[Dyskusja panelowa: Ruch wydawniczy - KOR wśród inteligencji i środowisk twórczych

Prowadzący: prof. Andrzej Paczkowski

Uczestnicy: Konrad Bieliński, Seweryn Blumsztajn, Urszula Doroszewska, Janusz Krupski, Barbara Toruńczyk, Jan Waszkiewicz

 

Głosy w dyskusji:

Eugeniusz Smolar

Kazimierz Wóycicki

Bogdan Borusewicz

Piotr Jegliński

]

 

Andrzej Paczkowski

Przedstawiam: Barbara Toruńczyk – z zawodu socjolog, wydawnictwo „Zapis”, Seweryn Blumsztajn – z wykształcenia „filozof praktyczny” (z KUL), wydawnictwo „Biuletyn Informacyjny”, Konrad Bieliński – matematyk, wydawnictwo „Nowa”, Janusz Krupski - historyk wydawnictwo „Spotkania”, Jan Waszkiewicz – matematyk, wydawnictwo  „Biuletyn Dolnośląski”.

Przygotowałem dla panelistów kilka zagadnień, ale podobnie jak to zwykle bywa na konferencjach każdy z nich może sobie tylko niektóre, albo nawet mówić o innych problemach. Ma wolny wybór. Z uwagi na to, że ten panel jest najkrótszy proszę szanownych panelistów o krótkie wypowiedzi. Jakie to są pytania? 1. Dlaczego zaangażowałam/zaangażowałem się akurat w działalność wydawniczą a nie w inną? 2. Jak wyglądało funkcjonowanie instytucji od wewnątrz:  podział pracy np. między redakcją, techniką a kolportażem, czy teksty były zgłaszane, czy były zamawiane, jak duży był napływ materiału. 3. Jaki był kolportaż, do kogo starano się trafić a do kogo rzeczywiście trafiano? Czy była ”wymiana” pomiędzy różnymi ośrodkami? np. czy „Biuletyn Dolnośląski” docierał do Warszawy? 4. Oczywiście baza finansowa, dotacje, problem - sprzedawać czy rozdawać? 5. Drugi obieg jako zawód, kiedy pojawia się możliwość zarabiania na życie z pracy w drugim obiegu? 6. Co stworzył drugi obieg? Czy otworzył tematy, problemy, formy - dziennikarskie, czy literackie - które nie istniały w legalnym obiegu, jakąś nową debatę? I wreszcie ostatnia sprawa: rola wydawnictw emigracyjnych i pomocy z emigracji (przedruki) oraz publikowanie na emigracji tego, co powstało w drugim obiegu.

Bardzo króciutko przypomnę o rozmiarach samego zjawiska: wedle dotychczasowych ustaleń bibliograficznych od lata 1976 do sierpnia 1980 ukazało się około osiemdziesięciu do stu tytułów czasopism i około trzystu druków zwartych. Warto też pamiętać o jego „lokalizacji historycznej”, że fenomen drugiego obiegu jest drobnym fragmentem wielkiego zjawiska polskich druków podziemnych różnego rodzaju, które co najmniej od  Powstania Styczniowego – a właściwie czasów tuż przed tym powstaniem – co pewien czas pojawiały się na szerszą skalę. Potem była „bibuła”, pepesowska, narodowa, peowiacka; druga wojna światowa z ogromnym wysypem różnego rodzaju publikacji; mało znany epizod to druki nielegalne lat 1945-1952 (około pięćset tytułów gazetek plus około tysiąca broszur, książek i pamfletów). Później miała miejsce długa przerwa, w której się pojawiały pojedyncze pisemka (jak biuletyn „Ruchu”). W 1976 roku rozpoczyna się kolejna faza i o niej będziemy tu opowiadali. Ten rok jest ważny gdyż od tej chwili aż do likwidacji cenzury nie ma przerw w ukazywaniu się nielegalnych – a więc niezależnych - czasopism i druków.

Żeby sprowokować dyskusję, choć nie wiem czy prowokacja taka będzie  potrzebna, wspomnę o jednym z problemów drugiego obiegu. Leszek Szaruga „Szkicu o „Zapisie”” stwierdził, że jakby skupiało się na tym, co robili i pisali autorzy i redaktorzy tego pisma, mniej odnosząc się do rzeczywistości zewnętrznej. Można zaryzykować hipotezę, że inne pisma obracały się głównie wokół spraw środowisk opozycyjnych, pisały przede wszystkim o nich, nie tylko o tym, o czym się w nich myśli, ale także o tym, co się z nimi dzieje. Represje, szykany itd., były stałym elementem informacyjnym. Nie informowano jaka była lub będzie pogoda w Warszawie, ale o tym, kogo zatrzymano na cztery-osiem. Możnaby wobec tego powiedzieć, że to ograniczało oddziaływanie. Drugim graniczeniem był niewielki zasięg. Z wyjątkiem „Robotnika”, który parę razy miał rzeczywiście duży nakład, inne czasopisma - książki także - miały stosunkowo niewielki obieg. Przesadzając, czy też mowiąc brutalnie:  wydaje się, że czasopisma i książki drugiego obiegu krążyły wśród tych samych ludzi, chyba mniejszą rolę odgrywały wybory polityczne - ten, który czytał „Opinie” często czytał także „Biuletyn Informacyjny”. Środowiska opozycyjne, jako prefiguracja społeczeństwa niezależnego,  żyły w znacznym stopniu własnym życiem. Co o tym państwo sądzicie? Zacznijmy konserwatywnie - od Pań. Ulu - masz głos.

 

Urszula Doroszewska

Dziękuję Ci bardzo, jak już zacząłeś od pań w tym momencie przypomniałam sobie, że moja cioteczna prababcia Maryna Falska była aresztowana w drukarni „Robotnika” a następnie zesłana w „nie stol otdalennyje mesta” [przypis: to jest po rosyjsku taka formulka z kodeksu karnego ze zsylka do miejsc niezbyt oddalonych] bo na pewno ta tradycja mi towarzyszyła. Ale przejdę do pisma „GŁOS”.

Dlaczego człowiek wybrał akurat działalność w redakcji?  Myśmy robili wtedy dużo różnych rzeczy,  to nie był żaden wybór, po prostu jednocześnie zbieraliśmy informacje o represjach, zakładaliśmy Studenckie Komitety Solidarności, pisaliśmy artykuły i zakładaliśmy różne pisma, na przykład też pismo „Indeks”. Pisanie, wydawanie książek i pism było jedną  formą  naszego istnienia i naszego stosunku do tego, co nas otaczało.

 Pierwszy numer „Głosu” wydany był w stu egzemplarzach na powielaczu spirytusowym. Drukowali go Antoni Macierewicz i Piotr Naimski. Ponieważ ja przyszłam do redakcji dopiero od numeru czwartego czy piątego, wolałabym skupić się na tym okresie, w którym uczestniczyłam. Początkowo redakcja „Głosu” była znacznie szersza, później  się zwęziła i  od tego czwartego, piątego numeru pismem kierowały trzy osoby, to znaczy Antoni Macierewicz, Piotr Naimski i Marek Tarniewski czyli oczywiście Jakub Karpiński, który jednak cały czas występował pod pseudonimem. Współpracownikami stałymi wymienionymi w stopce byli według alfabetu Urszula Doroszewka, Ludwik Dorn, Krzysztof Hagemajer, Jan Józef Lipski,  Wojciech Onyszkiewicz, Zbigniew Romaszewski i Jan Walc.

W 1980 roku wyszedł w  Kulturze paryskiej  wybór artykułów z „Głosu” zredagowany przez Jakuba Karpińskiego. Technika nasza była mniej więcej taka, jaką  wtedy wszyscy dysponowaliśmy: najpierw powielacz potem sito.  Wydawnictwa, które wydawaliśmy ja tu pokaże, akurat te, do których jestem bardzo przywiązana Stefan Kawalec – DEMOKRATYCZNA OPOZYCJA W POLSCE, WYDARZENIA CZERWCOWE I ROK DZIAŁALNOŚCI KOR-U i Bogdan Cywiński ZATRUTA HUMANISTYKA. IDEOLOGICZNE DEFORMACJE W NAUCZANIU.

Oczywiście te wszystkie nakłady były bardzo niewielkie, naszą techniką kierowali Wojtek Fałkowski, Krzysztof Łączyński i Marek Barański, potem oni się przekształcili w wydawnictwo Krąg i naszą techniką kierował Wiktor Krzysztoporski. Jeśli chodzi o autorów i o teksty to było tego tak dużo... , te teksty spływały same, za niektórymi trzeba było oczywiście biegać, ale  miałam wtedy poczucie takiego bycia w środku wydarzeń i tego, że ci ludzie i te teksty się po prostu pojawiały a myśmy starali się bardziej nadać temu pewien kształt, pewną formę niż szczególnie je na autorach wyduszać.Wtedy nie było wielu miejsc, w których autorzy niezależnie myślący mogliby się drukować i było to też pewnym prestiżem, drukować się w pismach niezależnych. Jedną z głównych osób w redakcji był  Jakub Karpiński, miał wielki wpływ na treść i formę Głosu.  Kazik Wóycicki,  jako redaktor „Więzi”,  początkowo pisał u nas pod pseudonimem,był   doświadczonym redaktorem stworzył pewną formę,  że jest wstępniak, że jest jakiś  artykuł miesiąca, że jest dyskusja, że są różne działy,  te działy nazwaliśmy „Naród i społeczeństwo” „W Kościele”, „Sprawy międzynarodowe”, felietony, przegląd prasy, to się tam zmieniało. Jednym słowem była jakaś w miarę stała struktura . Wśród naszych autorów byli też oczywiście Jan Józef Lipski, Jerzy Łojek, Jarosław Kaczyński, Bohdan Cywiński, Ludwik Dorn, Wojciech Arkuszewski -  bardzo ważna  postać obok Kazika Wójcickiego ze środowiska „Więzi” i Janek Walc, który pisał felietony i wnosił wiele świeżości. .

To nie było pismo, które się zamykało na sprawach opozycji,  myśmy się zajmowali tym, co się dzieje w kraju. Przede wszystkim w każdym numerze był dość duży dział dotyczący gospodarki, naszym stałym autorem był prof. Stefan Kurowski początkowo pod pseudonimem, czasem pod różnymi pseudonimami. Pisała też u nas Irena Halak – Wóycicka, Krzysztof Hagemajer,  właśnie o gospodarce. Bardzo ważną sprawą były sprawy myśli politycznej i historii myśli politycznej. Myśmy wszyscy byli z dość podobnych, ale i jednocześnie z dość różnych środowisk, to znaczy to były środowiska generalnie rzecz biorąc warszawskiej inteligencji,  z zapleczem działalności politycznej wśród członków swoich rodzin Antka Macierewicza ojciec był w Stronnictwie Pracy, Piotrek Naimski miał jednego dziadka w ND, drugiego w PPS i to wszystko wtedy było bardzo żywe.  i myślę, że  rolą tych godzin spędzanych na dyskusjach było przygotowywanie tego, co dzisiaj może się wydawać dziwne, ale przygotowywanie myśli politycznej, przygotowywanie tworzenia partii politycznych w przyszłości: na jakich wartościach to ma być oparte, do jakich tradycji ma się odwoływać. No i na ogół w tych dyskusjach dochodziliśmy do wniosku, że to jest podział, który już się nie daje utrzymać. Teraz to się właśnie może wydawać dość dziwne, że można tak długo dyskutować na temat różnicy między chadecją a endecją, ale wtedy to była sprawa bardzo istotna i ona znajdowała oddźwięk w tym, co publikowaliśmy.

Bardzo dużo miejsca poświęcaliśmy sprawom Kościoła i tego, co się dzieje na linii Kościół – władza, a jednocześnie, zapraszaliśmy zdo współpracy z nami księży, którzy się wypowiadali bardzo jednoznacznie, tak jak na przykład ksiądz Staszek Małkowski, który wtedy napisał list protestacyjny do jednego z biskupów, który brał udział w głosowaniu w wyborach. Raczej poprzez te osoby, poprzez zwykłych księży a nie poprzez kontakt z Episkopatem,  nawiązywaliśmy  kontakty z Kościołem, które może później nabrały bardziej politycznego znaczenia.

Dział historii też był bardzo ważny. Oprócz  odkłamywania historii, którym się  wtedy cała prasa, wszystkie wydawnictwa podziemne zajmowały -  tutaj  teksty same wpływały, bo było mnóstwo ważnych tematów. Ale  przypominam sobie teraz taką dyskusję, bardzo ostrą, mianowicie trafił do nas taki dokument: pułkownik Rzepecki drugiego dnia po aresztowaniu przez UB po wojnie, napisał memoriał. No i myśmy dyskutowali, czy to opublikować czy nie, czy w imię tego, żeby nie szargać autorytetów nie będziemy tego drukować, czy też wydrukujemy w imię prawdy historycznej. A mieliśmy w redakcji i wśród drukarzy kilku historyków.Zdecydowaliśmy jednak ten materiał opublikować. Co pokazuje  nasz ówczesny stosunek  zagadnienia prawdy historycznej.

Nie potrafię powiedzieć, jak duże były nakłady, technika, którą wtedy mieliśmy, sama warunkowała  te nakłady, było to kilkaset egzemplarzy. Stosunki nasze z innymi środowiskami były bardzo ożywione i oczywiście krążenie bibuły  było bardzo aktywne, natomiast, to co się czyta,  nie wynikało wtedy z podziałów ideowych, bo czytało się wszystko. Po prostu się czytało, dlatego, że to było, dlatego, że mieliśmy wszyscy głód  żywego kontaktu z myślą innych ludzi i po prostu czytaliśmy wszystko, również to, z czym się nie zgadzaliśmy i nas też czytali ci, którzy się z nami nie zgadzali. Tak, że tutaj tego podziału nie było.        Zrobiliśmy  specjalny numer z okazji przyjazdu Papieża, Najpierw z okazji wyboru Papieża, ale niestety nie dotarłam do niego, później zrobiliśmy numer z okazji przyjazdu Papieża tzn. tego pierwszego przyjazdu Papieża w 1978),– specjalny, który  wydaliśmy też po angielsku, bo chcieliśmy go przygotować  dla dziennikarzy którzy przyjadą.  Tu sa wypowiedzi takich osób:  Bogdan Cywiński, pani Grabska, ksiądz Ludwik Wiśniewski, Adam Stanowski, Jacek Woźniakowski, mówili o tym, czego się spodziewają, generalnie  spodziewali się, że coś tam się zdarzy,  ale nie było to bardzo konkretne. Natomiast Ludwik Dorn pojechał wtedy na Śląsk bo  chcieliśmy zobaczyć, co się dzieje na Śląsku,  tam nie chciały władze Papieża wpuścić. . No i Ludwik napisał  krótki reportaż, który się kończy tak: „Jednak księża i wierni kontynuują kampanię nacisków na władze, żeby wpuścić Papieża, wierzymy mówią, że stanie się cud i zobaczymy u nas Papieża, chrześcijanom nie wolno tracić nadziei”.

Spotkania  redakcji  odbywały się u mnie w domu co wtorek, ja wtedy wynajmowałam mieszkanie na ulicy Bagno  u Pawła Nasalskiego, (kolegi naszego ze studiów), Wszyscy przychodzili, strasznie długo dyskutowali, no a ponieważ wtedy nic nie było do jedzenia, ja się czułam jakoś odpowiedzialna, żeby ich nakarmić, więc gotowałam taki ryż z sosem pomidorowym,  oni to teraz wspominają, jako jakieś nadzwyczajne zupełnie jedzenie. Po prostu nic wtedy nie można było kupić a tu dziesięciu głodnych facetów. Dość często przychodziły rewizje do tego mieszkania, ja miałam  schowek, w którym to chowałam materiały redakcji, , na szczęście nigdy ich  nie znaleźli, zabierali tylko wydrukowaną już bibułę.

 Mieliśmy takie poczucie, że po prostu jesteśmy częścią środowiska inteligencji, że to jest nasz taki normalny sposób funkcjonowania właśnie, że jest taki normalny  dom, do którego się przychodzi, je się ten ryż z koncentratem pomidorowym i się dyskutuje,  i się omawia jakieś teksty, jest teczka redakcyjna, do niej coś trafia, coś nie trafia, opowiadamy, co się dzieje, opowiadamy dowcipy.   Myślę, że myśmy tak naprawdę zajmowali wysokie miejsce w tym społeczeństwie. Wyższe niż teraz, bo wtedy to nie zależało od tego, czy się człowiek pokazuje w telewizji. Istniało żywe środowisko  inteligencji, które  tworzyło własne idee, te idee, krążyły i właśnie w takich miejscach jak nasze Bagno one się formowały przy tym ryżu z koncentratem pomidorowym.

Powiem jeszcze tylko,  że nwtedy było tak:  co wtorek redakcja, potem jakaś rewizja, potem czterdzieści osiem godzin, potem znowu ten wtorek, myśmy myśleli, że tak będzie zawsze, przynajmniej ja myślałam, że tak będzie zawsze, że te redakcje tak się będą odbywać, i ta rewizja tak będzie przychodzić, czterdziesci osiem godzin , a może dwa – trzy lata i ze tak będzie zawsze,  no tak,  dziękuję to wszystko.

 

Andrzej Paczkowski

Bardzo dziękuję. Chciałem jeszcze jedną szpileczkę wetknąć: zapewne mało kto o tym dziś pamięta, ale „Biuletyn Informacyjny” miał podtytuł: „Aktualności życia publicznego”. W ciągu czterech lat istnienia tego zacnego pisma ukazało się czterdzieści jeden numerów, czyli „Biuletyn” wychodził rzadziej, niż raz na miesiąc, co uwidacznia asymetrię między „aktualnością” a ukazywaniem się raz na sześć tygodni. Mówi to coś o rzeczywistych funkcjach tej prasy. Tyle wtrętu. Udzielam głosu Basi.

 

Barbara Toruńczyk

Dziękuję bardzo. Andrzej Paczkowski zadał nam szereg pytań: pierwsze brzmiało: Dlaczego akurat działalność wydawnicza? I to jest pytanie, na które odpowiem, a potem też będę odpowiadała na zadane pytania, ale w innym porządku, bo pan prof. Andrzej Paczkowski uważa, że trzeba zaczynać od szczegółu, żeby potem po długiej analizie umysłowej uogólnić. A ja jakoś jestem przyzwyczajona mówić odwrotnie i wydaje mi się, że należy najpierw w ogólnym kontekście złapać fenomen, o którym się mówi i wtedy jest łatwiej mówić o szczegółach, bo mówi się tylko o tych, które wydają się potrzebne. I dlatego się cieszę, że Ula Doroszewska też zwróciła uwagę na to szersze osadzenie naszego ruchu i mocno podkreślała rolę środowiska inteligenckiego, ja się z tym zgadzam, będę o tym mówiła, być może w innym ujęciu, ale to też wskazuje na to, że trzeba jednak pamiętać o sprawach ogólniejszych, kiedy się mówi o ruchu wydawniczym lat siedemdziesiątych w Polsce.

Więc dlaczego obrałam sobie działalność wydawniczą? Ja podobnie jak Ula, nie obrałam jej sobie, tak się po prostu stało. Przypominam sobie, że kiedy byłam studentką, jeszcze przed Marcem 1968 – studiowałam socjologię na Uniwersytecie Warszawskim – na jakiś hospitacjach socjologicznych zadano nam pytanie: Kim  chcemy być za dziesięć lat? I mnie się to wydało kompletnie niewyobrażalne, to znaczy  przeraził mnie ten panujący wtedy wzór życia według modelu małej stabilizacji, ułożonych dróg kariery, tak jak wtedy można ją było sobie wyobrażać.

 Było zupełnie oczywiste – i tak na przykład odpowiedział Jakub Karpiński – że przed nami jest praca magisterska, potem doktorat, potem habilitacja (jeszcze nie było wtedy habilitacji marcowych), na końcu katedra i to jest nasza droga życiowa, innej drogi nie ma. Droga naukowa  była wtedy  jedyną drogą, gdzie można było jeszcze robić to, co się mniej więcej chciało, zachować jakąś swobodę  i to tylko, jeśli chodzi o zainteresowania intelektualne. Wiedziało się, że cała reszta możliwości jest mocno ograniczona, również to, co na ogół młodzi ludzie sobie planują, to znaczy założenie rodziny, mieszkanie, niezłe zarobki i tak dalej, to było całkowicie abstrakcyjne w tamtym czasie, niedostępne dla zwykłych ludzi. No i rzeczywiście tak się stało, że strach przed małą stabilizacją nas do tego stopnia paraliżował, że wybraliśmy sobie inny model kariery, a wtedy, jeżeli rezygnowało się z drogi naukowej, można było zostać tylko redaktorem. Był taki okres, kiedy wszyscy byliśmy redaktorami; ja może z lenistwa jakoś zostałam przy tym i do dziś jestem redaktorem. Bo większy zakres wolności był najłatwiejszy do wywalczenia dla siebie w warunkach konspiracyjnych, pół konspiracyjnych lub w pracy intelektualnej, właśnie w sferze ruchu wydawniczego. Myślę, że to jest bardzo ważny element. Kiedy wyjechałam na Zachód we wczesnych latach osiemdziesiątych Konstanty Jeleński powiedział mi: „to bardzo zabawne, że wy tam w Polsce wszyscy jesteście politykami, redaktorami; tu na Zachodzie, jak ktoś chce wyładować swoją młodzieńczą energię, to zostaje artystą. A u was polityka jest tym największym seksapilem I tak było. Dla nas największym seksapilem było wtedy życie nielegalne, te wszystkie przygody nasze z policją, to było życie barwne, ciekawe. Ludzie z temperamentem tu mogli się wyładować. Trudniej było być artystą, łatwiej było być działaczem podziemnego ruchu wydawniczego, łatwiej było być działaczem politycznym opozycji i to się wydawało bardziej pociągające i tam rzeczywiście człowiek mógł się jakoś rozwijać i mógł potrzeby swojego temperamentu jakoś nasycić. Więc dlatego, myślę, zostawaliśmy redaktorami. Stał więc za tym nasz głód swobody, to co Josif Brodski nazywał ,,genem wolności”, i jest smutne, że dzisiejsi historycy, amatorzy prawdy historycznej ukrytej w teczkach bezpieki, o tym nie pamiętają.

No i ja tutaj od razu przejdę do jednej tezy ogólnej, żeby potem przejść, jak zapowiadałam, od ogólnego do szczególnego. Otóż dorzucę do tego, co mówiłam, że zastanawiamy się nad fenomenem opozycyjnego ruchu wydawniczego w roku 2006. Nie wiemy jeszcze, czy rok 2006 zaliczać się będzie doświadczeniami do wieku XX czy do wieku XXI, nie wiemy, jakie wydarzenia nas czekają, jakie fenomeny się uformują, ale wiemy na pewno, że najważniejszym doświadczeniem XX wieku, najważniejszym zjawiskiem i jedynym być może, który wiek XX nam zaoferował jako specyficzne dla siebie, to było powstanie, rozwój i schyłek totalitaryzmu. I tak się złożyło, że na nasze  młodzieńcze życie przypadł schyłek totalitaryzmu. I tak się złożyło, że myśmy to jakoś wyczuli intelektualnie, bądź po prostu intuicyjnie. I wielką szansą, wielkim sukcesem i wielkim szczęściem naszego życia było to, że zrozumieliśmy to w jakiś sposób, stając się generacją, która znalazła swój temat, swoją problematykę polityczną i, tak jak mówiłam, ta nielegalnie uprawiana polityka pozwalała nam żyć w sposób najpełniejszy. Potrafiliśmy zrozumieć, że mamy do czynienia ze schyłkiem totalitaryzmu. Pierwsze pytanie, które sobie zadawaliśmy od lat szkoły licealnej brzmiało: jak z tego wyjść, a znaczyło to: jak wyjść z tego doświadczenia opresji, dyktatury, zniewolenia, autorytaryzmu, totalizmu - różnie to nazywaliśmy w różnych okresach życia, ale to zawsze było rozumiane jako ograniczenie wolności, i chcieliśmy z tego wyjść. Każde doświadczenie polityczne, a polityką, podkreślam, bardzo się interesowaliśmy, było z tego punktu widzenia przez nas analizowane. Z tego punktu widzenia interesował nas Che Guevara, z tego punktu widzenia interesowała nas Kuba, wyjście Albanii z imperium, konflikt Chin z ZSRR, polityka Tito w Jugosławii, Grecja, która potrafiła wyjść z dyktatury pułkowników, Hiszpania, która potrafiła wyjść z dyktatury Franco – to wszystko były dla nas zjawiska, które pozwalały nam myśleć o tym, jak to przełożyć na język polityki podyktowanej naszą sytuacją i jak z tego zniewolenia wyjść. Mieliśmy oczywiście własnych mistrzów, szukaliśmy ludzi, którzy potrafili myśleć o naszych aktualnych doświadczeniach , specyficznie polskich, oczywiście byliśmy pod wielkim wpływem i bardzo dużo zawdzięczamy Jackowi Kuroniowi, jego generacji, tu na sali jest Aleksander Smolar, był też Karol Modzelewski, Jan Józef Lipski, naszym intelektualnym guru był Leszek Kołakowski.  Nie będę teraz wymieniała tych nazwisk, bo chcę przejść do doświadczenia „Zapisu”, bo moim doświadczeniem jest „Zapis” – pierwsze podziemne pismo literackie ukazujące się poza zasięgiem cenzury w bloku państw socjalistycznych.

   Myśmy  więc korzystali z lekcji naszych mistrzów, przeszłość była dla nas ważna. Trzeba pamiętać, że ruch wydawniczy lat osiemdziesiątych i sam KOR - to było na pewno mówione, więc ja tylko powtórzę, jako taką krótką tezę -  był wielkim wynalazkiem. Jeżeli się szukało cały czas dróg wyjścia, to nagle zrodził się konkretny pomysł, a on zrodził się na podstawie wcześniejszych przemyśleń i wcześniejszych doświadczeń, że należy doprowadzić do tego, ażeby ruch opozycyjny, który na ogół był nie sformalizowany, tajny, w jakiś sposób się uformował i wyszedł na powierzchnię, trochę tak jakby podwodna wielka góra lodowa miała wychylić na powierzchnię swoją głowę. Ta emanacja szerokiego ruchu – to był KOR. To był wielki pomysł polityczny, tak go też określił we wczorajszym artykule Leszek Kołakowski, podkreślając, że po raz pierwszy w naszych warunkach, to jest w skali imperium, bo ciągle mówimy tu w skali całego bloku państw socjalistycznych – po raz pierwszy pojawił się pomysł skuteczny, przyszłościowy, który pozwolił na jakąś formę organizacji działań opozycji i zarazem organizacji jawnej, a opozycjoniści wyszli na powierzchnię, delegując do tego postaci o największych nazwiskach, to znaczy doszło do tak zwanej, jak to myśmy sobie nazywali, ,,legalizacji opozycji”:  władza pogodziła się z istnieniem opozycji i sami opozycjoniści wyszli na powierzchnię, przedstawiając społeczeństwu swoją elitę. To miało ogromne znaczenie. Ogromne znaczenie miał z tego względu ruch wydawniczy, który powstał równolegle do KOR-u, a może nawet nieco wcześniej.

Przejdę do „Zapisu” Pamiętam świetnie, że pomysł Zapisu - tzn. nielegalnego pisma literackiego, które by gromadziło najwybitniejsze, najbardziej znane nazwiska i które by jawnie dawało znać o swoim istnieniu, że pomysł takiego pisma samizdatowego ja usłyszałam w lipcu 1976 roku.  Pamiętamy, że KOR powstał we wrześniu 1976 roku. Ten pomysł pisma literackiego należał do Adama Michnika, to znaczy, on go sformułował. Świtał w głowach prawdopodobnie wielu ludzi, bo był to okres bardzo zaostrzającej się cenzury, kiedy właśnie ci wybitni pisarze i bardzo znani byli przedmiotem aktywnej, niszczącej ich swobodę twórczą, polityki władzy. Władza chciała ich złamać, władza posługiwała się ciągle polityką ,,kija i marchewki”, to znaczy mogła oferować paszport, mogła oferować wysokie nakłady, mogła oferować ciekawe wycieczki zagraniczne, świetną karierę, ale mogła to wszystko zabrać. Podjąć decyzję, żeby się tej samowoli władz jawnie i zdecydowanie przeciwstawić, dla człowieka znanego, dojrzałego, obarczonego rodziną, którego tryb istnienia jest troszkę bardziej skomplikowany niż tryb istnienia młodego człowieka, nie jest proste. Pisarz, żeby pisać, musi mieć czas na skupienie się, na tak zwaną wenę, żeby ona przyszła, no, musi się trochę wyłączać z życia bieżącego i z tych drgawek i szarpaniny życia bieżącego, na które narażało ówczesne życie polityczne. To była decyzja trudna do podjęcia i jednak ci ludzie, którzy bardzo długo się zastanawiali czy ją podjąć, czy nie, po pół roku zdecydowali się, i to miało ogromne znaczenie, bo poszerzyło opozycyjny front polityczny o intelektualistów i artystów. Cechą charakterystyczną niezmiernie istotną dla opozycji tych czasów była jedność pomiędzy opozycją polityczną spod znaku KOR-u  i opozycją artystyczną i intelektualną ludzi kultury i sztuki.

Z czego myśmy czerpali? Naszym wzorem był samizdat w Związku Radzieckim. Pamiętamy, że samizdat istniał tam w latach sześćdziesiątych, rozwinął się bardzo, istniało literackie pismo „Metropol”, istniało dużo pism, biuletynów, wydawano książki i w latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych został zduszony, mniej więcej w tym czasie, kiedy rozpoczęto politykę detente.   U nas w Polsce to poszło w inną stronę, u nas detente raczej sprzyjała liberalizacji kursu politycznego, ze względu na to, że prawdopodobnie Gierek chciał pieniędzy z Zachodu i dobrej opinii na Zachodzie. W Rosji to poszło w innym kierunku, pamiętamy, że w siedemdziesiątym drugim roku Sołżenicyn był ekspulsowany z ZSRR, właśnie za samizdatowo wydany Archipelag GUŁag. W siedemdziesiątym szóstym roku powstał „Zapis”. Zestawienie tych dat pokazuje, jak bardzo straceńcza mogła być to decyzja, bo to, co wtedy wiedzieliśmy, to wiedzieliśmy, że Sołżenicyn był ekspulsowany i że samizdat rosyjski, którego technika była dla nas wzorem, został zduszony.

 Dla mnie i dla mojej generacji, tzw. ludzi Marca – „komandosów”, bardzo żywe było też doświadczenie października 1956, mniej może Powstania Styczniowego i naszych przodków, chociaż tak jak Ula i jej koledzy też mieliśmy przodków i też pamięć o nich nam towarzyszyła, ale nie w tych sprawach. W tych sprawach raczej październik 1956. Myśmy byli w gruncie rzeczy pokoleniem popaździernikowym, które bardzo dużo odziedziczyło z lekcji politycznych października i z wniosków ze zduszenia października. Kiedy mówię o zduszeniu swobody października 1956 mam na myśli to, że cenzura została zaostrzona, i  książki, wielka literatura światowa, cała sztuka nowoczesna, które po październiku się ukazały, i na których się ukształtowaliśmy - że to wszystko zaczęło znikać w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Proces duszenia swobody października to jest proces naszej edukacji, ja pamiętam, że w mojej piwnicy Adam Michnik przechowywał książki zdjęte przez cenzurę tuż po październiku i potem, w miarę zawężania wolności październikowych.  

     Ogromną lekcją była lekcja wydawnictw emigracyjnych.  Nawiążę tu polemicznie do tego, co mówił Andrzej Paczkowski. Nie jest tak, żeby nakład ,,Kultury” docierającej do nas wtedy czy nakład literatury czytanej obecnie przez intelektualistów i przez młodzież, były większe od tego nakładu, który myśmy robili w drugim obiegu.. Tak nie jest, nakład ,,Kultury” przerzucanej do Polski jest znany, ja zaś mogę powiedzieć, jakie były nakłady „Zapisu” – to były nakłady niekiedy mikroskopijne, ale porównywalne, jeśli nie większe od tego, co się z literatury ambitnej wydaje i czyta dzisiaj. Ale mnie nie chodzi tutaj o „Zapis” czy ,,Kulturę” Jerzego Giedroycia, mnie się wydaje, że literatura ma zawsze dosyć ograniczony zasięg (tutaj mnie przyspieszają koledzy, wiec nie mamy dużo czasu), mnie więc chodzi o spostrzeżenie, które jednak państwo znają, rozumieją z własnego doświadczenia, bo dzisiaj na przykład, kiedy się uwzględni nakłady książek czytanych to one nie są większe, czytelnictwo nie jest większe i na pewno nakład ,,Kultury”  docierającej do nas nie był większy niż to, co myśmy robili w kraju -  chodzi przede wszystkim o to, jaki jest obieg literatury. Literatura jest z samej swojej natury elitarna, więc chodzi o to,  że jakaś jednak elita musi się ukształtować i ta elita czyta. Uważam, że największy fenomen tamtych czasów polegał na tym, że wtedy demokratyczna opozycja polityczna czytała, że istniał wśród niej tak zwany snobizm intelektualny. Czytaliśmy książki i interesowaliśmy się otaczającą nas rzeczywistością nie tylko w wąskim i wyspecjalizowanym zakresie politycznym. Bywało, że chodziliśmy do teatru, mieliśmy nawet swoje trupy teatralne, jak Teatr Ósmego Dnia, był też STS, Piwnica pod Baranami, Salon Niezależnych. Mieliśmy swoich bardów, jak Kaczmarski, swoich filmowców, jak Kino Niepokoju Moralnego, swoich poetów i to wybitnych poetów, jak Barańczak, Krynicki, Zagajewski. Myśmy żyli ich twórczością nie mniej niż samą polityką. To również jest element warty pamiętania.

Jeżeli chodzi o samo doświadczenie „Zapisu”, trzy okresy wydają mi się ważne:

Pierwszy okres to samo powstanie „Zapisu” – to jest data historyczna. Uświadomił mi to przedwczoraj Mirek Chojecki, mówiąc, że w gruncie rzeczy „Zapis” był pismem, który dał początek niezależnemu ruchowi wydawniczemu. Znowu w dwóch tych samych wymiarach: technicznym i intelektualnym. Kiedy „Zapis” powstał - ja go robiłam, więc znam tę technikę dokładnie - naszą techniką była technika marca 1968 roku, to znaczy przepisywaliśmy egzemplarze na maszynie do pisania, przez kalkę.  W zasadzie powinnam powiedzieć – przepisywałyśmy, bo w naszych kręgach panowie nie pisali na maszynie, to robiły kobiety, a jeżeli chodzi o „Zapis” to robiły to panie jeszcze z Powstania Warszawskiego, z którymi skontaktował mnie Jan Józef Lipski, który pracował w Instytucie Badań Literackich PAN. Znałam trzy takie panie i te panie mi powiedziały, że one ślubowały podczas powstania na wierność wolnej i niepodległej Polsce, nikt ich z tych ślubów nie zwolnił i one bardzo chętnie będą przepisywać nasze wydania „Zapisu”. Pierwszy numer był odbity przez trzy panie, każda z pań odbijała po dwanaście egzemplarzy, a z tego tylko pięć było czytelnych, pozostałe siedem były na siłę przewijane przez wałek, wtedy się pisało na maszynie i przez kalkę, na takim bardzo złym papierze przebitkowym. Ja brałam te piętnaście-siedemnaście-dwadzieścia jeden najwyżej egzemplarzy, posyłałam przez kogoś, bo to wszystko było tajne – policja jednak nie chciała powstania „Zapisu” i bardzo polowała na egzemplarze, miałam z tego powodu rewizje – do introligatora, który to okładał w bardzo ładne okładki marmurkowe, to miało format A4. Tak wyszedł pierwszy numer „Zapisu”. Było dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa egzemplarze, czytelnych piętnaście, ale to krążyło, najpierw dostawali autorzy, było ich około dwudziestu, to byli bardzo znani ludzie, czytali oni, ich rodziny, istniał ten krąg inteligencji warszawskiej, o której mówiła Ula, ludzi świetnie się znających, przekazujących sobie tę literaturę. Mówię o „Zapisie”, być może mówię za długo, ale uważam, że „Zapis” był pismem, które zapisało się w historii dlatego, że samym swoim zaistnieniem ją zmieniło,  również i w tym sensie, że już drugi numer „Zapisu”, który ukazał się podczas głodówki w maju 1977 roku, wydany identycznie, na maszynie, znalazł innych przepisywaczy. To był moment, kiedy powstała NOW-a.

A było tak. Tuż po głodówce w maju 1977 poszłam do Wiktora Woroszylskiego, który był spiritus movens „Zapisu”. To jego determinacja doprowadziła najbardziej do tego, że „Zapis” powstał. On był pierwszym redaktorem „Zapisu”, a ja jego sekretarzem i techniką. Poszliśmy wtedy do parku, usiedliśmy na ławce i po chwili podszedł do nas Ludwik Dorn i lekko się zacinając – wtedy była moda, żeby się lekko zacinać – powiedział: – no, są ludzie, mamy maszyny, możemy odbić. Myśmy z Wiktorem spojrzeli po sobie i zapytaliśmy: - ile? – To nie było wtedy pytanie o finanse, to było pytanie o nakład. I on powiedział, według mnie, 250 egzemplarzy. Są ludzie, którzy pamiętają, że 400. Ale czy 400 czy 250 to był wtedy ogromny, astronomiczny nakład. Dorn reprezentował wtedy ludzi Mirka Chojeckiego, którzy nawiązali kontakt z ludźmi z Lublina i wokół tego numeru powstała struktura, z której rozwinęła się następnie NOW-a. Więc to jest ten drugi decydujący moment: powstanie techniki masowego powielania nielegalnych druków.

 

I wtedy w Lublinie (ja tu widzę przedstawicieli tamtego środowiska), został odbity ten pierwszy większy nakład i wtedy można powiedzieć powstał NIEZALEŻNY RUCH WYDAWNICZY. Dlaczego mówię, że wtedy powstał? – dlatego, że wtedy ludzie się o nim dowiedzieli. Nazwiska znanych pisarzy drukujących w „Zapisie” i to, że środowisko warszawskie się włączyło w działalność nielegalną i pozwoliło odbijać swoje pismo w Lublinie na powielaczu miało wielkie znaczenie dla ruchu wydawniczego, dlatego, że ruch wydawniczy zaczął wtedy istnieć w świadomości szerokich warstw inteligencji, co najmniej inteligencji.

 Było co prawda odwrotnie, ja pamiętam i to jest ważny moment i ważna kolizja – ja pamiętam swoje rozmowy z Jackiem Kuroniem, z którym byłam bardzo blisko zawsze związana i nigdy nie było spraw spornych między nami (ja bym się nie ośmieliła), do momentu powstania „Zapisu”. Moment powstania „Zapisu”, przez to, że to byli pisarze, a Jacek miał temperament, działacza politycznego - był momentem kolizji. Jacek bardzo się denerwował, że ci ludzie tak długo się decydują i nie mogą podjąć decyzji i mówił mi: „zrób zamach stanu, zrób to z młodymi, po co ci te nazwiska, daj sobie spokój, to można zrobić z Bierezinem. Rzeczywiście Jacek Bierezin założył niezależne pismo literackie ,,Puls” zaraz po „Zapisie”, ale nam się wydawało, byli tacy ludzie w opozycji, Adam Michnik na przykład, którzy świetnie rozumieli, że łączność opozycji z intelektualistami, z artystami i ze słynnymi pisarzami jest ważna i opozycję wzbogaca, poszerza i zmienia jej perspektywę.

 

[AP - Basieńko, czas! Inni koledzy...]

 

Więc powiem tylko, że ten drugi moment epokowy „Zapisu”, to jest moment, kiedy włącza się NOW-a , to znaczy technika o tym zadecydowała, po prostu wielkość nakładu, jego szalony wzrost, i wtedy Jacek mi powiedział: „dopiero teraz istniejecie naprawdę”. On wyszedł z więzienia, ja mu przyniosłam pierwszy egzemplarz, zupełnie nieczytelny, odbity na powielaczu spirytusowym, on to wziął, przejrzał i powiedział: „teraz dopiero istniejecie”. To był drugi numer ,,Zapisu”. Tak że można się spierać, czy zdecydowała wielkość nakładu, czy powaga autorów o tym, że pismo stało się głośne; mnie się wydaje, że dopiero te dwa elementy składają się na ten historyczny sukces polskiej opozycji.

        Trzeci moment ważny to jest przekształcenie się ,,Zapisu” z almanachu w redagowane czasopismo, z własnym zespołem redakcyjnym i jakąś linią redakcyjną. Bo na początku „Zapis” był zbiorem tekstów zdjętych przez cenzurę, najwyżej dwa teksty zostały napisane do pierwszego numeru z myślą o nowym piśmie. Dopiero z czasem ten almanach przerodził się w samodzielne pismo. No i tutaj można się zastanawiać, do jakiego stopnia ono korzystało z literatury emigracyjnej, czy potrafiło nawiązać z nią łączność, czy było otwarte na świat,  na młodych, na inne środowiska artystyczne, na nowe talenty, środowiska literackie, czy stymulowało rozwój polskiej literatury. Można się nad wieloma rzeczami zastanawiać, krytykować albo chwalić, ale „Zapis” istniał już na prawie ważnego pisma literackiego dla tej części kraju, która była podziemnym społeczeństwem obywatelskim ludzi wolnych. I to było pismo poza cenzurą ludzi wolnych, gdzie pisali też ludzie wolni. Były też i wtedy dyskusje, do jakiego stopnia piszący do ,,Zapisu” są nadal pod wpływem cenzury. Widzę, że państwa to nie interesuje, więc żegnam.

 

Andrzej Paczkowski

Bardzo dziękuję i przepraszam, że tak brutalnie przerywałem, ale mamy mało czasu - 45-50 minut.

 

Konrad Bieliński

Proszę Państwa, ja mam mówić o początkach NOWEJ - czym w tamtych latach była Niezależna Oficyna Wydawnicza „NOWA”? Nie będzie to jednak prezentacja tej zasłużonej Oficyny Wydawniczej, bo po prostu nie ma na to czasu. W telegraficznym skrócie o „firmie” NOWA: powstała w 1977 roku, do jesieni 1980 roku wydała 100 pozycji, niemal drugie tyle w okresie „Solidarności” do stanu wojennego, po rocznej zapaści spowodowanej uwięzieniem niemal całej jej organizacyjnej czołówki, dalszy rozrost i niekwestionowana pozycja jednego z największych wydawnictw podziemnych.

NOWA powstając postawiła sobie za cel faktyczne złamanie państwowego monopolu wydawniczo – informacyjnego. Wówczas wydawało się to zadaniem ponad nasze skromne siły, no bo nie mieliśmy praktycznie nic, ani sprzętu do produkcji książek, ani fachowców, którzy umieli by to robić, ani lokali, gdzie można by to robić, ani środków transportu, ani... itd., itd.,. Praktycznie nie mieliśmy nic poza zapałem grupy ludzi, która poznała się w czasie rocznej działalności KOR. A przeciwko sobie mieliśmy policję polityczną komunistycznego państwa ze standardowym zestawem środków walki i represji takimi jak: zatrzymania, rewizje, konfiskaty, donosy, prowokacje, raporty tajnych agentów itp. I była jeszcze pamięć, a niekiedy i osobiste doświadczenie czasów marca i sierpnia 68’, kiedy za druk niewielkiej ilości ulotek na dostosowanej do tego celu wyżymaczce szło się na miesiące lub lata do więzienia. I była świadomość, że ten monopol, który postanowiliśmy złamać jest postrzegany przez władzę jako jeden z jej filarów, a nielegalne posiadanie powielacza jest niemal tak samo karane jak posiadanie pistoletu. Więc gdy z takiej perspektywy stanu wyjściowego przywołać obrazek po niecałych 3 latach, gdy w maju 80 roku wychodzimy z gmachu Sądów po procesie szefa NOWEJ Mirka Chojeckiego i jej drukarza Bogdana Grzesiaka, na którym oskarżeni i połowa widzów ma na sobie koszulki z ogromnym znakiem firmowym NOWEJ, gdzie wprawdzie zapadają jakieś wyroki w zawieszeniu, ale są to wyroki za „kradzież państwowego powielacza”, a nie za działalność wydawniczą, a więc gdy wychodzimy wszyscy razem, z podniesioną głową, wolni wydawcy podziemni, dumni z dorobku niemal 100 wydanych pozycji, to jest to miara naszego wspólnego sukcesu. A gdy przypomnieć sobie ostatnie lata i miesiące PRL, gdy wydawnictwa podziemne produkowane przez dziesiątki oficyn dostępne już były niemal publicznie na straganach, to trzeba powiedzieć, że ten nierealny cel jaki przyświecał powstaniu NOWEJ został faktycznie osiągnięty.

Ale powróćmy do początków. Na początku był KOR. KOR żeby istnieć musiał komunikować się jakoś ze społeczeństwem, musiał informować o tym co robi, na co przeznacza zbierane pieniądze. Stąd tak wielka rola, szczególnie w pierwszym okresie istnienia, Komunikatu KOR, który był w miarę krótkim tekst, niejako komunikatem z pola walki, w którym podawano: ile zebrano pieniędzy, ilu osobom udzielono pomocy, jakie są potrzeby, jakie są typy problemów, z którymi się spotykamy? Jedyną dostępną wówczas formą publikowania takiego Komunikatu był - o czym wspominała tu poprzednio Basia Toruńczyk – model znany nam z doświadczeń rosyjskiego Samizdatu, czyli używanie maszyny do pisania i pliku cieniutkich przebitek przekładanych kalkami. W ten sposób, każdy uczestnik „samizdatowego” łańcuszka z jednej kopii tekstu tworzył następnych 10, które rozdawał swym znajomym. Tak tworzyły się pierwsze drogi kolportażu, a w drugą stronę płynęły pieniądze i informacje. Oczywiście inną drogą docierania do odbiorców były polskojęzyczne rozgłośnie radiowe, ale to zupełnie oddzielny temat. Model Samizdatu był bardzo łatwy, tani i bezpieczny, sprawdzał się dobrze w pierwszych miesiącach w środowiskach inteligenckich, gdzie niemal każdy miał dostęp w domu, lub w biurze do maszyny do pisania. Gdy jednak objętość Komunikatu zaczęła rosnąć, doszedł informacyjno - publicystyczny „Biuletyn Informacyjny”, a jednocześnie działania KOR –u nieco spowszedniały, to coraz mniej było chętnych do przepisywania na maszynie otrzymanych coraz dłuższych tekstów. Jednocześnie zaczęły się pojawiać pierwsze przemycone z zachodu powielacze hektograficzne – dość prymitywne ręczne urządzenia, za pomocą których można było z jednej, napisanej na maszynie przy użyciu kalki hektograficznej, matrycy wyprodukować około 150 - 200 odbitek z charakterystycznym bladoniebieskim, śmierdzącym denaturatem drukiem. Tak również wyglądały pierwsze broszury NOWEJ. Wraz z hektografem rozpoczęła się era „podziemnej” poligrafii, choć samą metodę druku trzeba było natychmiast zmieniać, bo nakłady były zdecydowanie za małe.

Decyzja o użyciu hektografów poza problemami konspiracyjnymi i technicznymi wiązała się przede wszystkim z przełamaniem bariery psychologicznej, bariery strachu przed podjęciem działań, które były „ewidentnie nielegalne”. Powielacz był nijako symbolem sprzętu zakazanego, a samo jego posiadanie kojarzyło się natychmiast z więzieniem. Cała formuła KOR –u opierała się o zasadę jawności działania i specyficznie pojętego legalizmu, który odwoływał się do zobowiązań przestrzegania praw obywatelskich, jakie władze PRL podpisały w Helsinkach. Staraliśmy się nie dawać władzy łatwego pretekstu do procesów sądowych za ewidentne łamanie obowiązującego prawa. Czy „powielacz” mógł stać się takim pretekstem? Wielu obawiało się, i przemawiało za tym całe dotychczasowe doświadczenie, że tak właśnie będzie. Na szczęście KOR nie był żadną zcentralizowaną organizacją i gdy jedni przestrzegali przed konsekwencjami, to inni eksperymentowali z powielaczami. Dość zaskakującym efektem rozwoju techniki, jakim było pojawienie się pierwszych „niebieskich” Komunikatów KOR, było ewidentne zmniejszenie globalnego nakładu i zakresu jego docierania do czytelników. A brało się to stąd, że nakłady hektografu nie były duże, natomiast nikt, kto otrzymał wydruk powielaczowy, nie czuł się w obowiązku, by go przepisywać, w przeciwieństwie do przebitki maszynowej, która niejako zobowiązywała do dalszego powielania we własnym zakresie. Myślę, że ostatnie opory przed użyciem powielaczy zniknęły naturalnie wraz z uwięzieniem części członków KOR w maju 1977 roku, po zabójstwie Staszka Pyjasa. W sytuacji gdy koledzy „siedzieli” rozważania o dawaniu pretekstu do aresztowań stały się bezprzedmiotowe – wówczas po prostu niektórzy odchodzili, pozostali się radykalizowali.

Lato 1977 roku po spektakularnym sukcesie, jakim było wypuszczenie z więzień zarówno członków KOR jak i skazanych na długoletnie więzienia uczestników Czerwca 76’ jest przełomowe. KOR osiągnąwszy swoje doraźne cele przekształca się w KSS „KOR”. Określa swoje bardziej dalekosiężne cele działania. Dla ich realizacji niezbędne stają się niezależne pisma. Te już istniejące jak „Biuletyn Informacyjny” czy literacki „Zapis” i te nowe, które planujemy stworzyć. Rodzi się pomysł nowego pisma ruchu KOR-owskiego pod nazwą „Głos” z szeroką redakcją wielu członków i aktywnych współpracowników KSS”KOR”, w zamierzeniu mającym być centralnym pismem całego ruchu, niejako publicystycznym uzupełnieniem Komunikatu KOR, forum politycznej debaty. W pierwotnych planach rozbudowany kolportaż tego pisma miał tworzyć podstawowy „krwioobieg” całego ruchu. To wymagało stworzenia jakiegoś wydawnictwa prasowego. Rodzą się wówczas również pomysły na nowe almanachy literackie, ale przede wszystkim na wydawnictwo wydające książki bez cenzury na wzór paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroyća, ale tutaj, w kraju i wydające w takim nakładzie, żeby wszyscy związani z naszym ruchem mogli je przeczytać. No i wreszcie oczywiste jest, że samemu KSS”KOR” potrzebne było poligraficzne zaplecze dla różnego typu akcji takich jak np. akcje ulotkowe, plakatowe, czy publikowanie różnorodnych dokumentów i opracowań.

Była więc naturalna potrzeba stworzenia wielu różnorodnych struktur zajmujących się drukiem, kolportażem, itp. Co więcej, filarem koncepcji naszego działania była różnorodność i decentralizacja. Dlaczego więc jeszcze w tym samym 1977 roku wykształca się model centralnej, o niejako monopolistycznej pozycji w Warszawie, struktury wydawniczej NOWA, która musi zaspakajać wszystkie potrzeby: książkowej oficyny wydawniczej, drukarni prasowej i „techniki” KSS”KOR”. Odpowiedź jest banalnie prosta: wszystkie te trudności, o których wspomniałem poprzednio, a więc brak sprzętu, papieru, materiałów drukarskich, fachowców, lokali, ...itd. oraz przeciwdziałanie SB powodowało, że zadania poligraficzne były wówczas ponad siły większości środowisk redagujących poszczególne periodyki. Życie wymusiło specjalizację i centralizację właśnie. A mówiąc jeszcze precyzyjniej najróżniejsze formy decentralizacji, tajnej współpracy małych i autonomicznych grup produkcyjnych miały miejsce w ramach NOWEJ. Uważny czytelnik znajdował na wielu publikacjach NOWEJ znaki identyfikujące daną grupę w ramach całej firmy. Jawne przedstawicielstwo NOWEJ stanowiło niejako śluzę pomiędzy jawnymi formami działania a częścią konspiracyjną ruchu.

 Trzeba tu zaznaczyć, że od początku niezależnie powstawała poligrafia „Robotnika”. Natomiast nie powiodła się koncepcja pisma „centralnego” ruchu.  „Głos” już przy narodzinach stał się pismem identyfikowanym tylko z fragmentem tego ruchu i po pierwszych nieudanych próbach współpracy poligraficznej przy druku drugiego numeru, jego poligrafia poszła własną drogą. Trzeba też pamiętać, że każda redakcja współpracująca z NOWĄ musiała wnosić jakiś „udział własny” w postaci lokali, piwnic na magazyny itp., a zakres tego udziału był dostosowany do możliwości danego środowiska. W szczególności rozbudowana struktura „Biuletynu Informacyjnego” tylko drukowała w NOWEJ, a już sama organizowała składanie egzemplarzy i kolportaż. Zresztą najróżniejszych form współpracy było tu dużo więcej; w końcu pierwszą poważną i oryginalną pozycją książkową NOWEJ był „Kompleks Polski” Tadeusza Konwickiego, który ukazał się jako „Zapis” nr.3, a wielu ludzi z różnych redakcji wykonywało prace redakcyjne czy translatorskie dla NOWEJ.

Była też NOWA pierwszym podziemnym przedsiębiorstwem, które swe produkty sprzedawało, a nie rozdawało i miało to rozliczne konsekwencje. Po pierwsze mogliśmy płacić wielu ludziom za ich pracę, co dawało środki do życia usuwanym z pracy w instytucjach państwowych. Nawet bezpłatne egzemplarze wręczane naszym współpracownikom to była pewna forma gratyfikacji w sytuacji, gdy książki te posiadały swoją wartość i cenę. Po drugie ten nasz „rynek” zaczął wpływać na wielkość nakładów poszczególnych pozycji, a nasze sklepiki, czy inne punkty kolportażu mogły być realnie oceniane poprzez rozliczenie należnych pieniędzy za pozycje wzięte w komis. Nie tylko więc natężenie aktywności SB, czy techniczne problemy z produkcją, ale niekiedy brak wolnych pieniędzy ograniczał nasze możliwości. Tu zresztą można było zauważyć pewną  sezonową cykliczność: latem łatwiej było produkować, bo więcej lokali, na przykład nie ogrzewane domki letniskowe, ale kolportaż był bardzo ograniczony, więc wyzbywaliśmy się pieniędzy; a znowu zimą całkiem odwrotnie - głównym problemem stawał się druk.

Ta monopolistyczna, czy ściślej dominująca pozycja NOWEJ musiała rodzić wiele problemów. Jej kierownictwo stawało przed ciągłymi decyzjami: czy wydamy najpierw „Zapis”, czy „Puls”, czy „Krytykę”, czy nastawiony na aktualności „Biuletyn Informacyjny”, a może jedną z przygotowanych pozycji książkowych? A może oceniając, że lokal na druk jest zły, a sytuacja zbyt niebezpieczna, żadnej z tych pozycji nie drukować. Kolejka czekających na wydanie niekiedy bardzo się wydłużała, bo wprawdzie nie mieliśmy większych problemów z drukiem objętościowo niedużych pozycji, a niektóre książki mogliśmy drukować na tzw. „dojściach” cechujących się wprawdzie bardzo dobrą jakością druku offsetowego, ale o długim i niezależnym od nas cyklu produkcji, to jednak druk wszystkich wymienionych tu tytułów, a więc ich faktyczne istnienie, przez cały omawiany okres zależał od sprawności i fizycznej wydolności jednej, wciąż tej samej maszyny. Ten fakt był jedną z naszych najbardziej skrywanych tajemnic: do 1980 roku nie udało nam się zdobyć drugiej o podobnej wydajności i cały czas mieliśmy świadomość, że jej utrata spowoduje conajmniej wielomiesięczne załamanie całego naszego „ruchu wydawniczego”. Wszystkim redakcjom zależało na jak najszybszym ukazaniu się ich ukochanego nowego numeru pisma i gdy rósł czas oczekiwania, to w sposób naturalny względy bezpieczeństwa traciły dla nich na znaczeniu. Myślę, że udało nam się nie „wpaść” dlatego, że NOWA właśnie nie była zbyt związana emocjonalnie z żadnym z tych pism stawiając na pierwszym miejscu swoje możliwości produkcyjne, własne istnienie, a przez to istnienie wszystkich, których drukowała. 

 

Andrzej Paczkowski

Bardzo mi przykro, ale przekroczyłeś czas.

 

Seweryn Blumsztajn

Czas goni, więc ja odpowiem tylko na dwa podstawowe pytania, jak rozumiem Andrzej chciał nimi sprowokować. Pierwsze to te wszystkie sugestie, jak to wszystko było zamknięte, ta opozycja na sobie, na swoich problemach i na swoim życiu wewnętrznym i łącznie z tym szydzeniem to jest to naszych aktualności życia publicznego. Otóż, rzeczywiście to była uzurpacja, ale jak weźmiesz tą prasę tamtejszą, z tamtego czasu oficjalną, to znowu tak dużo tych aktualności nie znajdziesz, więc to nie aż tak źle wyglądało. Mogę tylko powiedzieć tyle, jak dzisiaj z perspektywy historycznej popatrzysz, jakie informacje myśmy wtedy dostarczali, co było w prasie oficjalne, to te nasze informacje, z punktu widzenia historyków, z punktu widzenia tego, co się później stało, są bardzo ważne, to jakby one z czasem w historii nabrały znaczenia. Mogę tylko powiedzieć tyle, że myśmy mieli poczucie prawda, że jesteśmy malutkim, zamkniętym pisemkiem, zaczynaliśmy przecież od informacji o represjach i streszczenia różnych rodzaju protestów, później to się rozwijało, natomiast niewątpliwie mierzyliśmy nasz sukces, jakby rozwój gazety tym, ile się pojawiało w niej rzeczy takich jak, informacji jakby normalnych o Polsce nie o pozycji, czyli właśnie publicystka ekonomiczna, publicystyka międzynarodowa, informacje z krajów naszego obozu, tzw., to były tak naprawdę reportaże z kraju, to było dla nas miarą sukcesu i taką miarą sukcesu było to, kiedy w 1978 roku przyszło do nas kilku dziennikarzy z czołówki polskich dziennikarstwa, przyszedł Zieleński, przyszła Janka Jankowska, przyszedł Adamiecki i przyszedł Dziewanowski, prawda, przyszedł Kuśmierek, który zaczął do nas pisać, to były te sukcesy nasze. Po pierwsze oni wnosili, nie wszyscy zresztą, bo tak na przykład Adamiecki praktycznie nie pisał, ale Dziewanowski bardzo dużo, pisał o sprawach międzynarodowych, oni wnosili właśnie taki jakby oddech takiego narmalnego dziennikarstwa, a poza tym też oni uznali, że jesteśmy poważni, że jesteśmy wystarczająco ważni, że warto u nas pisać, no i ryzykować jednak. Więc ja mogę powiedzieć tylko tyle, że to nie było aż tak z tym źle i że te prowokacje, że tak powiem  nie oburzają, ja uważam, że to szło w dobrym kierunku i to było ważne pismo i to było ważna informacja.

Druga sprawa, co stworzył Drugi Obieg? – gdybym miał odpowiedzieć w jednym słowie to powiedziałbym – język, ponieważ Drugi Obieg był przygodą z językiem. Kiedy myśmy zaczynali ten nasz „Biuletynik Informacyjny” mieliśmy właściwie tylko jedną intuicję, bo myśmy chcieli robić informację, poza taką działaczowską, to znaczy, że my robimy, ktoś przepisze i tak się robi Ruch, to wszyscy powtarzają, wiedzą, ale mieliśmy jedno poczucie, że nasz język musi być przeciwieństwem języka propagandy, stąd takie przesadne nastawienie na tą oszczędność, na to, że tam nie może być emocji, ocen, komentarzy nawet, tak był robiony „Biuletyn” na początku. Oczywiście myśmy długo tak nie wytrzymali, razem z rozwojem pisma wchodziły inne formy po prostu: publicystyka, komentarze czy reportaż i tak nie można było pisać, ale coś z tego zostało i ja uważam, że kolejne etapy, już zostawiając ten „Biuletyn Informacyjny”, że myśmy nową formułę języka stworzyli, zresztą podobna ekipa w AS-ie w Agencji Solidarnej, do którego żeśmy przeszli. To też jak na te czasy, to cośmy wymyślili w AS-ie, czyli taki język prawie sprawozdań dosłownych, ale nie dosłownych, takie streszczanie, to czasy były tak ciekawe, że nie trzeba było nic wymyślać, tylko trzeba było sprawnie opowiedzieć tak dokładnie, co się dzieje w tych wszystkich awanturach solidarnościowych. To był też pomyśl na język ta tradycja językowa myślę przetrwała w „Tygodniku Mazowsze”, jakoś też w „Gazecie” była może nie wiem, w każdym razie „Gazeta” się bardzo sprofesjonalizowała i jest normalną „Gazetą”, ale gdzieś ta tradycja językowa była, ciągnęła się. Ja pamiętam nawet taką anegdotę jak kiedyś o ciągłości tego pomysłu innego języka mówiłem w „Głosie Ameryki” i podawałem przykład „Robotnika” i „Biuletynu Informacyjnego” i potem „Asa” i potem „Tygodnika Mazowsze” i  dostałem potworny opieprz z kraju, że ja demaskuję dziewczyny ponieważ się tłumaczę inspektorowi „Tygodnika Mazowsze” oni to znaczy bezpieka i tak uważała, że to robi Modlinger, ale w każdym razie myślę, że wszyscy mieli poczucie, że coś tu jest w tej ciągłości i że to myśmy ten język jakoś, że ta zabawa z językiem była czymś bardzo ważnym w tym naszym rozwoju. (oklaski)

 

Andrzej Paczkowski

Dziękuję. Teraz Janusz Krupski.

 

Janusz Krupski

Bardzo dziękuję. No pytań jest wiele trudno na nie odpowiedzieć w ciągu 10 minut, ale może spróbuję odpowiedzieć na pytanie, może też na inne przy okazji dlaczego wybrałem pracę zaangażowanie w drugim obiegu wydawniczym? Myślę, że przede wszystkim dlatego, że tego drugiego obiegu wydawniczego wtedy nie było  w tym momencie, kiedy myślałem z moimi kolegami na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, Bogdanem Borusewiczem, Piotrem Jeglińskim, na pierwszym roku studiów w 1970 roku jakoś się na tych studiach było nietrudno 40 osób na pierwszym roku historii odnaleźć. Takim punktem porozumienia było to, że jesteśmy przeciwnikami komunizmu i musimy z tym systemem walczyć. I problem był tylko drogi, znalezienia sposobu walki. Idea nasuwała się jedna, która nam była bliska jakby kontynuacja czasów wojny, okresu powojennego. Mieliśmy na KUL-u wielu żołnierzy Armii Krajowej, kilku profesorów Kłoczowski, Bartoszewski, Stanowski, ale właśnie ci profesorowie nam mówili, że walka powstańcza to teraz nie ma perspektywy i może pan marszałek Borusewicz się bardzo z tym męczył aby jednak tę broń jakoś zdobyć i użyć. To nie dało się wtedy tego zastosować, a ci profesorowie, a głównie może profesor Bartoszewski mówił, że i w czasie wojny istniały inne sposoby walki niż tylko walka zbrojna. Była walka cywilna, była walka w sferze kultury, był potężny ruch wydawniczy z setkami jeśli nie tysiącami tytułów prasy, książek i to tworzyło też w czasie okupacji całą sferę wolności. Ale żeby to zastosować trzeba było to stworzyć. Stworzyć samemu. Myśleliśmy o tym jak zdobyć sprzęt, którego nie było i po różnych dyskusjach zdecydowaliśmy się na to żeby wyjechać na zachód w 1974 roku spodziewaliśmy się że taki sprzęt sprezentują nam szanowni no jakby przywódcy emigracji Nowak-Jeziorański i Giedroyć. Wyjechał w rezultacie tylko Jegliński, no i wcale nie uzyskał tego prezentu, bo wymienieni wyżej panowie taki pomysł potępili właśnie uważając że sprowadzenie powielaczy to jest tak właśnie jak użycie broni. Wobec tego musiał sam się martwić o to jak to zdobyć, musiał zapracować na powielacz i w rezultacie w 1976 roku w czasie trwania wiosny Kulturalnej studentów KUL-u, śpiewów między innymi wczorajszego uczestnika koncertu wtedy to był Salon Niezależnych, Teatr 8 Dnia, różne ciekawe rzeczy organizowaliśmy wtedy jeszcze też ze studentem Bogdanem Borusewiczem i innymi kolegami. W bagażu Teatru akademickiego KUL, który wtedy zjechał na właśnie tez tą Wiosnę Kulturalną KULAŻ z Londynu tenże powielacz przyjechał odstawiłem go na chwilę do swojego mieszkania i trzeba było coś dalej z tym robić. No bo jest. Szukaliśmy pomysłów no idąc pewnymi skrótami. Pierwszą próbą było powielenie w kilku egzemplarzach „Folwarku zwierzęcego”, ale chcieliśmy wyjść szerzej z tym, wyjść poza tą chęć drukowania czy powielania wtedy no i pojawił się KOR. Pojawił się KOR i tutaj słyszeliśmy o tych rozterkach w KOR-ze, no co z tym robić z tymi „Komunikatami”? Część działaczy KOR-u była przeciwna no między innymi Jacek Kuroń. Byłem u niego z Bogdanem Borusewiczem. Pomysł użycia takiej techniki potępił jako nielegalny wręcz niemoralny. Mówił, że my musimy, powtarzam mniej więcej jego słowa, że my w Polsce powinniśmy bronić prawa, bronić przestrzegania prawa a nie je łamać. Była różnica zdań. Dla mnie Polska była krajem  cała zbudowana na bezprawiu więc o jakiś tam korektach nie myślałem. Bogdan wpadł na pewien pomysł jak to właściwie postanowiliśmy naszych kolegów z KOR-u postawić przed faktem dokonanym. Bogdan skontaktował mnie z Antkiem Macierewiczem i on mi przekazywał te bibułki, a je rozmnażaliśmy potem. „Biuletyny” KOR-u. To był pewien początek. Trzeba było stworzyć cała bazę. Taką pewną ciekawostką było to, że stworzyliśmy taką bazę przerzutową dla sprzętu poprzez akademik w Dreźnie, w którym spotykaliśmy to się nazywało wtedy przedstawicieli  ruchów narodowo-wyzwoleńczych i tam Viet-kong, Tupamaros, no i w tym wszystkim mała komóreczka polskich antykomunistów znalazła. To jest cała historia i właśnie powiem Państwu w Dreźnie zrodził się pomysł oficyny wydawniczej. Spacerowaliśmy wtedy z Witem Wojtowiczem i Piotrem Jeglińskim po Galerii Drezdeńskiej i mieliśmy w trakcie powielenia „Zapis” pierwszy numer „Zapisu” w ilości 400 egzemplarzy i zastanawialiśmy się no trzeba jakoś nazwać oficynę, która to wydaje i wtedy wpadliśmy na pomysł, żeby to się nazywała Nieocenzurowana Oficyna Wydawnicza. Pomysł zrodził się w Dreźnie. 400 egzemplarzy, które przekazałem Stefanowi Starczewskiemu w całości cały nakład trafił do Warszawy i z Warszawy to były względy konspiracyjne i z Warszawy był rozprowadzany między innymi trafiał do  Lublina. Znalazłem kiedyś pod ławką na seminarium u profesora Kłoczowskiego Danka Kuroniowa moja koleżanka ze studiów pod ławką mi pokazywała ten pierwszy numer „Zapisu”, który z Warszawy przywiozła.

 

[Głos z sali - Ale wtedy nie nazywała się Kuroniowa jeszcze.]

 

Janusz Krupski

Wtedy nazywała się Filarska i to się zgadza no tak oczywiście. Proszę państwa padły pytania o pieniądze. To jeszcze dwa zdania kto ufundował ten pierwszy numer „Zapisu”, bo nie mieliśmy na to pieniędzy, nie było pieniędzy. Pierwsze pieniądze musieliśmy zdobyć sami. Otóż ten numer został wydrukowany jak również „Komunikaty KOR-u” z pieniędzy, które przekazała mi moja matka – wieśniaczka, cztery klasy szkoły podstawowej na mieszkanie. Uznałem, że lepiej to znaczy na wkład na mieszkanie M3. powiedziała, jesteś dorosły chciałabym  żebyś sobie kupił mieszkanie nie kupił to był wkład pamiętacie Państwo to były te uznałem, że lepiej to wydać na papier i denaturat bo to pachniało i (oklaski)

 

Andrzej Paczkowski

Dziękuję. Jan Waszkiewicz – proszę.

 

Jan Waszkiewicz

Proszę państwa „Biuletyn Dolnośląski” był późną inicjatywą w porównaniu do tego o czym mówimy. W maju 1979 roku, powstał Klub Samoobrony Społecznej we Wrocławiu, jako taka regionalna odrośl, Komitetu Samoobrony Społecznej. Założyli go głównie działacze SKS-u. Było kilka starszych osób w tym gronie, ale też muszę powiedzieć, że z wyjątkiem Ludwika Werle nie paliliśmy się do ujawniania naszych nazwisk i adresów. Powodowała nami raczej chęć zachowania prywatności niż lęk przed represjami. Niemniej faktem jest że trzon Klubu stanowili studenci. Na pierwszym posiedzeniu, które miało miejsce 3 maja, podzieliliśmy funkcje i ja wziąłem się za redagowanie „Biuletynu” między innymi dlatego, że jako naukowiec, miałem trochę więcej wprawy - cos już redagowałem, więcej pisałem… Było wiec dość naturalne żebym to robił tym bardziej, że młodzi ludzie byli potrzebni do czego innego - do siedzenia w areszcie, do pisania po płotach, do rozdawania ulotek i całego szeregu innych rzeczy, które wspaniale robili. Pierwszą redakcję, a raczej jej trzon (bo zapleczem był cały klub) stanowiły trzy osoby: Janusz Łojek, wspaniały młody człowiek, który zmarł w październiku 1979, zmarły w 1981 roku Henryk Lis, człowiek, który był w konspiaracji niepodległościowej walczył jeszcze po 44 roku i kilka lat spędził w więzieniu stalinowskim, moja osoba i też nie żyjący już Piotr Starzyński, który wziął na siebie technikę. Oficyna wydawnicza, która wydawała „Biuletyn” nazywała się „Wyzwolenie”, ale nie wynikało to z niepodległościowych inspiracji, ale z jakichś hipisowskich czy buddyjskich – to właśnie był Piotr Starzyński i jego środowisko. Wspominam o tym, bo geneza opozycji była bardzo różnorodna, różne osoby, różne środowiska spotykały się ze sobą i jakiekolwiek zawłaszczenia są po prostu nie na miejscu.

We Wrocławiu wychodziły już pewne pisma. Było studenckie „Podaj dalej”, „Wolne słowo” Ruchu Praw Człowieka i Obywatela… Były to skromne wydawnictwa. „Biuletyn” też miał być skromny - miał być lokalną wersją „Biuletynu KSS”, ale prędko, właściwie już przy pierwszym numerze, zderzyliśmy się z tym, że właściwie nie mamy czym wypełnić całego numeru. Informacji to myśmy mieli bardzo niewiele. Opozycja była na Dolnym Śląsku w porównaniu z tym co tu słyszę o dużych środowiskach inteligenckich, nazwijmy rzecz po imieniu - wiotka. Toteż i informacji o jej działaniach nie było wiele.

Na jesieni drogi „Biuletynu” i Klubu zaczęły się rozchodzić. Pierwszym impulsem był taki dramatyczny moment, kiedy prawie wszystkich członków Klubu Samoobrony, właśnie tych jawnie działających studentów, wsadzono, Janusz zmarł i „Biuletyn” trzeba było robić innymi siłami. Wtedy właśnie odwołałem się do pomocy Kornela Morawieckiego, a od grudnia redakcje stanowiły trzy osoby Kornel, ja i Romek Lazarowicz, którego tutaj nie ma. Drogi redakcji i Klubu rozjechały się również ideowo, bo troszeczkę żeśmy się różnili w poglądach. Takim dramatycznym momentem był grudzień 1979, kiedy „Biuletyn Dolnośląski” postanowił przywitać oświadczeniem inwazję wojsk radzieckich na Afganistan. Tekst, był przygotowany głównie przez Kornela, który potem jeździł z nim po całej Polsce i nie mógł znaleźć kompanów do tej awantury. Wszyscy byli zwolennikami tezy, że wielkiego sowieckiego niedźwiedzia nie należy drażnić i że Afganistan to nie jest nasza sprawa. W końcu jedynie redakcja „Biuletynu Dolnośląskiego” podpisała protest przeciwko tej bezczelnej działalności Armii Czerwonej.

Trzon, tych którzy pisali do „Biuletynu” nie był liczny i niekiedy numery musieliśmy wypełniać w dużej mierze własnymi siłami. Różne osoby żeśmy za guzik szarpali żeby coś napisały. Potem pismo jakoś wyrobiło sobie swój własny rynek i napływały teksty z różnych źródeł. Czasem nie znaliśmy nawet autorów, bo szło to do nas jakimś takim łańcuszkiem św. Antoniego.

Czy otwieraliśmy jakieś nowe tematy? Na pewno trzeba wspomnieć ten wątek afgański  Prowadziliśmy ważne debaty. Na przykład była debata „Polska w Europie”. Myśmy (ja jako W.J., prof. Duda jako Światowid i inni) na Dolnym Śląsku, wiosną 1980 roku - mam tu majowy numer, w którym się ta debata zaczęła - spierali się, czy po odzyskaniu niepodległości przyjąć wizję bezpośredniego łączenia się z Zachodnią Europą czy też przyjąć wariant zbratania się z innymi krajami, które są w podobnej sytuacji. Przy tym kluczowym wydawało się pojednanie z Ukraińcami, bo jako pewien precedens widzieliśmy pojednanie niemiecko-francuskie. Proszę Państwa myśmy taką księżycową debatę prowadzili! Nawet tacy mądrzy ludzie jak Stefan Kisielewski stukali się w czoło, co my tutaj wyprawiamy, że gadamy na takie tematy. Musze powiedzieć, że nie tak dawno wyszedł tom „Polskie wizje Europy w XIX i XX wieku” wydane przez niemieckiego badacza Petera Oliviera Loeba no i dokumentując różne wizje Europy zamieszczają oprócz opracowania PPN właśnie jeden z felietonów z „Biuletynu Dolnośląskiego”. A więc tego typu debaty toczyły się u nas.

Jeszcze jedna bardzo ważna kwestia. Nas nie stać było na prowadzenie wielkich wojen między różnymi odłamami opozycji. Nas była garstka. Jedni byli w TKN-ie, inni w Klubie Samoobrony Społecznej, w ROPCiu, w KPN, a wszystkich razem nie było zbyt wielu. Wrocław miał swoja radę jedności. Spotykaliśmy się co jakiś czas pod kierownictwem profesora Bolesława Gleichgewichta w mieszkaniu u profesor Chamcówny no i rozmawialiśmy ze sobą. „Biuletyn Dolnośląski” był reprezentowany jako osobne środowisko tym bardziej, że trzeba ddodać tutaj słowo o nakładach. Pierwszy był skromny - 500 egzemplarzy, a tuż przed Sierpniem doszliśmy do 2500 egzemplarzy 36-stronicowego „Biuletynu”.

Muszę też przyznać, że naszą obsesją było to, że skoro napisaliśmy że „Biuletyn” jest miesięcznikiem, to ma się on ukazywać raz na miesiąc. I rzeczywiście było to jedyne pismo podziemne, które nawet pomimo wpadek i innych problemów, ten miesięczny rytm zachowywało. To była obsesja redakcji i tych którzy technicznie za to odpowiadali, Piotra Starzyńskiego, a później Kornela Morawieckiego. Mieliśmy też dwustronny dodatek satyryczny. Ale co chcę powiedzieć.

Stałą troską „Biuletynu” było to co można nazwać budowaniem społeczeństwa obywatelskiego, tylko tego tak myśmy nie nazywali. Ale było hasło niezależnej działalności społecznej i w nawiązaniu do niego opisywaliśmy wszystko ,co się działo - to znaczy nie tylko wszystkie te ruchy, które były przywolane, ale też szukaliśmy różnych przejawów niezależności w oficjalnym życiu. Pisaliśmy więc o jakichś ciekawych akcjach oficjalnego harcerstwa, o działalności KIK-u i Dniach Kultury Chrześcijańskiej, które były oficjalnymi imprezami chociaż nie lubianymi przez władze. Pisaliśmy też na przykład o fermencie w legalnych związkach zawodowych (o tym się nie mówi, ale na wiosnę roku 1980 w bardzo wielu związkowych organizacjach doszło do regularnego buntu i rzeczywistych oddolnych wyborów. Tak było na mojej Politechnice, ale tak było też w różnych innych miejscach. Coś już wiosną 1980 roku się działo). Myśmy to wszystko starali się opisywać, żeby ludziom stawiać przed oczami taką możliwość: „Nie musisz być bohaterem ale w tym miejscu gdzie jesteś możesz być trochę bardziej niezależny”. Taka była nasza filozofia.

Z innych rzeczy wspomnę dodatki, które cieszyły się u odbiorców dobrym przyjęciem. Był dodatek poświęcony problemom polsko-żydowskim, polsko-ukraińskim, polsko-litewskim. To były osobne broszury. I ostatnia rzecz. Jeśli mowa o zagranicy mieliśmy jedno osiągnięcie niewątpliwe regularnego radzieckiego korespondenta, który dostarczał nam stale swoich komentarzy. Pod pseudonimem Sidorow skrywał się obecny wśród nas prof. Nikołj Iwanow. (oklaski)

 

[AP – Mamy pięć minut. Otwieram dyskusję. Eugeniusz Smolar.]

 

Dyskusja:

Eugeniusz Smolar

Nadmierna skromność panuje na tej sali. Jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, że ci wszyscy, którzy pracowali w ruchu wydawniczym, zwłaszcza na początku, oceniali swoje wysiłki z punktu widzenia liczby egzemplarzy, najpierw przepisanych, później powielanych a jeszcze później drukowanych w podziemiu. Nie zapominajcie jednak o Radiu Wolna Europa, a i – w mniejszym stopniu – o BBC. Pojedyncze egzemplarza, które docierały na Zachód były czytane przez „Wolną Europę”. Jak nazywaliśmy to w języku radiowym, na penetrację umysłów, na znajomość nazwisk i tytułów, na zapamiętywalność treści, wpływało to, że audycje były powtarzane w ciągu jednej tygodnia kilkanaście razy. Całe niemal numery „Biuletynu Informacyjnego” były czytane na antenie in extenso, nie mówiąc o poszczególnych informacjach czy oświadczeniach, które docierały wcześniej. BBC mniej ze względu na inny swój charakter i ilość czasu antenowego, niemniej ta praktyka oznaczała, że ludzie w Polsce na masową skalę dowiadywali się o treści artykułów „Zapisu” czy innych pism, także np. „Spotkań”. Całe książki były czytane przez „Wolną Europę” i przez BBC. To też trzeba brać pod uwagę.

Pro domo sua, wydawaliśmy kwartalnik „Aneks”, ale jeszcze dwa inne pisma. Alik zaproponował i wydaliśmy na Zachodzie wszystkie numery „Krytyki” i „Res Publici”. Niezależnie od numerów „Zapisu”, który dla zapewnienia bezpieczeństwa, to nie myśmy formalnie wydawali, choć my zajmowaliśmy całym procesem edytorskim i zapewnieniem finansowania. Podjęło się tego pismo „Index on Censorship” i jego redaktor naczelny, Michael Scammell, który to sobie niesłychanie cenił i pozdrawia wszystkitch uczestników konferencji. Przeciętny nakład przedruków wynosił 2000 egzemplarzy, z czego około 300-400 sprzedawaliśmy na Zachodzie w prenumeracie i poprzez księgarnie. Tysiąc kupowała jedna z fundacji amerykańskich, pozostawiając egzemplarze w rękach naszych czy księgarni polskiej na Zachodzie. Można powiedzieć, że z każdego nakładu tych pism około 1500 egzemplarzy bez większych wpadek lądowało w Polsce.

A na marginesie zaznaczę, że drugi powielacz został przez Piotra sprywatyzowany na rzecz „Spotkań”, bo myśmy nie wiedzieli, że NOWA przeniosła się już do Warszawy. A powielacz miał trafić do Mirka Chojeckiego… (śmiech)

[AP - Dziękuję. Kazik Wóycicki.]

 

Kazimierz Wóycicki

Ja chcę zwrócić uwagę na jedną rzecz, że ta prasa stworzyła opinię publiczną. W tym sensie, że przecież nawet tutaj w języku panelistów, ale wtedy przecież te różnice polityczne były bardzo poważne pomiędzy poszczególnymi organami. Pamiętam jak Janusz wydał pierwsze numery „Spotkania” to w Warszawie była taka ach czy to nie ci nacjonaliści z tego Lublina i tak dalej. Między „Głosem” i „Biuletynem” była i konkurencja kto więcej wyda, a jak to będzie wyglądało, przecież co o sobie opowiadano to opowiadano okropne rzeczy. Ale jedno, że byliśmy wszyscy razem i to żeśmy wiedzieli. Ja myślę, jak dzisiaj słyszę te spory, że jest okropna polityka wszyscy na siebie psioczą a tam myślę, że myśmy też na siebie psioczyli tylko było zrozumienie pewnej wspólnoty. Nie wiem jak się mówi o przeszłości warto pamiętać o przyszłości to też jest jakaś przesłanka i bardzo istotna rzecz. Wtedy powstawała opinia publiczna i ona była od samego początku bardzo spluralizowana. I to zawdzięczamy właśnie bibule. Bo to w rozmowach salonowych się nie dało uzyskać, bo w salonie można się tylko pokłócić okropnie natomiast jak się dyskutuje na piśmie to to przybiera zupełnie inne formy. I to była ogromna, szalenie ważna funkcja bibuły. I druga uwaga. Ja zajmuję się historią NRD. I jestem zawstydzony, że ten gigantyczny ruch bibuły w Polsce nie ma reprintów. Myśmy nie wydali reprintów. Myśmy nie wydali wyboru. Niemcy to wszystko zrobili i niedługo tak, i oni będą mieli rację, że to oni obalili blok, a nie my, no bo jak my nie dbamy o własne (oklaski) no to tak się stanie. Tutaj zresztą siedzi szalenie zasłużony kolega nasz przyjaciel Ludwik Melhorn, który robił bibułę w NRD więc z całym szacunkiem dla tego co oni robili ale myślę, że ten wielki ruch zasługuje dzisiaj na znacznie szersze badania historyczne i wydawnictwa i no żeby …

Seweryn Blumsztajn: No ty jesteś w IPN to zamiast wydawać te pieniądze na szukanie agentów to to wydajnie do cholery…

Kazimierz Wóycicki: Pomyślę (śmiech).. Wiesz ja myślę, że po pierwsze IPN takie rzeczy robi, po drugie uwaga twoja jest polemiczna z tymi szukaniami agentów, bo uważam że agentów należy szukać, Sewek, i to zdecydowanie.

 

[Andrzej Paczkowski - Dziękuję bardzo. Bogdan Borusewicz.]

 

Bogdan Borusewicz

Ponieważ Janusz nie zdążył powiedzieć nic o “Spotkaniach” (śmiech, oklaski) bo nie daliście mu  na to czasu , chciałbym zwrócić uwagę na to pismo i na jego linię.

[Andrzej Paczkowski - Masz dwie minuty.]

 

Bogdan Borusewicz

Dobrze. Było to pismo uważane za katolickie ponieważ związane było z KUL-em. Pismo, którego pierwszy numer poświęcony był przede wszystkim stosunkom polsko-ukraińskim. Kwestię stosunków polsko-żydowskich też poruszało więc  nie zrealizowały się niektóre oczekiwania, że będzie to pismo nacjonalistyczne.

Teraz chciałbym powiedzieć trochę o powielaczach. Pierwszy powielacz w 1975 roku został przywieziony do Czechosłowacji przez Piotra Dyka (Gdańsk, późniejsze RMP) a do Polski został przeniesiony przez Tatry przez Mariana Piłkę i kogoś jeszcze, może Olka Halla. Kiedy przenosili ten powielacz, to Marian Piłka był wtedy po raz pierwszy w górach. Był w półbutach, garniturze, a musieli nocować w górach i o mało nie zamarzli , bo temperatura spadła gdzieś do zera. Nie wiem jak oni przeszli przez te góry. Powielacz, który przenieśli, (był to powielacz farbowy), przekazany został Andrzejowi Czumie. Pierwszy numer “U progu” był robiony właśnie na tym powielaczu.

W 1976 roku przez pewnego człowieka z Krakowa, który miał związki rodzinne z rodziną Piłsudskich, został przywieziony do Gdańska powielacz spirytusowy. Trafił on  do Krzysztofa Wyszkowskiego. Powielacz ten kupiła córka Piłsudskiego. Czyli wyjaśniliśmy tutaj prawo własności do powielacza i częściowo też do historii. Chciałem tylko zaznaczyć, że tego typu inicjatywy były podejmowane dość wcześnie. Po dyskusji u Jacka Kuronia postanowiliśmy z Januszem Krupskim, że, my uruchomiamy ten powielacz.

[Andrzej Paczkowski: Dziękuję bardzo.]

 

Seweryn Blumsztajn

Ad vocem. Ja tylko chciałem powiedzieć, że nurt patriotyczny bardzo dzielnie sobie z tym poradził, natomiast jednak w naszych czasach pierwszy powielacz o którym słyszałem to był dostarczony przez trockistów i był on jednym z zarzutów w procesie Kuronia i  Modzelewskiego w 1964 roku. 1965. Natomiast nikt nie wie gdzie on był kto na nim cokolwiek wydrukował i tak dalej ale był.

[Andrzej Paczkowski: Piotr Jegliński - proszę bardzo.]

 

Piotr Jegliński

Ja tylko się chciałem cofnąć  tutaj, bo wiele osób może sobie wyobrazić, jak Janusz powiedział no spacerowaliśmy po galerii drezdeńskiej. No ja przyjechałem z Paryża trzeba to sobie jasno powiedzieć, i czułem się jakbym już dostał wyrok, prawda, bo wjazd do DDR-u, nie było pewne czy ja z tego DDR-u wyjadę z powrotem do tego Paryża. I dlaczego ta galeria. Dlatego, że to było jedyne miejsce gdzie można było w tłumach ludzi swobodnie tam rozmawiać. Bo przecież DDR to było państwo policyjne, na każdym rogu stali gdzieś agenci i tak dalej. I w tym akademiku, to był akademik Technische Schule, gdzie mieszkali absolwenci uniwersytetu imienia Lumumby. Ja sobie wtedy myślałem, wjadę między innymi i różni rewolucjoniści tak jak Janusz mówił myśmy o tym nie wiedzieli wcześniej i kiedy ja przyjechałem do Drezna, to postanowiłem sobie, myślę, to i tak nie wrócę żywy to wziąłem dwie walizy książek powielacz właśnie i tam pojawił się Janusz. Ja to rozpakowywałem w tym pokoju on bladł i mówił czyś ty oszalał jak my to przewieziemy. Ja mówię jakoś to się zorganizuje. To ściągaj chłopaków. I ja siedziałem tam no nie wiem cztery czy pięć dni i potem mówie no dobrze a przywieźliście coś? Chodziło o jakieś ”Komunikaty KOR-u” przecież ja wracam i trzeba to od razu do  „Wolnej Europy”. To był też wtedy jeden z kanałów przerzutowych sprzętu. Ale jeszcze chciałem powiedzieć o czym Bogdan zapomina. W 1972 roku udało mi się tu Janusz wspominał chcieliśmy zrobić skok na powielacz w Lublinie, ale zrezygnowaliśmy, udało mi się dostać do biblioteki ZBOWiD-u. I tam ukradłem trzydzieści pare książek oczywiście cenę zapłaciłem wysoką bo znowu musze powiedzieć: alkohol. Ubek, który pilnował tej biblioteki, który został mi zaprezentowany przez jakiegoś tam AK-owca pił. Jas przyszedłem z flaszką. Koledzy mnie instruowali jak się mam zachować. Wziąłem wyniosłem trzydzieści parę książek wtedy Herlinga-Grudzińskiego i inne. Z Bogdanem Borusewiczem sfotografowaliśmy te książki i pierwszą książę w 1972 czy 1973 roku którą żeśmy sfotografowali to była książka po francusku profesora Zawodnego Katyn. Masacre dans le foret. I to było9 tak że ktoś kto chciał mieć egzemplarz to musiał nam dać pieniądze na papier. I dystrybucja odbywała się w toalecie KUL-owskiej, tureckiej, gdzie nie było widać człowieka, ale były szpary przez które się przekazywało. Ja pamiętam, że przez ciekawość chciałem zobaczyć bo zobaczyłem jakiś taki mankiet staromodny to domyśliłem się, że to jakiś profesor wziął od nas, ale to takie humorystyczne rzeczy. Natomiast jeszcze chcę tu dodać ten pierwszy numer materiały ukraińskie ja nawiązałem kontakt od razu z Ukraińcami bo uważałem że ta walka musi dotyczyć całego regionu oczywiście wtedy jak ja mówiłem różnym kolegom, że z Ukraińcami mamy kontakt to wszyscy Boże to KGB się wami zajmie nie róbcie tego i tak dalej. Zresztą to samo wybitni przywódcy emigracji mi też mówili Piotr uważaj, bo to są spenetrowane środowiska. I chyba w pierwszym numerze „Spotkań” był taki tekst ukraiński, zresztą a myśmy mieli z Ukraińcami bardzo dobre stosunki, ja poszedłem na setną rocznicę śmierci atamana Petlury z Joasią Jaraczewską  ale Ukraińcy nas nie chcieli wyrzucili nas stamtąd. To tytle.

 

Andrzej Paczkowski

Panie Piotrze - bardzo przepraszam, nie grozi wprawdzie KGB, ale uczestnicy następnego panelu nas zamordują za kradzież ich czasu.

 

Piotr Jegliński

Więc przepraszam, ale tu jeszcze Bogdanowi dodam że ten powielacz ja przekazałem przez Joasia miała jakiegoś Kanadyjczyka, który do Polski przyjechał. I chciał to wyrzucić do kosza i to można napisać książkę na ten temat. (oklaski)

 

Andrzej Paczkowski

To trochę przypomina Zjazd „Solidarności”, na którym też była kłótnia o to kto komu jaką maszynę zabrał. Proszę Państwa - dziękuję panelistom, słuchaczom i dyskutantom. Myślę, że ten kawałek historii został ciekawie opowiedziany. Ogłaszam przerwę.

 

[Konrad Bieliński: Proszę Państwa ja już nie jestem panelistą; przerwy tylko trzy minuty. Punkt jedenasta rozpoczynamy następny panel. Niestety nie możemy nic. Proszę Państwa dwa ogłoszenia, które są ważne dla wszystkich uczestników konferencji. Po pierwsze ja chciałbym żebyście posłuchali ponieważ później będziecie pytać o to. Mianowicie my mamy książkę nowe wydanie Jana Józefa Lipskiego łącznie z komentarzami nowymi  z dużym wstępem Andrzeja Friszke i ta książka jest do odebrania w recepcji, wyłącznie dla uczestników konferencji, którzy przyjechali spoza Warszawy i to nie chodzi o Piaseczno tylko to chodzi o inne regiony Polski. Wszyscy uczestnicy pozostali zawiadomimy internetowo i e-mailowo będą mogli tą książkę odebrać za kilka dni jak dostaniemy z drukarni na ulicy Foksal. I druga sprawa mianowicie dzisiaj o godzinie 19 dla wszystkich uczestników zarejestrowanych konferencji jest czynny klub w restauracji przy Teatrze Buffo czyli na ulicy Konopnickiej. Kto miał być ochotę przyjść, posiedzieć, pogadać z innymi lub tylko pomyśleć i popić prosimy. To jest przy Wiejskiej, przy sejmie za Hotelem Sheraton.]