lat, Emil do 7 i pół roku ponieważ był recydywistą. Ale Bobiński nie wpadł, a przecież wpaść mógł, bo przecież wystarczyło że jeżeli ktoś z nas by ujawnił informacje o tym drugim zaaresztowanym i o tym który przeglądał czyli pomagał w przestępstwie artykuł 271 paragraf drugi to nie ustawa jak się tu mówiło, kodeks karny. To wtedy Bobiński nie tylko straciłby akredytację i dobre miejsce pracy, ale mógł być zaaresztowany jako pomocnik. Mogłoby być wszczęte śledztwo i też biegałby od sześciu miesięcy do sześciu lat. Wreszcie proszę państwa żeby to zakończyć, żeby Państwa żołądki że tak powiem oszczędzić j w tej chwili mówię pięć minut może jeszcze minutę. Proszę państwa mówię o tym dlatego, żeby mu podziękować. Doręczyłem mu tekst, który ukaże się w „Zeszytach Historycznych” najprawdopodobniej, to jest właśnie tekst dotyczący tego memoriału z tekstem polskim memoriału oczywiście i to mu dzisiaj wręczyłem. Obiecałem mu to rok temu, po roku mogłem się z tego wywiązać. Proszę Państwa skoro już wypełniłem zobowiązanie na koniec już drobiazg naprawdę drobiazg.

W dzisiejszej „Gazecie wyborczej” czytam na pierwszej kolumnie tekst profesora Kołakowskiego, którego wykładów słuchałem w latach 60-tych na UW. I tam mamy tekst „W 30-lecie powstania KOR-u”. I tam jest taka oto informacja była to pierwsza, jawna, opozycyjna organizacja od Kamczatki do Berlina. Napisał pan profesor. Proszę mi wybaczyć, napisał co wiedział. Ale nie wiedział co napisał. Dlatego że w Polsce w 56-ym roku powstał Związek Młodych Demokratów na czele z mecenasem Karolem Głogowskim, młodym wówczas prawnikiem najmłodszym członkiem polskiej palestry, który opublikował na łamach „Tygodnika Demokratycznego” deklarację tego ZMD. I tam pozwolę sobie przeczytać to jest źródło Dokumenty Ruchu Wolnych Demokratów wydane w 2003 roku tam było napisane takie zdanie w tej właśnie deklaracji programowej ZMD, że Związek Młodych Demokratów walczy o suwerenną i demokratyczną Polskę, jak najczynniej budujemy polski model socjalizmu, przez polski model socjalizmu rozumiemy demokrację socjalistyczną. Osiągniemy ją przez a. zlikwidowanie faktycznej monopartyjności w życiu politycznym i społecznym, a zatem zakwestionowali kierownicza rolę partii. Jawnie, to jest opublikowane przez „Tygodni Demokratyczny” w listopadzie 1956 roku. Musze skończyć ale chciałbym prosić żeby organizatorzy poprosili profesora o zrewidowanie tej opinii. Dlatego, że to jest po prostu głupstwo. Dziękuję.

 

Jerzy Kisielewski

Zgłosimy się do organizatorów w tej sprawie. Dziękujemy bardzo.

 

[KB - Poproszę tylko jeden głos pana Jakuba Święcickiego. Jesteśmy już pięć minut spóźnieni, a tutaj naprawdę nie mogę przedłużać.

Niestety będę wchodzić bardzo ostro nie możemy .. ]

 

Jerzy Kisielewski

Jeszcze Krzysztof Bobiński.

 

Krzysztof Bobiński

Ja tylko chciałem, chwileczkę pozwól mi powiedzieć tylko jedno zdanie. Ja chciałem Adamowi bardzo podziękować za jego slowa, ale chyba to pokazuje, że bardziej się bałem wtedy ciebie niż Służby Bezpieczeństwa i dlatego to zrobiłem.

 

[JK - Jakub Święcicki.]

 

Jakub Święcicki

Pan Eugeniusz Smolar wspomniał już o Szwecji i o mnie. Z dużym zdziwieniem znalazłem swoje nazwisko na liście osób represjonowanych KOR-u. Od 34 lat mieszkam w Sztokholmie, a więc pałki i areszty mnie nie dosięgały. Natomiast tego, że mnie nie wpuszczano do Polski chyba nie należy uważać za represje.

 

[JK - Ale tak jak Bobiński mógł być pan zaaresztowany]

 

Tak, mogłem być. W Sztokholmie mieliśmy coś w rodzaju alternatywnej ambasady. Była to Grupa Kontaktowa z Polskim Ruchem Demokratycznym. Wkrótce po założeniu KOR-u założyliśmy tę grupę pod auspicjami Leszka Kołakowskiego. Jest on drugą osoba z zagranicy wymienioną jako osoba represjonowana: Leszek Kołakowski, Oksford i Jakub Święcicki, Sztokholm. Bardzo to dla mnie zaszczytne. Nie ma tam jednak ani Alika ani Genka Smolara. Nie  ma też na tej liście naszych przyjaciół i współpracowników, jak na przykład Krzysztof Lubowiecki z Kopenhagi i wielu innych.

Co myśmy robili? Tłumaczyliśmy właśnie te biuletyny pisane korkowcem. Wydawaliśmy też biuletyn po szwedzku.  Po latach spotkałem ubeka który, słysząc, że jestem ze Sztokholmu, pochwalił się, że tłumaczł moje teksty po szwedzku na polski. Odpowiedziałem mu, że niepotrzebnie się męczył tłumacząc to z powrotem na polski, bo przecież mieli oryginały po polsku. Ale ten człowiek o tym nie wiedział.

Mieliśmy natomiast w Sztokholmie rzeczywiście nie tyle próby represji co zastraszenia. Akcją tą dowodził niejaki pan Petelicki, nie wiem czy wówczas był trzecim sekretarzem w ambasadzie czy miał inny tytuł, ale później po powrocie został generałem czy pułkownikiem. Otóż pan Petelicki dzwonił do mojej żony Elżbiety mówiąc na przykład, że prawdopodobnie nasz syn dzisiaj ze szkoły nie wróci, czy inne podobne teksty.

Po latach spotkałem ówczesnego polskiego ambasadora w Sztokholmie, pana Cieślara. On nie znał mnie z twarzy w tamtym czasie więc przedstawiłem mu się. „Wie pan, ja jestem tym, którego pańscy współpracownicy śledzili każdy krok i każde słowo.” On się strasznie zaperzył: „Ależ proszę pana, ależ proszę pana, oni mnie śledzili. Oni mnie śledzili.” (śmiech) Taka to była nasza działalność w Sztokholmie. Dziękuję.

 

Jerzy Kisielewski

Proszę Państwa (oklaski) co prawda zbliżamy się ku końcowi ale paneliści mają prawo do ostatniego słowa.

 

Eugeniusz Smolar

Rzecz, która wykracza poza okres korowski, ale jest niesłychanie ważna, to cała metoda pracy coraz szerszego środowiska na Zachodzie ludzi, którzy mieli do siebie zaufanie i byli gotowi poświęcić tej działalności czas, to był stan wojenny. Renate zwróciła uwagę, że my, na Zachodzie, mogliśmy się uzupełniać z korespondentami w Polsce. Przypomnę że w przez pierwsze miesiące 1982 roku informacji sprawdzonych z Polski było niewiele, ponieważ były zablokowane kanały informacji. Jednak uruchomiliśmy całą tę infrastrukturę kontaktów osobistych, która bardzo skutecznie działała przez cały okres stanu wojennego. I druga rzecz, która jest istotna: chcę się odnieść do tego, co w „Arkanach” napisał historyk Henryk Głębocki w materiale o Jacku, oczym ostatnio było głośno. Głębocki przypuścił swoisty atak na Jacka, pisząc, że Eugeniusz Smolar wylansował KSS KOR i Jacka Kuronia dla międzynarodowej opinii publicznej. Otóż, mam nadzieję, że to co powiedziałem dowodzi, że nasza działalność była wynikiem zbiorowej, wieloletniej, codziennej pracy ogromnej liczby osób i środowisk – w Polsce i na Zachodzie. Ale chodzi o sprawy zasadnicze. Widzę na sali Leszka Moczulskiego. Pamiętam, że do Leszka zadzwoniłem i zadeklarowałem, że może na nas liczyć , jeśli KPN będzie miał coś ważnego do powiedzenia. Byłem również w kontakcie z ROPCIO poprzez (nie wiem czy jest tutaj z nami, ale zachowuję go w niezwykle żywej pamięci) inżyniera Kazimierza Janusza, który również dzwonił do Londynu. Istotna różnica polegała jednak na tym, a chciałbym to przekazać i historykom, i „historykom” w cudzysłowie, że KOR miał informacje, i że były one wiarygodne. Obecność na scenie publicznej nie wynikała w owym okresie z żarliwych deklaracji ideowych, tylko z codziennej pracy wśród ludzi. Na tym polegała zasadnicza różnica pomiędzy różnymi odłamami opozycji: jedno skupiali się na doprecyzowaniu własnego oblicza ideowego, a inni codziennie pracowali nad tym, jak pomóc ludziom, którzy byli represjonowani. A równocześnie określali swoje oblicze ideowe. Dziękuję.

 

[JK - Eugeniusz Smolar. Dziękujemy bardzo. Renata Marsch.(oklaski)]

 

Renata Marsch

Ja w zasadzie chciałam pytać jak to było podczas stanu wojennego bo rezultat tego, że myśmy byli blokowani, oni byli blokowani, KOR był blokowany, blokowane były różne bajki które krążyły na zachodzie i nie były do zatrzymania. Uśmiercili Mazowieckiego jak pamiętacie może Państwo. Były bajki, że na stadionach tutaj w Polsce są ludzie podlewani wodą…

[Głos z sali - W Radomiu.]

 

… i zmarzną i to wszystko myśmy nie mogli tego zdementować bo my nasze faksy były blokowane wszystkie nasze linie były blokowane. Oni KOR nie mógł dementować bo KOR dał prawdziwe wiadomości i władza sama zdała sobie potem sprawę że my wszyscy robimy mimo wszystko dobrą robotę, bo nas odblokowali i to szybko bo inaczej nie dali radę.

 

[JK - Renata Marsch. Krzysztof Bobiński.]

 

Krzysztof Bobiński

Ja tylko chciałem powiedzieć jeszcze jedno zdanie. Parę razy pojechałem do Radomia i uczestniczyłem  tam w procesach. Pamiętam te przemówienia, które wygłaszali adwokaci-obrońcy Władysław Siła-Nowicki, Jan Olszewski i inni. To były wspaniałe przemówienia, w takich strasznie obskurnych salach w obronie zabiedzonych podsądnych i wobec sędziow  spod ciemnej gwiazdy. Słyszałem wtedy takie piękne przemówienia nie wiem czy się gdzieś one zachowały. Ale nie wiem czy w czasie tej sesji czy dzisiaj czy jutro będzie mowa o obrońcach, ale ja ich udzial w tych wydarzenich przypomnieć. Dziękuję.

 

[JK - Dziękuję.]

 

Eugeniusz Smolar

Pozwól Jurku jeszcze powiedzieć, że w życiu Krzysztofa strach odgrywał ważną rolę. Gdy Krzysztof relacjonował codziennie proces morderców księdza Popiełuszki i ktoś się go zapytał, jak on to robi, że codziennie go słychać w BBC odpowiedział, że nie ma wyboru, bo się boi ciotki, która go wyklnie, jeśli nie będzie odpowiednio dzielny (śmiech)

 

Jerzy Kisielewski

No i takie są motywacje. Proszę Państwa w międzyczasie odpięła mi się ostatnia czterdziesta strona z „Biuletynu” i żeby zakończyć akcentem takim normalnym nie tyle przyziemnym co bardzo ludzkim zwłaszcza wszystkim młodym ludziom dla których to historia. Otóż na ostatniej stronie „Biuletynu” nr 21/22 jest apel Mirka Chojeckiego bardzo dramatyczny często w naszych mieszkaniach znajdują się różne torby, walizki, plecaki, które nie są naszą własnością, a które trafiły do nas z porcją „Biuletynów”, „Komunikatów” bądź książek. Zwykle nie wiemy komu te opakowania należy zwrócić. Ich brak dał się szczególnie odczuć teraz w okresie urlopowo-wakacyjnym, gdy okazało się że nie mamy w co spakować ręcznika i szczoteczki do zębów wyjeżdżając w góry, nad morze, nad jeziora. W związku z tym apel spóźniony niestety o dwa miesiące aby wszystkie torby walizki i plecaki i inne cenniejsze opakowania niezależnych wydawnictw nie b idące naszą własnością wraz z dokładnym opisem ich wyglądu zgłaszać na adres  Mirosław Chojecki, Warszawa, ul. Sarbiewskiego i telefon (śmiech) (oklaski) Dziękujemy Państwu bardzo. (oklaski)

 

[KB - przypominam Państwu że spotykamy się za piętnaście minut na następnym panelu. Teraz jest tam na górze ciepły posiłek.]