[Dyskusja panelowa: KOR wśród studentów i w środowisku akademickim

Prowadzący: dr hab. Andrzej Friszke

Uczestnicy: Liliana Batko-Sonik, Andrzej Celiński, Aleksander Gleichgewicht, Jerzy Jedlicki, Jacek Kubiak

 

Głosy w dyskusji:

Krzysztof Lachowski

Ewa Hołuszko

Ks. biskup Bronisław Dembowski

Lech Dymarski

]

 

Andrzej Friszke

Dziękuje bardzo. Rozumiem, że panel nasz musimy skończyć o 17.30. Proszę państwa, przystępujemy zatem do obrad. Jak powiedział Konrad Bieliński będziemy zajmować się dwoma zjawiskami, które są odrębne przecież, ale jakoś się zazębiające. Czyli niezależną oświatą i niezależnym ruchem studenckim. Oczywiście wszystko w powiązaniu z działalnością KOR-u. Bo przecież  nie da tego oddzielić. Było to wszystko integralnie związane a KOR niewątpliwie był ośrodkiem głównym wobec którego się wszyscy odnosili i który animował te różne przedsięwzięcia, już nie mówiąc o tym, że finansował wiele z tych rzeczy. Niezależny ruch studencki można powiedzieć, że rozpoczął się właśnie w fazie akcji korowskich. Było to rozpowszechnianie „Komunikatów” KOR-u, było to zbieranie pieniędzy dla robotników wśród studentów, było to inicjowanie listów do Sejmu w sprawie powołania nadzwyczajnej komisji do zbadania wydarzeń czerwcowych i zbieranie podpisów pod tymi listami. Zbieranie podpisów pod tymi listami tworzyło, w każdym razie konsolidowało, aktywizowało te środowiska, które następnie poprowadziły działalność niezależną na uniwersytetach. A także później również inicjowały   to zaplecze studenckie  dla działalności samokształceniowej. Proszę Państwa ja bardzo króciutko będę tu wprowadzał, nie chcę zabierać zbyt dużo czasu, ale przypomnę tylko parę  liczb podstawowych dotyczących właśnie tych listów. Listy w sprawie powołania nadzwyczajnej komisji sejmowej, które były pierwszą tak potężną akcją sprzeciwu wobec władz na uniwersytetach od 68 roku. Zimą 76 na 77 rok, a właściwie na przedwiośniu 77 roku podpisało w Krakowie 517 studentów, w Gdańsku 231 studentów i absolwentów, tak jak to ujmowano , na KUL-u 285 studentów i pracowników naukowych, w Łodzi 176 studentów, w Warszawie 730 studentów. Jednym słowem,  to było szalenie ważne dlatego że - przypominam to zwłaszcza tym osobom, które są młodsze, wtedy nie uczestniczyły w tym wszystkim,- że była ta deklaracja imieniem i nazwiskiem złożona jakiegoś sprzeciwu wobec władzy. To jest  istota działalności korowskiej, że ludzie się konsolidują i w jawny sposób pod imieniem i nazwiskiem zgłaszają akces do jakiejś działalności czy też wyrażają pogląd, który nie jest akceptowany przez władze. Więc to też było przekraczanie pewnej bariery strachu bardzo ważnej w tamtych czasach. Te listy odegrały bardzo istotną rolę dla ożywienia ruchu studenckiego także później, no i niewątpliwie tym ośrodkiem który - jak się okazało - bardzo szybko miał tu znaczenie  zasadnicze był Kraków. Być może również dlatego, że tak złożyło się to nieszczęście, że właśnie w Krakowie doszło do zamordowania jednego z inicjatorów tej akcji protestu,  współpracy z KOR-em,  zbierania podpisów pod listem w sprawie komisji sejmowej . Śmierć Stanisława Dyjasa 7 maja 1977 r., a następnie decyzja krakowskich studentów o zorganizowaniu protestu przeciwko takiemu bezprawiu i takim metodom walki, a zarazem upamiętnienia ofiary  była wydarzeniem o ogromnym znaczeniu w  całej skali wydarzeń roku 1977, a w Krakowie tak naprawdę tworzyła nową jakość i dla sprzeciwu, i dla ruchu studenckiego. Bardzo proszę panią Lilianę Batko-Sonik, współtwórczynie Studenckiego Komitetu Solidarności w Krakowie, żeby zechciała się z nami podzielić swoimi uwagami, wspomnieniami dotyczącymi tych wydarzeń i powstania SKS-u.

 

Liliana Batko-Sonik

Długo zastanawiałam się o czym dzisiaj mówić, zwłaszcza że jesteśmy ograniczeni czasem. Wielu tu obecnych uczestniczyło w tamtych wydarzeniach. Wydaje mi się jednak, że w dyskusji takiej jak obecna, rocznicowej, ważniejszy jest czynnik świadectwa niż oryginalność analizy. Moja wypowiedź będzie zatem trochę opowieścią wedle starej receptury: „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie”.

Rzeczywiście w Krakowie zebraliśmy 517 studenckich podpisów pod listem wspierającym postulaty KOR-u. Mniejszym problemem było przekonanie ludzi do słuszności zawartych w liście postulatów. Większym – przekonanie, że warto przełamać strach. Strach przed reakcją władz, przed represjami. Dlatego te 517 zebranych przez nas podpisów stanowiło imponująco wysoką liczbę. Walny udział miał tu Staszek Pyjas, który w odróżnieniu od nas (krakusów)  mieszkał w akademiku i znał dobrze to środowisko i tych ludzi. Chodził od pokoju do pokoju i przekonywał. Byliśmy z naszego sukcesu bardzo dumni, bezpieka trochę mniej, w związku z czym nastąpiła cała fala rewizji, przeszukiwań, zastraszeń.

Staszek Pyjas został zamordowany 7 maja  a 15-go maja powołaliśmy Studencki Komitet Solidarności. Przez kilka godzin chcieliśmy nawet nazwać się Studenckim Komitetem Solidarności z KOR-em. Ta propozycja szybko jednak upadła. Większość z nas była przywiązana do idei pełnej autonomii. Przede wszystkim jednak chcieliśmy mocno podkreślić naszą reprezentatywność dla środowisk uniwersyteckich. Zakładając SKS postulowaliśmy stworzenie niezależnej organizacji studenckiej, która – w odróżnieniu od podporządkowanego władzom SZSP – byłaby zdolna artykułować realne problemy środowisk akademickich.

Śmierć Staszka Pyjasa zgalwanizowała te środowiska a w nas wyzwoliła determinację i coś co nazywam imperatywem protestu.

Przypomnijmy sobie jak wyglądała  sytuacja w Polsce w tamtych latach (1976 -77).  W gruncie rzeczy wszędzie: w Warszawie, w Lublinie, Poznaniu, w Gdańsku i w Szczecinie, naturalnie we Wrocławiu oraz w innych miastach i miasteczkach Polski funkcjonowały maleńkie grupki ludzi, których  PRL-owska rzeczywistość - szara, absurdalna, groteskowa i bez perspektyw - straszliwie uwierała. Ludzie, coraz to liczniejsi, szukali przestrzeni wolności. Zakładali nieformalne kluby literackie, albo kabarety, albo brali udział w jakichś dyskusjach w duszpasterstwach czy w innych przykościelnych inicjatywach. Ale to były małe, rozproszone grupki, chciałoby się powiedzieć „prywatne” ,  działające z nutką rezygnacji w tle. Wydawało się, że nie ma wyjścia, że wszystko jest kompletnie zapętlone, skrzepłe, że rzeczywistość jak zaczarowana zastygła w ustalonym kształcie: świat został podzielony na dwa bloki (a raczej na dwa światy) i w dającej się przewidzieć przyszłości z tego nie wyjdziemy. Takie były nastroje, gdy wpierw pojawiły się robotnicze strajki, a potem pojawił się Komitet Obrony Robotników. KOR był pomysłem genialnym. Nie dlatego, że formuła była jakoś nadzwyczaj nowatorska. Jak wiemy, w Sowietach istniały podobne inicjatywy czyli pomysły na działalność jawną i wedle obowiązującego prawa legalną, choć zwalczaną przez władze. Jest między nami Natasza Gorbaniewska, ona wie najlepiej, że oni byli wcześniej, byli przed nami. Ale tam nie zadziałało to tak skutecznie, ponieważ nie padło na teren równie przygotowany, czy raczej równie spragniony oporu jak w Polsce. U nas rezonans społeczny był natychmiastowy i jak na ówczesne warunki stosunkowo znaczący.

Sądzę, że wyjątkowość KOR-u,  tajemnica sukcesu i roli nie do przecenienia jaką KOR odegrał w powojennej historii Polski i Europy polegała przede wszystkim na tym, że to była najbardziej adekwatna odpowiedź na powszechne i niesformułowane oczekiwania, na jakąś potrzebę, która w tym społeczeństwie istniała w sposób niewyartykułowany.

Dodam jeszcze, że o sukcesie KOR-u zadecydowała również fenomenalna jakość ludzi, którzy KOR tworzyli.

Jawność, legalność, wykorzystywanie obowiązującego – teoretycznie – prawa oraz otwartość na inne środowiska, w tym przypadku na robotników oraz mocno podkreślany postulat sprawiedliwości. KOR ukonstytuował się w obronie robotników, co w państwie deklaratywnie robotniczo-chłopskim obnażało zakłamanie mowy publicznej i rozziew między sytuacją rzeczywistą i propagandową fikcją. Studencki Komitet Solidarności dodał do „filozofii” KOR-u pojęcie solidarności, które operuje w przestrzeni niepaternalistycznej, równościowej.

Gdy się już przełamało barierę strachu wszystko zdawało się prostsze.

Przykład KOR sprawił, że robiliśmy rzeczy, które teoretycznie były legalne, lecz wcześniej nikomu nie przyszło do głowy, że można je robić. Anegdotka z Krakowa. Walczyliśmy o dostęp do RES-ów czyli wydawnictw obecnych w uniwersyteckich bibliotekach lecz otoczonych nimbem niedostępności, złą aurą publikacji zakazanych. To prawda, że bezpieka interesował się ludźmi, którzy po RESy sięgali. Lecz upowszechnienie dostępu do nich nie było nielegalne.  W pewnym momencie SKS zaproponował studentom, żeby sobie po prostu wybierali dwa języki obce, ponieważ stało w przepisach uniwersyteckich, że na studiach obowiązkowe są dwa języki obce. Tyle, że nikomu nie przychodziło do głowy, że mogą to być dwa języki zachodnie, bo w wyniku doświadczeń ostatnich trzydziestu lat utrwaliło się przekonanie, że pierwszym musi być zawsze język rosyjski.

Te anegdotki pokazują w jaki sposób biorąc poważnie i na serio przepisy można było otwierać ludziom oczy na te skrawki rzeczywistości, które zostały kompletnie zawłaszczone przez władzę a są do odzyskania. To była metoda korowska. Jedna z metod korowskich.

Poza tym KOR stworzył znakomicie działający krwiobieg informacji. Mówię „krwiobieg” a nie „obieg” informacji aby podkreślić znaczenie tego fenomenu. To było coś absolutnie rewelacyjnego, coś co kompletnie zmieniało jakość i charakter opozycji. Możliwość nagłośnienia, czyli szerokiej informacji sprawiła, że znaczenie każdej akcji - czy to naszej czy bezpieki - natychmiast się zwielokrotniało poprzez prosty fakt, że nie pozostawało w tajemnicy. Przełamano monopol informacji kontrolowanej przez władze. Cała Polska została pokryta siecią informacji i były to informacje, jak już słyszeliśmy, bardzo wiarygodne. Możliwość informowania opinii publicznej poza oficjalnym systemem cenzurowanej wiedzy nieco zwiększała poczucie bezpieczeństwa. Tworzyła też poczucie wspólnoty. Przełamywała izolację opozycyjnych grupek.  Informacje wracały poprzez Wolną Europę, wracały poprzez nielegalne podziemne wydawnictwa, poprzez ulotki, a w końcu też przecież przez to o czym ludzie coraz otwarciej między sobą mówili. To wszystko multiplikowało znaczenie każdego działania. Już od świętego Benedykta z Nursji wiemy jak ogromnie ważną i skuteczną metodą jest sieciowość. Czyli znajdywanie wszędzie w całej przestrzeni, która nas interesuje, w tym przypadku w całej Polsce, a nawet i poza Polską miejsc, na których się można oprzeć a potem budowanie mostów, tak jak wtedy budowano klasztory i drogi między nimi. W podobny sposób działał KOR.

To wszystko powodowało, że stał się taki „gwiezdny czas” dla nas i również dla tych wszystkich młodych ludzi, dla studentów, inteligentów, robotników, którzy choć suwerenni, choć autonomiczni, jednak ogromnie dużo KOR-owi zawdzięczaliśmy. Przede wszystkim to wszystko, o czym już mówiłam: czyli metodę działania. A po wtóre zawdzięczaliśmy im wiele po ludzku. Poznaliśmy w KOR-ze znakomitych ludzi. Odważni, pracowici, otwarci, przyjacielscy…  Cała opozycja przedsierpniowa budowała się na sieci przyjacielskich kontaktów.

Jak już mówiłam, KOR był absolutnym majstersztykiem począwszy od nazwy, która sama w sobie była niezwykle skutecznym instrumentem. Była to bowiem nazwa prawdziwa, czyli oddająca precyzyjnie charakter pierwszego etapu działalności KOR. Była to nazwa skuteczna pod względem politycznym, również poza granicami Polski dała wiele do myślenia związkowcom, politykom i politologom Zachodu. I była to nazwa obnażająca fikcję robotniczo ludowej władzy przed którą trzeba było robotników bronić.

KOR stworzył formułę, stworzył formę, w którą rozmaite pączkujące w całej Polsce inicjatywy mogły się wlać. To, co istniało w sposób niezauważony i nie zauważalny, bo nie miało formy, zostało nazwane, określone dzięki KOR-owi.

Jak Państwo wiecie, przyjęło się tak mówić, że krakowski Studencki Komitet Solidarności tworzyły dwie grupy: katolicy i anarchiści. To jakoś tam jest prawdą, ale to tylko fragment prawdy, ponieważ tych grup wśród nas było o wiele więcej. Mieliśmy wielbicieli Piłsudskiego i ludzi, którzy usiłowali przechować pamięć ofiar z Katynia, były wśród nas dzieci chłopskie i dzieci arystokracji, byli myśliciele, filozofowie i poeci oraz trochę robotników, młodych robotników w naszym wieku. Oni wszyscy funkcjonowali w orbicie SKS, nawet ci, którzy nie byli studentami, funkcjonowali na podobnych zasadach. Byli wśród nas tacy, których nęciły akcje radykalne i tacy, którzy propagowali ideę non violence. To wszystko jakoś tam się układało. I myślę, że układało się również w KOR-ze i w różnych innych miastach. Kiedy dzisiaj słyszę, że łączył nas wspólny wróg, to wydaje mi się że to jest bardzo upraszczające, żeby nie powiedzieć prostackie, objaśnienie dla chemii, która wtedy nas łączyła. Bo to było coś o wiele więcej. Przynajmniej w Krakowie i pomiędzy Krakowem i Warszawą było widoczne, że wywodzimy się naprawdę z bardzo różnych bajek i z bardzo różnych parafii. Połączył nas nie tyle wspólny wróg, co wzajemna fascynacja. Byliśmy tak różni, że potrafiliśmy docenić wagę wzajemnego odkrywania siebie. Przynajmniej dla mnie kontakt z ludżmi z KOR-u był odkryciem zupełnie nowego, nieznanego mi świata, świata który w bardzo wielu miejscach był mi bardzo bliski, ku zdziwieniu myślę obopólnemu. Myślę, że mogę powiedzieć w imieniu nas wszystkich, wszystkich ludzi z krakowskiego SKS –u, że dziękujemy wam wszystkim. Poznaliśmy, niektórych ludzi z KOR-u jeszcze przed śmiercią Staszka Pyjasa,  innych potem, ponieważ jak Państwo pamiętacie tuż przed Czarnymi Juwenaliami bezpieka zrobiła ogromną obławę na ludzi KOR-u i większość z nich poszła siedzieć. Dużo się od was nauczyliśmy.

Postanowiłam nie przywoływać dzisiaj nazwisk, bo musiałabym wyrecytować ogromnie długą listę, ale musze zrobić od tego postanowienia wyjątek. Chciałam dzisiaj przypomnieć Gajkę Kuroniową, która zazwyczaj pozostawała w cieniu, a była osobą bardzo ważną dla KOR - i dla nas wszystkich. Chciałam też przypomnieć Janusza Szpotańskiego, który był postacią wybitną i tragiczną. Szpot był jednym z wielu znakomitych intelektualistów jakoś tam zniszczonych przez PRL.  Ani Gajka nie była członkiem KOR-u, ani Janusz Szpotański nie był członkiem KOR-u. Jednak gdyby nie KOR tych świetnych ludzi prawdopodobnie nigdy nie poznałabym.

 

Andrzej Friszke

Jedno pytanie dodatkowe. Takie króciutkie, bo to jest dość ważne a będą  musieli się do niego jakoś odnieść wszyscy Państwo związani z SKS-ami. Czy tworząc SKS wyobrażaliście  sobie, że będzie to po prostu grupa współpracowników KOR-u na Uniwersytecie Jagiellońskim czy zaczątek jakiegoś samodzielnego większego ruchu  studenckiego .

 

Liliana Batko-Sonik

SKS powstawał w bardzo specyficznym klimacie. Ginie Staszek Pyjas wiadomo, że coś trzeba zrobić, rodzi się to co nazywam „imperatywem sprzeciwu”.

Wszyscy Państwo wiecie, że w nazwie „Studencki Komitet Solidarności” pojawiło się po raz pierwszy w przestrzeni mowy publicznej słowo Solidarność. Z tym, że wówczas rozumieliśmy to słowo szalenie wprost, tak według Okudżawy, który wtedy śpiewał „weźmy się przyjaciele za ręce, żeby nie ginąć pojedynczo”. W pierwszych godzinach to było szalenie literalne, dosłowne. SKS tworzył się w atmosferze dużego zagrożenia i równocześnie wielkiej determinacji.

Wcześniej współpracowaliśmy z KOR-em ale na dobrą sprawę to była trochę anonimowa współpraca, traktowana raczej w kategorii akcydentalnej moralnej powinności wobec prześladowanych robotników niż poważniejszego politycznego zaangażowania. Poznaliśmy wcześniej Antka Macierewicza, Wojtka Ostrowskiego, Sewka Blumsztajna i jeszcze tam dwie czy trzy osoby. Założyliśmy SKS z poczucia fizycznego zagrożenia i ze świadomością, że jedyną szansą na inną przyszłość jest solidarność. Pomysł powołania Komitetu Solidarności z KORem trwał krótko. Jak większość bardzo młodych ludzi przywiązywaliśmy wielka wagę do podkreślenia naszej niezależności i chcieliśmy skupić się na naszych, studenckich problemach.

I jeszcze może jedna uwaga. Wydaje mi się, że warto pamiętać o pewnej sprawie. Śmierć Pyjasa, a potem reakcja Krakowa, czyli masowość milczącego uczestnictwa w żałobie (to na pewno było kilkanaście tysięcy ludzi) oraz reakcja ówczesnego metropolity krakowskiego, czyli kardynała Wojtyły, który wziął nas bardzo mocno w obronę…. Myślę, że te trzy czynniki były tarczą nie tylko dla SKS-u, ale dla nas wszystkich, dla całej opozycji. (oklaski)

 

Andrzej Friszke

Dziękuję (oklaski) Proszę Państwa to pytanie było związane też z tym, że dwa zjawiska zaczęły bardzo szybko narastać jesienią 1977 roku czyli niezależne wykłady najpierw w Warszawie, ale także początkowo  próby zorganizowania  niezależnych wykładów też w innych miastach i powstawanie Studenckich Komitetów Solidarności. Ja bym chciał ten wątek SKS_u podciągnąć i zamknąć nim przejdziemy do rozmowy o Towarzystwie Kursów Naukowych, i nim oddam głos przypomnę po prostu daty. 15 maja to jest powstanie SKS-u właśnie w Krakowie, w Warszawie 20 października,  5 listopada SKS w Trójmieście, 15 listopada SKS w Poznaniu, 14 grudnia SKS we Wrocławiu, no i później jeszcze w maju 1978 powstanie SKS w Szczecinie, on się specjalnie nie rozwinie dlatego mało też o nim wiadomo. Natomiast tu mamy wśród nas przedstawicieli i członków założycieli SKS-u we Wrocławiu i w Poznaniu.  Bardzo serdecznie proszę pana Gleichgewichta o to aby nam zechciał opowiedzieć czym był SKS właśnie jako formuła samoorganizacji społecznej, jako ośrodek inicjatyw studenckich i czy istniało zapotrzebowanie na niezależną naukę? I ewentualnie jaką,. Będzie to też taki pomost do rozmowy o TKN-ie za chwilę.

 

Aleksander Gleichgewicht

Dzień dobry państwu.

Wyprzedzając nieco swoje dalsze wspomnienia i refleksje, chciałbym od razu odpowiedzieć na pytanie pana profesora, czy tworząc SKS wyobrażaliśmy sobie, że będzie to po prostu grupa współpracowników KOR-u czy początek samodzielnej organizacji studenckiej. Moja odpowiedź będzie raczej rozczarowująca. Nie udało nam się stworzyc silnej, masowej organizacji studenckiej, staliśmy się w istocie, choć to uproszczenie - filią KOR-u. To dopiero NZS, zakładany zresztą trzy lata później głownie przez działaczy SKS lub z ich inspiracji, spełnił nasze nadzieje i aspiracje z chwili założenia SKS. Ambicje od początku wyrażone już w pierwszych oświadczeniach. Sam SKS nie stał się masową organizacją studencką, ku naszemu dużemu rozczarowaniu. Szybko staliśmy się, mimo znacznej niezależności, filią KOR-u. Teraz, po latach, jesteśmy z tego dumni. O roli i znaczeniu KOR-u we Wrocławiu powiem zresztą kilka słów potem.

Siłą rzeczy moja wypowiedź będzie tylko garścią przypadkowo wybranych kamyków, dorzuconych do barwnej mozaiki ułożonej przez Lilkę. Ale cóż, atmosfera i charakter naszej konferencji nacechowanej powiedziałbym pozytywnym, sympatycznym anarchizmem, pozwala mi także na troszkę może anarchiczny i kolażowy charakter mojej wypowiedzi. Do słów Lilki chciałbym nawiązać także lekko rozbawiony opowieścią o walce Krakusów z językiem rosyjskim. W tej chwili brzmi to dziwnie, że ktoś szukał jakichś formalnych zapisów w statutach uniwersyteckich, by zamienić rosyjski na inny, zachodni lektorat. No ale wtedy to miało charakter wręcz polityczny, element walki o naszą suwerenność. Miarą zmiany czasów jest to, że mój syn dobrowolnie wkuwa rosyjski na kursach wieczorowych, a niedawno wrócił z dwutygodniowego kursu językowego w Petersburgu.

Proszę Państwa! Druga połowa lat siedemdziesiątych. Średni i późny Gierek, od niego trzeba zacząć. Wielka płyta przywaliła już wielu konformizmem, takie magiczne liczby i litery: 126 p, M 3,  2+3, stały się dla jednych znakiem  nadziei, dla innych symbolem upokorzenia. I jeszcze inna liczba – już trzy miliony członków partii, zaczęła się wtedy taka masówka, łapanka do partii od razu po maturze. Zresztą - matura wtedy miała jeszcze jakiś sens (oklaski). To był czas, kiedy łatwiej było dostać francuski koniak niż dobrą kiełbasę. W telewizji gorylowaty Gensek, zapewne podniecony odmładzającym hormonalnym wyciągiem z małpich przydatków obłapiał naszego supergórnika. I wspinając się na palce, jako że był niższy, wpijał się w polskich ust maliny. Pieczętowali zapewne wspominane na tej sali wielokrotnie zmiany w Konstytucji, to był symboliczny pocałunek, jak przysięga wiecznej przyjaźni. I można było się obawiać, że będzie tak jak zapowiadały tysięczne plakaty w Czechosłowacji, że „z soveckim svazom po vecni casy”. Dla nas, młodych ludzi dosyć mało obeznanym z ideologiami, filozofiami, dla prostych entuzjastów, właśnie KOR stał się  sygnałem oporu i próbą zmiany. To właśnie KOR wystąpił na naszych oczach przeciw tej szarzyźnie przetykanej czerwienią sztandarów i purpurą komunistycznych ryjów. I przeciw tej małej, a jednocześnie zgniłej stabilizacji, tej obłudzie, a także, na co zwracała uwagę Lilka – przeciw tej nudzie. Również przeciw klaustrofobii zamkniętych, zatrzaśniętych granic. Wtedy jeszcze nie przewidywaliśmy, że już wkrótce i my będziemy - jak te miłoszowskie kamienie - zmieniać bieg nieuchronnej lawiny. Chcę podkreślić tu absolutnie dominującą rolę KOR-u w kształtowaniu środowiska opozycji demokratycznej we Wrocławiu, środowiska, którego zalążkiem i motorem stał się SKS. W pierwszym okresie swej działalności  byliśmy karną armią KOR-u. Przykład: dzwonił Kuroń, nasz guru, z rozkazem malowania napisów „KSS KOR, ROPCiO”.  Tak jest! Zrobi się!  Spray w ruch. 20 osób w miasto, setki napisów, parunastu przymknęli, parę kolegiów później. No, akurat wtedy się okazało, że Kuroń zapomniał powiedzieć o akcji w innych miastach. Ale nasza miłość do Jacka była zbyt wielka, by pamiętąć o takich przeoczeniach. Kiedyś napisałem we wspomnieniu o Jacku Kuroniu, że Dostojewski wywodził całą literaturę rosyjską z Gogolowskiego „Płaszcza”. „My wsie z jego „Szyneli” – pisał. A my wszyscy we Wrocławiu byliśmy z Kuronia! Różniąc się między sobą w poglądach politycznych, nie zgadzając się często z samym Jackiem. Ale zawsze - jego drużyna. Był dla nas takim zachrypłym półbogiem, którego kochaliśmy, ale on nas też i ta miłość miała dla nas smak tej jego słynnej herbaty, bardziej więziennego czaju! czy też „Extra-mocnych”. Wyrażała się rozmową, radą i troską. Dla nas to był w jednej osobie i ostatni romantyk, i wielki pragmatyk z jego słynnego hasła o niepaleniu komitetów, a zakładaniu swoich. Wzięliśmy to hasło za swoje. Był dla nas Don Kichotem, dotkliwie poturbowanym przez czerwone wiatraki, zawsze  naszym przewodnikiem.

Nie będę tu wymieniał wszystkich warszawiskich KOR-owców, którzy odegrali w naszym środowisku wielką rolę, nie tylko jako współpracownicy, mentorzy, ale także przyjaciele, przede wszystkim zaś jako nasi gospodarze, bo gdzieś w tej Warszawie trzeba było spać i gdzieś się przytulić. Wśród pozostawionych w warszawskich mieszkaniach toreb na bibułę, o których wspominał tu Mirek, kilka na pewno przyjechało z Wrocławia.

Proszę Państwa, zawsze myślałem, że nasz SKS powstał 13 grudnia, ale tutaj padła data 14 grudnia. Obie daty są prawdziwe, noc była długa. Wielką rolę w powstaniu naszego SKS-u  odegrał SKS krakowski, zwłaszcza jego emisariusz Bronek Wildstein, który władając dobrze piórem pomógł nam napisać nasze pierwsze, założycielskie oświadczenie. Środowiska, które spotkały się w naszym SKS-ie, tak jak i w Krakowie, były bardzo różne, grupki często nic o sobie nie wiedzące, które nagle spotkały się i przekraczając swoistą masę krytyczną, mogły się wreszcie zorganizować. Byli tam działacze duszpasterstwa akademickiego i słuchacze Tygodni Kultury Chrześcijańskiej, byli tam kontrkulturowcy, anarchiści i członkowie Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Indyjskiej, byli więc i miłośnicy kościelnego kadzidła, i miłośnicy ziół, które rosną na wzgórzach Hindukuszu.  Liderem naszych anarchosyndykalistów był nieobecny tu dziś Leszek Budrewicz  któremu nie udało się mnie w żadne lewactwo wciągnąć - a to przez moje przydługie nazwisko. Ja mam w imieniu i nazwisku 23 litery, co mnie zbawiło przed podpisaniem telegramu gratulacyjnego do sandinistów w związku (śmiech) z obaleniem (oklaski) Somozy. Okazało się, że telegramy międzykontynentalne liczy się nie od słowa a od litery, to pozwoliło mi się wykręcić i uratować skórę.

Działalność SKS-u – stoliki, zadymy, akcje ulotkowe i podpisowe odbywały się  przy życzliwym wsparciu i pod opieką naszego szanownego profesorskiego grona z Towarzystwa Kursów Naukowych, często odwiedzanego przez sąsiadującego ze mną przy tym stole Andrzeja Celińskiego. Wymienić chciałbym nazwiska tych ludzi, zaczynając od zmarłych, pedagoga profesor Bronisławy Chamcówny i matematyka profesora Stanisława Hartmana. Jako że Wrocław słynął szkołą matematyczną, to również matematycy zdominowali nasz TKN, bo byli przecież jeszcze  obecni dziś z nami mój ojciec, Bolesław Gleichgewicht, i profesor Roman Duda. Listę uzupełniali matematyk profesor Andrzej Krzywicki i architekt, profesor Tadeusz Zipser. Wykłady TKN-u u nas wychodziły różnie, to znaczy dobrze, gdy prelegenta zamykali dopiero po wykładzie. Do wrocławskiej specyfiki akademickiej należała działalność samorządów studenckich założonych przez SKS. Powstały one na polonistyce i historii sztuki, można je potraktować jako swoisty pomost do masowości, w pełni zrealizowanej dopiero przez NZS.

 Na koniec chciałbym w ramach promocji naszego wspaniałego miasta powiedzieć kilka ciepłych słów o Wrocławiu. Nadal panuje w nim korowski duch, wolny od zacietrzewienia, nastawiony na współpracę i budowanie.  W latach 1978-1980 wyrażało się to symbolicznie w cyklicznych spotkaniach tak zwanej Rady Jedności, gdzie mieliśmy i wrocławski KSS, i SKS, TKN, KPN, ROPCiO, Ruch Wolnych Demokratów (mam tu od nich pozdrowienia, których nie zdążę przeczytać).

Jacek urodził się we Lwowie. Dlatego dobrze czuł się we Wrocławiu, tym Lwowie przeniesionym w niemieckie mury. Wrocław - miasto czeskie, polskie, znowu czeskie,  austriackie, pruskie, niemieckie, znowu polskie, zaznaczone też długa i twórczą obecnością żydowską, zawsze prawdziwie europejskie. „Kwiat Europy”  i „Mikrokosmos” – to  niemiecki i polski tytuł historii Wrocławia autorstwa Normana Daviesa. Oba tytuły trafne.

Tak, miasto z ducha korowskie. To współpracownicy KOR-u odegrali kluczową rolę we wrocławskim Sierpniu, dominując i organizując większość agend Solidarności i NZS-u. To oni wnieśli decydujący wkład w walkę w stanie wojennym, to oni wspierali i inspirowali takie oryginalne słynne wrocławskie zjawiska jak Pomarańczowa Alternatywa i Solidarność Walcząca. Do dzisiaj, co z dumą chcemy podkreślić, nie oddaliśmy tego miasta! Siedemnaście lat to środowisko dba, by wartości sprzed 30 lat sprawdzały się i teraz, w nowych warunkach, łącząc korowskiego ducha z genius loci Wrocławia! Dziękuje bardzo. (oklaski)

 

Andrzej Friszke

Dziękuję i zanim oddam głos panu Jackowi Kubiakowi właściwie z tymi samymi pytaniami, zauważcie że wśród tych wielkich listów akurat Poznania nie było. To też jest fenomen, o który bym ewentualnie prosił, żeby opowiedzieć. Rozumiem że w Poznaniu  opozycja koncentrowała się przede wszystkim wokół Stanisława Barańczaka, ta opozycja Kor-owska, i wokół jego sprawy. Jaka była specyfika poznańskiego środowiska studenckiego? Proszę państwa tylko jedna uwaga bo mamy tutaj rygory bardzo daleko idące więc dziesięć minut wypowiedzi i ja będę musiał odbierać głos.

 

Jacek Kubiak

Postaram się mniej niż dziesięć minut mówić, dlatego że są tu osoby z Poznania, które na pewno też będą chciały coś dopowiedzieć o tej historii, jaka miała miejsce w Poznaniu. Według mojej pamięci to inicjującym dla mnie i moich przyjaciół doświadczeniem politycznym była kampania konstytucyjna 1975 r. To była ta pierwsza bibuła, te pierwsze podpisy, te pierwsze spotkania, i te pierwsze lęki, że już nas śledzą czy jeszcze nie śledzą. I potem, oczywiście, była sprawa Stanisława Barańczaka, gdy wyrzucono go z pracy, z polonistyki UAM, i to było też takim elementem inicjującym dla naszych środowisk, wywodzących się z bardzo różnych kątów.

Gdy słucham opowieści o Krakowie, o Wrocławiu, zastanawiam się gdzie była ta różnica. Była w kilku punktach. Na przykład w Krakowie dziekani wzywali studentów, żeby ich jakby politycznie utemperować. Coś, czego ja z Poznania sobie nie przypominam. Raczej przeciwnie. Pamiętam, jak poszliśmy po założeniu SKS do naszego dyrektora Instytutu, Instytutu Filologii Polskiej UAM - bo większość z nas w tym pierwszym składzie była z polonistyki - poszliśmy do prof. Jarosława Maciejewskiego, wręczyliśmy mu nasze oświadczenie założycielskie, proste i skromne w gruncie rzeczy, wiele tam nie było, ale jasne było, że to jest działanie opozycyjne. A on mówi do nas: mogą być Państwo spokojni, nie będziecie przeze mnie traktowani gorzej niż wasi koledzy z SZSP. No, jak nam coś takiego powiedział, to odebraliśmy to jako wsparcie i tego wsparcia mieliśmy potem wiele dowodów ze strony Profesora i wielu naukowców.

Przytoczę jeszcze jeden przykład. Chętnie to opowiadam, bo przez kilkanaście lat ze względów, które Państwo zaraz zrozumieją, nie mogłem tego opowiadać. Byłem na trzecim roku studiów. Czekał mnie egzamin z nauk politycznych. Mieliśmy do wyboru, kiedy zgłosimy się na egzamin, dwa dni, zdaje się czwartek i piątek. Ja się chciałem oczywiście zgłosić w piątek, żeby ten jeszcze jeden dzień, do ostatniej chwili, wkuwać te nauki polityczne, przecież wiadomo było, że to jest ważny egzamin, tak zwany front ideologiczny i będą mnie na pewno męczyć, trzeba być przygotowanym. Tymczasem dostaję telefon już w czwartek, że mam się zgłosić bezzwłocznie. W ten pierwszy dzień, kiedy chciałem się jeszcze uczyć, mam się zgłosić bezzwłocznie. No to biegnę tam z niejasnymi złymi przeczuciami wchodzę do gabinetu egzaminatorki. Zwykle po dwie, trzy osoby się wchodziło, a ona mnie woła samego, egzamin bez świadków. Egzaminatorka, pani dr Ewa Żurowska, jeśli dobrze pamiętam nazwisko, nie stawia żadnych pytań, tylko bierze mój indeks i wpisuje bardzo dobry, i daje mi ten indeks, mówiąc: odpowiadał pan z kierowniczej roli partii (śmiech) w polskim państwie. Dostałam polecenie partyjne – mówiła - żeby pana ulać na tym egzaminie i takie polecenie dostali też moi koledzy, dotyczy ono około 50 studentów tego Uniwersytetu. Prosiła, żebym obiecał, że tej rozmowy nikomu nie powtórzę, której to obietnicy dotrzymałem gdzieś do 1988 r. Mogę tylko dodać, że nikt wtedy nie oblał, nikt nie doznał żadnej niegodziwości ze strony naszych nauczycieli. To był bardzo porządny Uniwersytet.

Zastanawiam się jeszcze nad innym elementem specyfiki poznańskiej. Specyfika poznańska polega też na tym - i to jest rzecz od wieków się ciągnąca, to wcale nie jest pruskie dziedzictwo – że Poznaniacy są powściągliwą nacją. I ta powściągliwość poznańska znajdowała wyraz także w sytuacji opozycji, znajdowała wyraz po obu stronach. Zarówno my jako opozycja staraliśmy się nie wybierać takich form czy oszczędnie stosować takie formy, które narażały na frontalne starcie, a policja polityczna - dla mnie jest to zadziwiające do tej pory - była też niesłychanie powściągliwa. Także takie coś jak się odbywało w Warszawie, w Krakowie, we Wrocławiu, tak zwane “wkrocze”, jak był TKN, to u nas nie miało miejsca. U nas wykłady TKN-u odbywały się w domach prywatnych, ale ogłaszane były na tablicach na uniwersytecie, drukowaliśmy na hektografie ogłoszenia i wywieszaliśmy na uniwersytecie. Takie spotkania odbywały się w Poznaniu, kiedy w Krakowie czy w Warszawie były już rozpędzane. W końcu i nas rozpędzili. Ale rozpędzano nas w sposób, który znowu obrazuje tę sytuacje wzajemnej powściągliwości obu stron. Przyszedł urzędnik wydziału spraw bezpieczeństwa Urzędu Wojewódzkiego do mnie do mieszkania, do mieszkania moich rodziców ściśle rzecz biorąc, gdzie się miał odbyć kolejny wykład, i się upewnić chciał czy to zgromadzenie zostało zgłoszone (śmiech). Jak się okazało, że nie było zgłoszone, to policja poprosiła ojca, który był właścicielem mieszkania, żeby poszedł na policję, że oni muszą mu coś tam wytłumaczyć. Trzymali tam go pół godziny, on wrócił i powiedział: no, słuchajcie, musimy się rozejść (śmiech). Słuchajcie, ja uważam, że to było mądre. Po co się było narażać, że oni wkroczą i nas pobiją.

Skutek tej powściągliwości z naszej strony był taki, że nasza formacja miała pewną zdolność przyciągania, miała sporą otoczkę ludzi, którzy nie bali się z nami kontaktować. Nie bali się brać od nas bibuły. Ale oczywiście jest i negatywna strona. Problem opozycji to jest problem działania politycznego i problem PR. W związku z tym, że nie było pobić, nie było relegacji, nie było “wkroczy”, opozycja poznańska była PR-owsko słaba, za rzadko była w kronice represji.

Problem specyfiki poznańskiej jest, jak mówię, odwieczny, ma wiele wcieleń. Jeden przykład jeszcze przytoczę: sprawa panów Libelta i Mierosławskiego. To jest w 1846 roku, zamykają Libelta i Mierosławskiego i tysiące Wielkopolan, to była bardzo poważna konspiracja, konspiracja w Wielkopolsce, nawiasem mówiąc – inaczej niż wówczas w innych zaborach, np. w 1846 r w Galicji – konspiracja wielkopolska jednoczyła wszystkie stany. To był zalążek ogólnonarodowej konspiracji. I jak oni zostali zamknięci przez Prusaków, to doszło do głośnego procesu, jednego z najgłośniejszych procesów politycznych XIX wieku, procesu moabickiego. Jaka była różnica. Libelt, który był Poznaniakiem, synem szewca, mówił: ja nic nie wiem, ja nic nie pamiętam. Natomiast Mierosławski, Francuzik importowany z Kongresówki (śmiech), to on proszę Państwa stał i wobec tych śledczych opowiadał wszystko, wszystko to, co pamiętał, i czego nie pamiętał, a na tym słynnym procesie moabickim stał i ku wzruszeniu niemieckich dam i ku zachwytowi wszystkich żurnalistów europejskich, którzy to bardzo szczegółowo opisywali, z dnia na dzień mówił dokładnie, co chciał zrobić, kiedy, z kim i jak itd. (śmiech). Taka jest specyfika poznańska (śmiech). Dziękuję (oklaski).

 

Andrzej Friszke

To bardzo interesujące prawda (śmiech) znamy specyfikę poznańską, wcześniej mieliśmy Lwów we Wrocławiu, ale to oczywiście jest bardzo interesujące do innych rozważań. Niewątpliwie te tradycje, Krakowa  pewne tradycje krakowskie ciągnące się nawet sprzed stu lat, one jakoś żyją w kulturze tych miast, tych środowisk., Oczywiście nie będziemy się tym głębiej dzisiaj zajmowali, bo na to nie ma czasu, ale warto  mieć w pamięci, że te odmienności jednak miały bardzo duże znaczenie.

Proszę Państwa przechodzimy teraz  do wątku drugiego naszego dzisiejszego panelu czyli Towarzystwa Kursów Naukowych. Projekt, czy pomysły czy próby podejmowania niezależnego kształcenia, wolnego samokształcenia, debaty nad lekturami, które były zakazane, nad tematami, które były zakazane, to jest ogromny ciąg tradycji oczywiście z czasów zaborów i  z czasów  okupacji niemieckiej, ale i czasów PRL-u. Przecież i w latach 60-tych takie próby podejmowano, i przed czerwcem takie próby podejmowano,  między innymi nasi paneliści też w tym uczestniczyli. W mało opisanych spotkaniach wykładowych, dyskusyjnych , seminaryjnych, które  miały miejsce zanim się jeszcze KOR stworzył. Także pomysł na powołanie  organizacji, która stworzy cały  system samokształcenia, cały uniwersytet, jak  wtedy mówiono „latający”, nawiązując do dawnych niepodległościowych tradycji, było w jakiś sposób naturalny. Natomiast wcielenie tego w życie oczywiście nie mogło być łatwe ani bezproblemowe. Środowisko, które stworzy TKN także zintegrowało się w czasie działalności KOR-u, choć oczywiście miało swoją ciekawą i długą genezę. Właściwie kilka środowisk, które stworzą Towarzystwo Kursów Naukowych., Bo to jest  grupa ludzi, którzy mieli doświadczenie popaździernikowe w ramach nurtu tak zwanego rewizjonistycznego, jak wtedy mówiono, czyli obrony zdobyczy Października, obrony i poszerzenia zakresu wolności, przeszli przez Marzec i przez  represje marcowe z tym związane, i ludzie, którzy wychodzili ze środowisk katolickich, szereg osób było związanych ze środowiskiem Klubów Inteligencji Katolickiej, „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”. Ci ludzie się spotkali w połowie lat siedemdziesiątych, najpierw w protestach konstytucyjnych, a później na rzecz akcji KOR-u i powołaniakomisji sejmowej, która miałaby zbadać represje przeciw  robotnikom . Jednym słowem poparcia dla KOR-u. I w momencie kiedy ten główny cel KOR-u mógł być zrealizowany czyli ludzie skazani, uwięzieni po czerwcu ’76 roku, zostali zwolnieni, jedną z głównych form która  sama się nasuwała była działalność samokształceniowa. Mamy tu wśród nas organizatorów Towarzystwa Kursów Naukowych, jednych z najważniejszych organizatorów, profesora Jedlickiego i Andrzeja Celińskiego. Z apraszam drogiego profesora Jedlickiego, żeby zechciał opowiedzieć jak powstawał TKN,  jakie były jego zamierzenia i co z tych zamierzeń udało się zrealizować?

 

Jerzy Jedlicki

Ja najpierw chcę wtrącić do tego co mówił przed chwilę pan Jacek Kubiak, że niejaki Adam Mickiewicz posyłał do Libelta żądanie, żeby na tym berlińskim procesie, kiedy ich słucha cała Europa, Libelt gadał wszystko dokładnie, co wie o tej konspiracji, a potem dopiero prosił króla pruskiego o łaskę (śmiech) - więc to jest dodatkowy smaczek tej historii.

 

„Uniwersytet latający” był oczywiście dzieckiem KOR-u, dzieckiem krnąbrnym, nieusłuchanym, z którym były same kłopoty, które narobiło dużo wrzasku na całą Europę  i zmarło tragicznie w trzecim roku życia. To jest historia TKN-u: w jednym zdaniu się dała streścić (śmiech). A jednak jak mam dziesięć, a może nawet piętnaście minut, to jeszcze powiem parę słów więcej. O co nam chodziło, kiedyśmy podejmowali te wykłady? Przede wszystkim muszę powiedzieć, że organizatorem naprawdę był tylko Andrzej Celiński, my byliśmy wykonawcami. Chodziło nam po pierwsze o to, żeby uczyć, żeby uczyć młodzież  tematów niecenzuralnych, zakazanych i żeby wyrabiać w słuchaczach samodzielne krytyczne myślenie. Temu przede wszystkim miały służyć wykłady z historii najnowszej, historii idei, z literatury polskiej, rosyjskiej, z ekonomii, czy socjologii. Ten „uniwersytet latający” zaczął działać późną jesienią 1977 roku, a już w styczniu 1978 roku, po zaledwie dwóch miesiącach powstało Towarzystwo Kursów Naukowych. Towarzystwo dziwne, bo bez żadnych władz statutowych, tylko miało tak zwanych członków założycieli: chodziło bowiem o to, żeby nie mogło podpadać pod ustawę o stowarzyszeniach i żeby nie można nam było stawiać zarzutów, że się nie rejestrujemy. Do czego to Towarzystwo Kursów Naukowych było potrzebne? To bardzo poważny problem był wtedy. Ja byłem na przykład przeciwny tworzeniu TKN. Bo głównym argumentem było, że to będzie taki parasol ochronny, będą różne godne nazwiska pisarzy, artystów i naukowców i pod tym parasolem będą się mogli schować wykładowcy, którzy tam gdzieś na Ursynowie czy w Śródmieściu, w prywatnych mieszkaniach wykładają swój przedmiot. Ja byłem przekonany, że ten parasol będzie przeciekał i to mocno i zdaje się, że się nie pomyliłem. Uważałem, że TKN jest niepotrzebne, byłem zwolennikiem tego, żeby prowadzić dalej te wykłady tak, jak żeśmy zaczęli. Kto chciał, to znaczy kogo Andrzej Celiński zatwierdził, to jeżeli był lokal, to sobie tam chodził i gadał. Rozrzucało się po uczelniach warszawskich ulotki, gdzie było wszystko napisane detalicznie kto, o czym, jakiego dnia, o jakiej godzinie i w jakim mieszkaniu. I można było tak dalej prowadzić, ale nie. Powstał TKN. Skoro już powstał, to ja jako człowiek zdyscyplinowany, też wziąłem w tym udział i zacząłem nawet zbierać podpisy. Kilku członków pozyskałem, w tym dwóch członków PZPR, którzy mi byli bardzo za to wdzięczni (śmiech). Bo ich wylano z partii i mieli wreszcie święty spokój. Do TKN przystępowali głównie pracownicy instytutów Polskiej Akademii Nauk albo ludzie, którzy w ogóle byli poza instytucjami naukowymi. Zrozumiałe, że ze strony profesorów czy docentów Uniwersytetu było znacznie mniej chęci, żeby się w tę awanturę wdawać, no bo oni mówili nam i było w tym chyba dużo racji, że mają swobodę mówienia na wykładach - jeśli nie zupełną, to znaczną - mówienia tego co chcą, więc nie warto im narażać swoich katedr, swoich seminariów na ryzyko po to tylko, żeby parę razy coś powiedzieć nielegalnie. Oczywiście, że czasami to były historyjki, które miały racjonalizować ich niechęć albo brak odwagi, ale było w tym także sporo racji. Jednym słowem angażowali się głównie ci ludzie, którzy, tak jak ja na przykład, nie mieli w ówczesnych warunkach możliwości uczenia. Mieli tylko pracę, mogli się zajmować pracą badawczą i pisarską. Jak powstało to Towarzystwo, czyli najpierw tych 54, jeśli dobrze pamiętam, potem wzrosła ta liczba członków założycieli do 80, i nawet raz albo dwa razy w roku się zbierało, no to powstała również Komisja Programowa. Jej skład się od roku 1978 do 1980 trochę zmieniał, ale nie bardzo znacznie. Przeczytam, jaki był końcowy skład. To był Amsterdamski, Kowalik, Celiński, profesor Jan Kielanowski, bardzo czcigodna postać Towarzystwa, Cywiński, Jedlicki, Ostrowski, Jawłowska, Kuczyński, i późno, bo po powrocie z zagranicy dołączyli Drawicz i Geremek.  To był ten zespół, który niby tą pracą kierował, a właściwie nie tyle kierował, co koordynował ją. Komisji głównym zadaniem było kwalifikować, kogo się do prowadzenia tych wykładów zaprasza. Albo jeśli się zgłaszali sami, bo i tak bywało, to kogo się dopuszcza. No i tutaj powstały dwa konflikty z tym związane, o których należałoby powiedzieć, mimo że to jest jubileuszowy moment. Po pierwsze, wobec kogo Komisja Programowa i wykładowcy są odpowiedzialni i po drugie, jaka ma być  taktyka działania? Niby formalnie było jasne, że jesteśmy odpowiedzialni wobec tych członków, którzy ten parasol roztoczyli, którzy dali TKN-owi swoje nazwiska. W praktyce było jednak tak, że jakieś decyzje  były podejmowane gdzieś poza tym Towarzystwem i poza Komisją i powstawały wtedy spięcia, a najbiedniejszy był właśnie Andrzej Celiński, który musiał biegać między KOR-em i TKN-em, bo należał i tu i tu, i był poddawany presji moralnej z obu stron. Powstał problem z wykładami Jacka Kuronia: sam go wywołałem. Kuroń i Michnik to były nazwiska wtedy szargane we wszystkich „Trybunach Ludu”, „Życiach Warszawy”, szkoleniach partyjnych i tak dalej, było więc jasne, że jeżeli to będą główne postacie TKN-u, to my długo nie pożyjemy.  Dostaniemy tak szybko w łeb, że trzeba będzie zwinąć cały interes. Niemniej z Michnikiem nie było problemu, ponieważ Michnik należał do tych kilku osób, które pierwsze podjęły wykłady, a zresztą nikt nie kwestionował jego w tym zakresie kompetencji. Z Jackiem była mniej jasna sprawa. Jacek chciał wykładać jakieś zagadnienia wychowawcze, pedagogiczne, a nikt z nas dokładnie nie wiedział, jakie on ma pod tym względem kompetencje, bośmy go od tej strony nie znali, ale to była drugorzędna sprawa. Pierwszorzędna to było to, że nie chcieliśmy tak bardzo obciążać tego noworodka, który miał się dopiero zacząć rozwijać. Tak czy owak, Komisja była wtedy podzielona, spieraliśmy się na ten temat. Profesor Kielanowski rozmawiał z Kuroniem. Kuroń nie ustąpił i pozostał wykładowcą. Z tego cośmy wiedzieli, od ludzi, którzy tam chodzili, to był świetnym wykładowcą. Miał ogromne audytorium. Nie wykorzystywał tego absolutnie dla żadnych KOR-owskich agitacji. Mówił faktycznie o problemach pedagogicznych i wychowawczych, ale oczywiście i on, i Adam obciążyli ogromnie to Towarzystwo, które i tak by dostało po głowie, ale może troszeczkę słabiej, może trochę później.  W Komisji Programowej od tego momentu istniały dwa skrzydła o geometrii zmiennej, ale z grubsza biorąc, to Tadeusz Kowalik i ja tworzyliśmy skrzydło tchórzowsko-umiarkowane, a na przykład Andrzej się wahał: z początku był zdecydowanie jastrzębiem, a potem był tak na pół gołębiem, na pół jastrzębiem. Było kilku ostrych kolegów, którzy uważali, że nie to jest najważniejsze, czego będziemy na tych seminariach uczyć, ale najważniejsze jest to, żeby pokazać władzy, no żeby pokazać władzy! (śmiech) No i kłóciliśmy się na każdym zebraniu Komisji. Przeważnie te spotkania odbywały się u Bohdana Cywińskiego w domu na Rakowieckiej, czasem u profesora Kielanowskiego. O Kielanowskim chciałbym mówić więcej, ale nie ma czasu. To piękna postać rzeczywiście była i bardzo żeśmy go wszyscy cenili i kochali. W ogóle było tak, że myśmy mogli przez dwie godziny strasznie krzyczeć na siebie, ale potem żeśmy się wszyscy bardzo przyjaźnili. Bo tak jak pięknie napisała Ewa Milewicz w dzisiejszej „Gazecie Wyborczej”, to przecież wszystko opierało się na dwóch cechach, mianowicie na jawności i na zaufaniu. Jawność była oczywiście trochę ograniczona: utajnione były ogólne zebrania Towarzystwa, bo inaczej nie doszłyby w ogóle do skutku, kilkadziesiąt osób trzeba było zwieźć w jedno miejsce, przeważnie adres się dawało w ostatniej chwili. Utajnione były też kolokwia, to znaczy zebrania tematyczne, powiedzmy 20-30 osób osobiście zaproszonych, nie koniecznie spośród członków i wykładowców TKN-u. 

Później wydawało się te dyskusje i oczywiście utajona była baza wydawnicza, która się organizowała stopniowo i właściwie rozwinęła wtedy dopiero, kiedy TKN przestał już sam prowadzić działalność dydaktyczną; a rozwinęła się właściwie dzięki jednemu tylko człowiekowi, który, jak się okazało, był nie tylko znakomitym historykiem, ale również znakomitym drukarzem i organizatorem drukarń, mianowicie dzięki Adamowi Kerstenowi. O tym, co było utajnione, należałoby dodać jeszcze to, że przez cały czas nie mieliśmy ani jednej wpadki. Myśmy dostawali zdrowo po głowie, ale za jawność, nie za konspirację. Nie było żadnego przypadku, żeby władze się dowiedziały o tym, o czym nie powinny były się dowiedzieć, a najlepszym dowodem jest właśnie to, że Adam Kersten, który umyślnie nie był w jawnej Komisji Programowej, nie miał nigdy żadnego wezwania na milicję. Oni po prostu nie wiedzieli o jego działalności.

 

Proszono mnie o bilans. Więc powiem tak krótko. Właściwie to był tylko jeden rok wykładów i seminariów, bo już w drugim roku, jakeśmy próbowali coś robić, to były najścia owych słynnych bojówek. Te bojówki nie koniecznie biły. One biły tylko u Kuronia i u Michnika. U pozostałych wykładowców nie brali się do rękoczynów, chyba to był inny skład, bo do Kuronia przyszli chłopcy przynajmniej częściowo z AWF, a do nas przychodzili tacy chłopcy specjalnie przeszkoleni w SZSP czy w ZMSie, i mieli jedno zadanie, mianowicie po prostu bez przerwy zadawać pytania albo różne takie okrzyki wznosić, na przykład „panie Jedlicki, pan jest poważny naukowiec, co pan ma wspólnego z tym Kuroniem i Michnikiem?” I po prostu nie dawali prowadzić zajęć: taką metodę wymyślili gdzieś tam bodaj w Komitecie  Warszawskim PZPR. Tak, że ta nasza praca edukacyjna krótko trwała i miała dość wąski zasięg. Nie potrafię powiedzieć, ile osób przeszło przez te nasze seminaria. Myśmy nigdy nie chcieli w żaden sposób sprawdzać, kto przychodzi słuchać. Przypuszczam, że w Warszawie to mogło być kilkaset, może tysiąc osób, licząc i takich, co przyszli na jeden wykład i cześć. W innych miastach to myśmy tym bardziej nie mieli kontroli. Ryszard Terlecki to, co się działo na prowincji, opisał w swojej książce o TKN-ie.

Lepiej się nam powiodło z publikacjami, które zaczęły wychodzić głównie w okresie 1980-81. Bardzo to były, jak na dzisiejsze czasy, prymitywne druki, ale rozchwytywane. W sumie rozgłos TKNu był ogromny dzięki korespondentom zagranicznym i Wolnej Europie, ponieważ to była taka forma działania, która wówczas w socjalistycznym kraju robiła wrażenie. Na nasze konferencje prasowe przychodzili rzeczywiście najlepsi korespondenci i potem o tym pisali. Ale generalnie, moim zdaniem, wynik tego wszystkiego był skromny. Natomiast dla nas, dla tych wszystkich, którzy w tym uczestniczyli, to było ważne, to był bardzo dobry czas. Dużo silnych napięć, oswajania się z Pałacem Mostowskich, ale w sumie dobry czas, kiedyśmy lubili się i lubili to, co robimy, uważaliśmy, że robimy to, co trzeba i te przyjaźnie, które wówczas powstały, to  środowisko, które się jakoś zgadało, ten jak to się nazywa, efekt formacyjny - to chyba pozostało trwałe. Niewiele to, ale zawsze troszkę. (oklaski)

 

Andrzej Friszke

Bardzo serdecznie dziękuje i zapraszam Andrzeja Celińskiego, jak wtedy mówiono rektora „uniwersytetu latającego”.

 

Andrzej Celiński

Prawda jest taka, że gdyby nie Grażyna (Kopińska) i Jan Tomasz Lipski to nie byłoby mojej działalności, przynajmniej w TKN-ie.   Ja się w domu potwornie nudziłem, byłem nieznośny i oni kazali mi coś zrobić. I pchnęli mnie do tego. Taka jest prawda o początku TKN-u. Pewnie ktoś inny by to zrobił, ktoś inny by się tym zajął. Ja chcę zacząć od stwierdzenia, że dzieła może nie z niechęcią, ale ze wstrzemięźliwym entuzjazmem rozpoczynane, podejmowane, czasem mają sens całkiem wyraźnie widoczny, może większy od tych, które są podejmowane z wielkim entuzjazmem. Ja ci Jacku bardzo dziękuję za tą opowieść o tej wzajemnej powściągliwości. Ja rozumiem, że jest to nowa nazwa filozofii oświeconego umiarkowania Wernera von Heisenberga Warto wziąć tę nazwę.

Trzy krótkie rzeczy i dwie kontrowersje. Po pierwsze chodziło rzeczywiście o poszerzenie przestrzeni aktywności KOR-u poza ściśle polityczną, ryzykowną wielce itd., itd. Chodziło o działalność, istotną dla samoorganizującego się społeczeństwa, która jednak nie wiązałaby się aż z takimi ryzykami, z jakimi wiązała się działalność czysto korowska. Chodziło o otworzenie nowej przestrzeni aktywności dla ludzi, którzy w tym miejscu będą skłonni uczestniczyć, a którzy gdzie indziej pozostali by nieobecni. I to oczywiście tłumaczy konflikt. On wpisany był jakoś w tę sytuację. Największą radością w TKN-ie było to, że z jednej strony mógł być ojciec Hauke-Ligowski, dominikanin czy ojciec Wołoszyn, jeziuta, a z drugiej strony mogli być Janek Strzelecki, Adam Kersten, Maria Janion i że ta formuła pozwoliła odnaleźć się ludziom, którym w innej formule by się było trudniej odnaleźć. Z mojego punktu widzenia oznaczało to tyle, że wreszcie zaczynamy w Polsce ludzi łączyć zamiast bez przerwy się dzielić ze względu na jakies całkowicie w tym momencie nie istotne sprawy. Że jeden był np. w PZPR, a inny nie. Że ten wystapił już w .68 roku, podczas gdy inny dopiero w 70. Tak rzeczywiście było. Druga rzecz, o której chciałem powiedzieć to przyjaźnie. Właściwie Jerzy cały czas o tym mówił. O tych przyjaźniach. Taka najbardziej symboliczna i wielka, ale niestety niespełniona ze względu na śmierć Andrzeja Kijowskiego to była przyjaźń Tadeusza Mazowieckiego i właśnie Andrzeja. Ja miałem wrażenie, że oni tam się spotkali i że to było coś zupełnie fenomenalnego, co między nimi zaszło. Oni znakomicie uzupełniali się w myśleniu. Nawiasem mówiąc to dzięki Rafałowi Zakrzewskiemu, tu siedzącemu, wyszedł jeden z najpiękniejszych dokumentów politycznych jakie kiedykolwiek w życiu czytałem. Właśnie spod pióra Andrzeja Kijowskiego i Tadeusza Mazowieckiego. Przyjęty na zebraniu ogólnym TKN-u w styczniu  1979 roku w  nieznośnej dla nas wszystkich sytuacji, kiedy zaatakowano studentów biorących udział w naszych zajęciach. Był to wielki tekst o wychowaniu. I o państwie sprzeniewierzającym się racji swojego istnienia.

Jarema Maciszewskim, kierownik wydziału nauki KC, tydzień przed tym spotkaniem powiedział Kerstenowi, że władze wiedzą, ze mamy się spotkać za tydzień, i że kaktus mu na dłoni wyrośnie jeśli uda nam się spotkać.  No i dzięki Rafałowi i jego ludziom spotkaliśmy soię chyba wszyscy u Kamy Staszko, na Ursynowie, w jej wielkim jak na tamte czasy mieszkaniu, bo bez ścian działowych dzieki czemu te kilkadziesiąt osób moglo kilka godzin obradować. To była fantastyczna rzecz by poza poważnymi sprawami, dla których tam byliśmy, dać po prostu 70-latkom, 60-latkom trzy godziny prawdziwego harcerstwa, najpierw ze zrywaniem ich na jakichs skrzyżowaniach ulic, zmienianiem środków transportu, bieganiem po mieście dla zgubienia ewentualnej obstawy, a potem tam, u Kamy, na podłodze, Maria Janion oparta plecami o kaloryfer. To naprawdę warto czasem zrobić, i to coś fantastycznego tym ludziom robiło. I trzecia rzecz, też istotna, interesująca. O niej też właściwie Jerzy już powiedział. W TKN-ie nie było żadnych głosowań To było ucieranie stanowisk, dochodzenie do zgody.

I dwie rzeczy trudniejsze. Ten konflikt. Do dzisiaj mam niesmak wobec tego konfliktu, ale on był konfliktem  tragicznym, to znaczy nie można było nie przeżyć tego konfliktu pomiędzy KOR-em a TKN-em. Miałem takie wrażenie, że po prostu TKN by zamarł, rozleciał się, gdyby zachowywać się tak, jak byśmy chcieli w KOR-ze, jak postępowaliśmy w sytuacjach łatwiejszych, przed atakiem bojówek na nasze wyklady. Że lepiej było narazić się na jakiś uszczerbek, coś ważnego przegrać, oddać aniżeli ryzykować dalej.

I druga rzecz poważniejsza - no tak się składa, że pierwszy wykład odbył się u św. Marcina, u obecnego tu księdza, wówczas  rektora, dzisiaj biskupa  Bronisława Dembowskiego. To była, nawiasem mówiąc, jedna z najpiękniejszych lekcji jakie w życiu odebrałem. Ja nie znałem księdza Dembowskiego. Poszedłem do niego z kimś, już nie pamiętam z kim. Może z Wojtkiem Ostrowskim. Może z Bogdanem Cywińskim. Bardzo nam zależało na tym, żeby nie stanąć, broń Boże, pod zarzutem instrumentalizacji Kościoła dla naszych celów. Poszliśmy więc  z pytaniem o możliwość odbycia wykladu inauguracyjnego u św. Marcina. Znaliśmy wszyscy św. Marcina, znaliśmy wszyscy, choć nie wszyscy osobiście, księdza Bronisława. On odpowiedział, że musi się zastanowić, że w przyszłym tygodniu ma wizytę u Prymasa, musi porozmawiać. Po dwóch tygodniach, czy może dziesięciu dniach, przyszedłem zapytać się go czy możemy jednak ten wykład odbyć. On powiedział z uśmiechem, tak oczywiście. Ale ja ciągle obawiając się o reakcję Kościoła, który mógł być zinstrumentalizowany pytam go, tak dociskając trochę, to co to znaczy - Prymas się zgodził? A nie, nie pytałem się go, mówi ksiądz Dembowski (śmiech). Ja kompletnie zgłupiałem. A on opowiada dalej - no przecież ja nie mogę wziąć swojej odpowiedzialności i nałożyć na barki Prymasa. Ja z nim musiałem porozmawiać, ale pytać się w żadnym razie nie mogłem. (śmiech)(oklaski).

Słowo prawdy z drugiej strony, no jednak. My mieliśmy taką rozmowę z Bohdanem Cywińskim. Bohdan był bardzo, w stosunku do mnie przynajmniej,  bardziej na prawo i daleko bardziej tradycjonalistyczny. No i oczywiście był w kościele powszechnym i strasznie zabolało takie zdanie, które mi kiedyś powtórzył z pewnej rozmowy w Krakowie. Kiedyś byliśmy po jakiejś rozmowie o możliwości rozszerzenia się na Kraków, o omawialiśmy różne warianty organizowania wykładów, i wtedy Bogdan powiedział, że jednak kardynał Wojtyła odpowiedział na jakieś jego pytanie, z takim smutkiem, no Bogdanie, dlaczego to nie ma krzyżyka? Ta inicjatywa. I gwoli prawdy o tamtych czasach też to muszę powiedzieć. Aczkolwiek, mówiąc uczciwie spieprzyliśmy pewną sprawę, dzięki Józkowi Ruszarowiw Krakowie. Dostaliśmy przyzwolenie na wykłady u sióstr Norbertanek  no i niestety okazało się, że tym razem ten syndrom Kongresówki, o którym mówił Jacek Kubiak w wykonaniu Ruszara zadziałał i musieliśmy te Norbertanki utracić. (oklaski)

 

Andrzej Friszke

Dziękuję za zwięzłość. Mamy teraz chwilę czasu na dyskusję. Bardzo zwięzłą bo mamy rzeczywiście kwadrans. Proszę Państwa, widzę, że niektórzy wychodzą.  Boje się, że za chwilę zaczną wychodzić inni, więc  udzielę sobie na minutę głosu. Proszę Państwa wyszła ksiązka wydana przez IPN. To jest ksiązka znana Państwu - „KOR” Jana Józefa Lipskiego, wydanie drugie z fotografiami, przedmową i przypisami. Ta książka powinna być teoretycznie dostępna już dzisiaj ale jak to bywa również w kapitalizmie, tam był jakiś  zawał w drukarni i nie cały nakład jest wydrukowany. Jutro będzie 200 egzemplarzy, które zostały wydrukowane na ten week end i są dostępne dla Państwa, ale jak podzielić dwieście egzemplarzy?, Otóż właśnie wymyśliliśmy parę kluczy. Osoby spoza Warszawy, które tu są będą mogły tę książkę otrzymać, oczywiście osoby z zagranicy, członkowie KOR-u no i ewentualnie przedstawiciele redakcji,  to już kwestia marketingowa. Jutro ta ksiązka będzie dostępna dla tych Państwa, a pozostałe osoby, które będą chciały ją otrzymać to rozumiem że przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa i przez Wojtka Borowika, który tutaj siedzi jakoś to będziemy załatwiać . Proszę bardzo, oddaje głos panu i proszę się przedstawiać.

 

Dyskusja:

Krzysztof Lachowski

Chciałem powiedzieć kilka słów o środowisku, które jest wprawdzie omówione w książce Jana Józefa Lipskiego, ale w ciągu tych ostatnich 30 lat pamięć o nim całkowicie przepadła, a moim zdaniem miało ono bardzo istotny wpływ na życie studenckie i na powstanie NZS w Polsce. Chodzi mi  o środowisko opozycyjne Politechniki Warszawskiej - myślę, że niełatwe do opisania, ponieważ nigdy nie przybrało ono form organizacyjnych. Środowisko to zainicjował Waldemar Maj. W skład grupy wchodzili: Grzegorz Banecki, Marek Ciborowski, Iwona Filipowicz, Krzysztof Gajewski, Wiktor Karpiński, Teodor Klincewicz, Krzysztof Lachowski, Andrzej Miącz, Ewa Saks, Ryszard Samecki. Szczególnie znany jest Teodor Klincewicz, który nie tyle pamiętany jest jako działacz studencki, ale przede wszystkim jako drukarz i działacz KOR-owski. Być może z powodu przesunięcia biograficznego, bo SKS warszawski już kończył studia i wychodził z uczelni, a my w tym właśnie okresie zaczęliśmy rozwijać szerszą działalność, może to było powodem, że nie powołaliśmy żadnej formalnej organizacji. Do czasu I pielgrzymki Jana Pawła II byliśmy zaś zbyt małą zamkniętą hermetycznie grupą by się na to poważyć. Było nas wtedy tylko siedmiu (z jednego wydziału - Fizyki Techniczne i Matematyki Stosowanej),poddanych dość mocnej presji władz, bez oparcia w środowisku studenckim.

Nie odbieram nikomu żadnych zasług i nie chcę temu środowisku przypisać wyjątkowego znaczenia. Gdyby nas nie było - NZS też by powstał, ale to u nas w akademiku Politechniki Warszawskiej „Mikrus” powstał Ogólnopolski Komitet Założycielski NZS. Wówczas byliśmy jednoznacznie traktowani jako liderzy ruchu studenckiego. Przypomina mi się dość niezwykłą wizytę studentów ukraińskich ze Szczecina. Przyjechali do nas późną nocą, z prośbą o zgodę na utworzenie Ukraińskiego Związku Studentów w Polsce. Przekonywaliśmy ich, że nie ma żadnych przeszkód, aby działali w ramach NZS-u, przecież całkiem świadomie pominęliśmy w nazwie związku słowo „Polskich”, by studenci innych narodowości mogli bez przeszkód zapisać się tam i działać. Oni jednak byli uparci i w końcu, chociaż nie mieliśmy wówczas żadnych ku temu prerogatyw, daliśmy im na piśmie naszą zgodę.

Wiedza o tamtych okolicznościach gdzieś zaginęła, a myślę, że powinna zostać zachowana, gdyż ratuje honor ludzi o wykształceniu technicznym. Byliśmy prawdopodobnie jedynym KOR-owskim środowiskiem politechnicznym. Opisałem je w książce „Figurant”. Powstała ona na skutek ujawnienia dokumentów IPN. Składa się z dokumentów jakie SB zgromadziła na mój temat i z moich wspomnień z tamtego okresu. Więc zachęcam do lektury tej książki i do czytania ksiązki Jana Józefa Lipskiego, w której nasze środowisko autor tak dobrze opisał.

Na zakończenie powiem, że chyba byliśmy jedynym środowiskiem, któremu udało się w szczególny sposób przywitać Jana Pawła II w trakcie I pielgrzymki do Polski. Wywiesiliśmy transparent powitalny na budynku „Mikrusa” i udało się nam ten transparent obronić. Był on wtedy zapewne jedynym transparentem w Polsce, a na pewno jedynym
w Warszawie, wywieszonym na budynku publicznym.

 

[AF - Bardzo serdecznie dziękuję. Proszę bardzo pani Hołuszko.]

 

Ewa Hołuszko

Dzień dobry. Ewa Hołuszko. Ja chciałam powiedzieć, o pewnym mieście właściwie, z którym jest związany KOR w radomiu się zaczęło a ja akurat wykładałam na uczelni w Radomiu. Od roku 1976 do 1980 środowisko bardzo trudne. Wówczas Politechnika Świętokrzyska, później WSI Radom, obecnie Politechnika Radomska. Środowisko bardzo trudne, bardzo inwigilowane, od 1977 roku był ten nieszczęsny rektor Hebda, znany może nie z komunistycznych inklinacji, ale prostalinowskich inklinacji. Bardzo silnych, takich bardzo silnych może lat 40-tych, 50-tych. Co można było robić. Wówczas w Radomiu większość kadry była importowana to była jedna z dwóch gierkowskich politechnik, które powstały w 1976 roku. Ja także byłam importowana z Warszawy. Można było jedynie na wykładach mówić o właściwej postawie, o duchu, o prawdziwej historii Polski, to było bardzo trudno. Ja wykładałam ostatecznie techniki pomiarowe, więc to dosyć daleko było, no ale można było wtrącać, można było także i to ważne korzystając z tego, że wykładowcy mieli klucze do sal podkładać czasem bibułę. Ta bibuła KOR-owska była bardzo, bardzo ważna. Można było choć później były poszukiwania, kto, co i jak. Można było także organizować co roku pod pretekstem rocznicy śmierci zmarłego dziekana mszę. Rektor Hebda zapowiedział, że wszystkich zwolni i releguje ze studiów, zwolni pracowników i releguje studentów, którzy będą uczestniczyli w tych mszach. Do tego była posunięta inwigilacja w środowisku radomskim. Jednak ta działalność w formie nie tak głośnej jak  Warszawa, czy Kraków czy Wrocław można było tam działać, można było oddziaływać na młodzież i właściwie z niewielkimi sankcjami, bo co to były za sankcje. W 1978 odebrano mi paszport, później rozmowa, w 1980 wylano z wilczym biletem. To były naprawdę niewielkie na te czasy sankcje. Można było w tym środowisku działać kilka osób. Między innymi ja późniejszy wojewoda radomski Rejczak i tak dalej. Można przy tym wspomnieć te zapomniane uczelnie, gdzie także bibuła KOR-owska docierała. Dziękuję bardzo. Do widzenia (oklaski)

 

[AF - Bardzo dziękuje. I bardzo proszę księdza biskupa Dembowskiego.]

 

Ksiądz biskup Bronisław Dembowski

Chciałbym powiedzieć o wydarzeniach w Warszawie w związku ze śmiercią Stanisława Pyjasa. Mianowicie  do księdza  Uszyńskiego, duszpasterza akademickiego i do mnie zwrócili się studenci, że bardzo chcą, żeby odprawiona była msza święta  za Stanisława Pyjasa. Oczywiście pierwsza nasza reakcja była taka: był to student, a więc w kościele duszpasterstwa akademickiego u św. Anny odprawimy mszę świętą. I wyznaczony był termin: godzina 20,  20 maja.  Ale u św. Anny były rusztowania wewnątrz kościoła. Obaj z księdzem Tadeuszem  Uszyńskim  doszliśmy do wniosku, że nie możemy tej mszy odprawić  u św. Anny. Ponieważ ktoś może wejść  na te rusztowania, spaść,  no i tragedia. Odprawienie mszy świętej w tych warunkach  było niemożliwe. Ja gdzieś usłyszałem taką opinię, że ksiądz prymas Wyszyński nie pozwolił na mszę u św. Anny. Nic o tym nie wiem i z księdzem prymasem  na ten temat nie rozmawiałem .  Sprawa mszy żałobnej za zmarłego była w gestii rektorów kościoła.  No i doszliśmy do wniosku, że ja odprawię tę mszę świętą u św. Marcina w kościele na Piwnej o godzinie 20, o ile przyjdą do mnie do zakrystii przynajmniej dwie osoby poważne i mnie o to poproszą. No i oczywiście najpierw przyszli panowie pułkownicy (śmiech), ale ja siedziałem w konfesjonale i tylko siostra mi dała znać, że pytają się o mnie. To niech im siostra powie, że ja do godziny 20 jestem w konfesjonale. Tak,  bo taki miałem dyżur. A za dziesięć dwudziesta Lilka Wosiek, która już stąd poszła i jeszcze ktoś inny, już nie wiem kto, poprosili mnie o odprawienie mszy za Stanisława Pyjasa. Tłum był w kościele kolosalny. Mszę odprawiłem. Już panowie pułkownicy na ten temat mnie się nie czepiali, ale Eugeniusza Kloca, trochę pobili przy klepsydrze. I parę osób posiedziało 48 godzin. Druga rzecz, którą chciałem powiedzieć, ponieważ byłem cytowany, że ten pierwszy wykład się odbył w kościele św. Marcina. No tak, on się odbył, ja go miałem. Mówiłem na  temat, już dokładnie nie pamiętam jaki, ale, że się tak wyrażę, dość chrześcijański(śmiech oklaski). Jednak potem  ksiądz prymas Wyszyński mi powiedział, że te wykłady i “latający uniwersytet” to jest wspaniała rzecz, ale nie powinny odbywać się w świątyni. I dlatego ja nie mogłem dać kościoła, że tak powiem, dla wszelkich innych wykładów.

[Głos z Sali - w stanie wojennym]

 

Ksiądz biskup Bronisław Dembowski

Tak w stanie wojennym to już była inna sytuacja, no i inny prymas. (śmiech) (oklaski) tak. Natomiast chciałem powiedzieć, bo mógłby ktoś źle zrozumieć moje uwagi  na temat księdza prymasa Wyszyńskiego, że dla mnie  najważniejsza jego reakcja  była w czasie  głodówki u św. Marcina. Poszedłem wtedy do księdza prymasa, a on nic nie mówiąc po prostu mnie uściskał. Czyli powiedział bardzo dużo na temat tej głodówki i żadnej pretensji do mnie nie miał i żadnych trudności  z władzą kościelną nie miałem.  Jeszcze arcybiskup Bronisław Dąbrowski tłumaczył oficerom, że w kościele zawsze było prawo azylu. (śmiech)  Ja to wtedy też miałem mniej więcej codziennie dwie godziny rozmowy z pułkownikami przez tydzień.   Muszę powiedzieć że to na nerwy działało. Dziękuję serdecznie (oklaski).

 

Andrzej Friszke

Dziękuje serdecznie. Proszę Państwa tu jak widać zaczyna być troszkę nerwowo, bo są osoby które muszą już wyjść. My w zasadzie musimy też zaraz kończyć. Także osoby które muszą wyjść,  również dotyczy to osób z prezydium, a w zasadzie zaraz będziemy kończyć całą tą sesję. Chciałem oddać głos za chwilę panu Dymarskiemu, który tutaj u mnie jest zapisany jako ostatni. I myślę, że nie będziemy kontynuować dopisywania  następnych osób do listy. Mamy dzisiaj mało czasu, a przecież jutro też obradujemy i jutro też jest dzień, inne wątki co prawda, ale te wątki przecież się krzyżują. Bardzo proszę.

 

Lech Dymarski

Dziękuję. Proszę wybaczyć że na koniec zaniżę poziom rozważań, wracając do spraw prowincjonalnych, a odnosząc się tutaj do tego co mówił mój kolega Jacek Kubiak. Z tremą po moim przedmówcy, przed którym odbyłem moją najkrótszą spowiedź w życiu, bo ksiądz Dembowski to mój spowiednik z Białołęki, on pierwszy został dopuszczony do nas, co byśmy mogli się wyspowiadać. Siedzieliśmy na stołkach, na środku pustej sali widzeń i ja ledwie zacząłem tymi słowy: od ostatniej spowiedzi starałem się... Nawet nie zdążyłem powiedzieć, kiedy ostatni raz byłem u tej spowiedzi, bo tego się najbardziej bałem, czy to się da rozgrzeszyć, a już było po spowiedzi. Niemniej misją kapłana jest nie tylko rozgrzeszyć ale i pocieszyć, więc ksiądz Dembowski wtedy powiedział - bo ja go zapytałem: księże a jak ksiądz interpretuje te pogróżki Albina Siwaka żę pod sąd, albo wyrzucić z kraju, albo obóz pracy na Żuławach - ksiądz Dembowski powiedział spokojnie: ufności, ufności. Ciotka za Stalina dostała czapę i co - mówi – już po siedmiu latach była na wolności. Proszę Państwa, ja tylko chciałem odnieść się do tego, co Jacek Kubiak mówił o tej specyfice poznańskiej, która wynikała z powściągliwości. Ja, jako poznaniak czystej krwi oczywiście chętnie się pochwalę powściągliwością, skutecznością i tak dalej ale czy rewanż ze strony bezpieki wynikał z poznańskiej jakiejś specyfiki, to znaczy z głębszej, osadzonej w tradycji lokalnej specyfiki, to tego nie jestem pewien. Owszem tak było jak Jacek mówi, to znaczy nie bito nas i nikogo wtedy nie pobito. Ja odbyłem taką rozmowę po zabójstwie Staszka Pyjasa, a wtedy oczywiście baliśmy się, że może być więcej takich wypadków, esbek mnie spytał: a panie Leszku, bo oni tak lubili mówić, a pan to by wolał żeby w Poznaniu było tak jak jest czy też tak jak w Krakowie, co? Ja wtedy odpowiedziałem, no panie oficerze, jeżeli pan mnie pyta czy ja wolę wyjść od was tak jak wszedłem czy z obitą mordą to oczywiście wolę ten pierwszy wariant, prawda. Ale ja mówiłem za siebie, bo gdybym powiedział, że my wolimy żebyście nie zabijali to dziś można by mnie posądzić o prowadzenie negocjacji ze Służbą Bezpieczeństwa  (śmiech). Jacek Kubiak był represjonowany, tak jak on, ja wypycham z pamięci rzeczy nieprzyjemne i tak jak jego, mnie pamięć zawodzi, ale za daleko poszedł w swojej diagnozie. Twierdził, że bezpieka nie wkraczała na TKN, a ja pamiętam swój wieczór autorski w mieszkaniu Nowackiego, to była zima 78/79, ledwie zdążyłem powitać garstkę gości, a już był wkrocz, tłum funkcjonariuszy, więcej ich było niż gości proszonych, których oczywiście wraz z autorem przewieziono na komendę. Pamiętam, jak przyjezdnego wykładowcę Andrzeja Wernera zwinięto na dworcu i wsadzono w pociąg powrotny, ale czy to powściągliwość, czy raczej sprawność operacyjna? Nauczyciele akademiccy na polonistyce byli solidarni, chronili nas, ale już prodziekan – germanista czy prorektor, ci jawnie współpracowali z SB. Na pewno nieuzasadnione byłoby wrażenie, że nasz osławiony pułkownik Jeleń, szef wydziału śledczego poznańskiej SB, który za młodu, w roku 1956 torturował robotników, mógłby teraz aspirować do orderu powściągliwości. Co do kwestii poruszonej przez prof. Friszke, że poznański SKS nie spowodował jakiegoś zbiorowego listu, to tu pamięć mnie zawodzi, na pewno nie zdarzył się jakiś fenomen socjologiczny czy brak właściwego pi-eru, bo i taki trop znalazł Jacek Kubiak. Nie byłem członkiem SKS-u, bo już nie byłem studentem, ja pamiętam tylko, że cięgle, od roku 1975 do 1980, zbierało się w Poznaniu jakieś podpisy. Natomiast co do tej specyfiki w ogóle, to owszem była, bo tak jak pan profesor przypomniał na wstępie, że to jakoś cyrkulowało wokół Stanisława Barańczaka, owszem, dlatego że Stanisław Barańczak poprzez tę afiliację do KOR-u, już do pierwszego składu, on stał się po prostu jednoosobową instytucją. Potem był spór między Kuroniem a Michnikiem, który wrócił z Francji, czy słusznie Kuroń namówił do tego Barańczaka czy niesłusznie? Z punktu widzenia samopoczucia i kariery akademickiej Barańczaka to niesłusznie bo zapłacił cenę, ale politycznie oczywiście słusznie. Dlatego, że Stanisław Barańczak na warunki poznańskie był człowiekiem „pożundnym” (tak się mówi w Poznaniu), ustabilizowanym, jako młody naukowiec i młody autor już poważanym i to było bardzo ważne, no a wcześniej był członkiem partii, w roku 1975 rzucił tekturę. Ale na czym polegała ta specyfika? Nie ma wielu poznaniaków na sali, więc mogę to powiedzieć. Poznań ma tradycje mieszczańskie, teraz jest miastem bardzo akademickim, natomiast miastem takim inteligenckim w rozumieniu kongresowo-galicyjskim to nie był. To jest troszkę inna specyfika, myśmy w Poznaniu nie mieli środowiska „Więzi”, środowiska „Znaku”, środowiska „Tygodnika powszechnego” czy KIK-u. Owszem, istniał KIK w Poznaniu, ale to była grupa starszych panów zamknięta, nie było do nich dostępu towarzyskiego, którzy, pamiętam, miesiąc po rejestracji związku zawodowego „Solidarność” przybyli do naszej siedziby MKZ i powiedzieli, że oni by byli skłonni ewentualnie poprzeć naszą działalność, ale musieliby się dowiedzieć jakie są nasze poglądy itd. Więc takich środowisk nie było, więc Stanisław Barańczak stał się tą, właśnie taką instytucją. Ale chciałbym tu tylko zastrzec jako poznaniak, żeby ktoś nie pomyślał, że to tak cały czas w tym Poznaniu powściągliwie było. Pragnę zwrócić uwagę, że represje, które spotkały poznaniaków po powstaniu w 56 roku, no tam powściągliwości nie było. Nie było. I były to represje potworne, one nie były widoczne, bo dotyczyły ludzi nieznanych, robotników zwłaszcza i tylko jeszcze chciałem dodać, że rozwiązano UB, był polski Październik, natomiast tych ludzi przez długie lata po cichu represjonowała bezpieka tak jak umiała. Z tego punktu widzenia w latach 70-tych, no, to rzeczywiście było powściągliwie, co  nas bardzo cieszyło, bo jakże inaczej. Dziękuję bardzo. (oklaski)

 

Andrzej Friszke

 Proszę Państwa tak bardzo szybko się poruszamy, o pewnych wątkach nie mówiliśmy i nie możemy inaczej, to jest ogromny materiał przecież. Materiał na wiele książek które z cała pewnością kiedyś powstaną. Proszę państwa bardzo dziękuję za udział w tej sesji, którą kończymy mam nadzieję nie opóźnieni, bo nas tutaj inne terminy obligują. Bardzo serdecznie Państwa zapraszam na obrad dzień jutrzejszy, który będzie myślę nie mniej ciekawy. Serdecznie dziękuję. (oklaski)