[Dyskusja panelowa:

Droga do Solidarności - KOR wśród robotników i rolników

Prowadzący: dr hab. Andrzej Friszke

Uczestnicy: Bogdan Borusewicz, Wiesław Kęcik, Jan Lityński, Witold Łuczywo, Jan Witkowski

 

Głosy w dyskusji:

Katarzyna Krasoń

Tadeusz Kensy

Henryk Wujec

]

 

Andrzej Friszke

Nasza obecna sesja dotyczy bardzo ważnego okresu działalności KOR-u. Każdy jest ważny można powiedzieć, ale ten spowodował wielkie zmiany polityczne. Temat jest rzadko omawiany i mniej chyba znany, więc bardzo Państwa zachęcam do udziału a później do dyskusji. Od razu zasady określam tak jak przy wszystkich innych sesjach, to znaczy 10 minut wypowiedzi w dyskusji. Może będzie mniej czasu, zobaczymy jak będziemy z czasem, nie chcę niczego przesądzać.

Proszę państwa, minimalny wstęp, bo wszystko co ważne powiedzą paneliści. Chciałem tylko przypomnieć, że Komitet Obrony Robotników powstał dla obrony robotników, aktywność była skierowana ku środowisku robotniczemu, zrozumiałe więc jest, że kiedy te podstawowe, elementarne cele KOR-u zostały spełnione. trwała kontynuacja działalności w środowisku robotniczym. Formą tej działalności przede wszystkim stało się pismo „Robotnik”, które wychodziło od września 1977 roku. Chciałbym rozpocząć tę rozmowę oddając głos Janowi Lityńskiemu, który był redaktorem tegoż pisma i zapytać o formułę pisma, o jego cel wtedy zakładany, o linię redakcyjną. Bardzo proszę.

 

Jan Lityński

Dziękuję bardzo. Jak powiedział Andrzej Friszke „Robotnik” wyrastał bezpośrednio z akcji pomocy. Ja trafiłem do akcji pomocy dzięki Romaszewskim, Zofii i Zbigniewowi Romaszewskim, którzy już wtedy mieli taką ideę, że trzeba rozszerzać akcję pomocy o próby organizowania robotników. I nasze kontakty pomocowe próbowaliśmy zamienić w kontakty organizacyjne. Właściwie takie spotkania robotników z Radomia i z Ursusa. My to znaczy Heniek Wujec, Grzegorz Boguta, który zajmował się kontaktami ze Zbroszą, ja i jeszcze kilka innych osób. Te kontakty były nieudane. Chociaż bywali na nich bardzo ciekawi ludzie. Ja pamiętam tam był Krzysztof Wolicki, Janusz Szpotański, byli artyści, ale te kontakty były nieudane z tego powodu, że natychmiast potem wkraczała bezpieka i tych ludzi, którzy przychodzili na spotkania, tych robotników, straszyła. A było to po okresie ogromnych represji, ci ludzie też byli na ogół represjonowani. Większość z nich, więc to straszenie było niezwykle skuteczne.

Stąd powstała w pewnym momencie, chyba jeszcze przed zabójstwem Staszka Pyjasa i aresztowaniami, idea aby wydawać pisemko dla robotników, gazetę. A potem wkroczył Wojtek Onyszkiewicz ze swoją taką wizjonerską ideą. Wojtek w ogóle miał wtedy taki okres wizjonerski, to było już po amnestii po wypuszczeniu wszystkich z więzienia, że to nie może być jakiś pisemko, gazetka to musi być pismo. To musi być coś poważnego dlatego że jeżeli mamy dotrzeć do tego środowiska to musi być coś poważnego. Oczywiście nie mogło się odbyć bez dyskusji z Jackiem, przy czym Jacek był dosyć sceptyczny do tego, aczkolwiek podobała mu się sama idea która mówiła o tym żeby zamiast tworzyć organizację stworzymy pismo, które zastąpi organizację. Dystrybucja tego pisma, kolportaż zastąpi organizację, jednakże był bardzo sceptyczny, że będziemy mieć dostateczną ilość materiałów, żeby wydawać pismo co dwa tygodnie, ale jak to Jacek powiedział jeżeli są jacyś ludzie którzy chcą to robić to róbcie i jeżeli będziecie dobrze to robić to wam to wyjdzie i jak to często bywało Jacek miał rację . Oczywiście Jacek nie zawsze miał rację, Myśmy się z Jackiem wielokrotnie kłócili. Jacek wielokrotnie przyznawał innym rację bo tym się charakteryzował że umiał komuś przyznać rację. gdy go ktoś przekonał.

No więc powstała gazeta. Gazeta, której nazwa była dosyć oczywista. „Robotnik”. Dlaczego „Robotnik”? „Robotnik” dlatego, że całe to nasze doświadczenie z akcji pomocy docierania do tych rodzin robotniczych do tych ludzi pokazywało że ci ludzie w PRL-u są stłoczeni na najniższy szczebel. To są robole nie robotnicy. Robotnikami stają się w momencie kiedy się buntują. Robotnikami stali się w Poznaniu ’56, w grudniu ’70, w czerwcu ’76. To wtedy oni stawali się robotnikami. Uzyskiwali tą siłę, że potrafili zmieniać Polskę. Zmieniać Polskę, ale ich sytuacja pozostawała niezmieniona. Ciągle pozostawali na tym najniższym szczeblu. I stąd idea „robotnik” jako ten człowiek który się buntuje, który się organizuje – przeciwieństwo PRL-owskiego robola. Bo to co dla nas było przerażające, ci ludzie nawzajem siebie nie znali. Pracowali przy jednym warsztacie pracy, rozchodzili się, co najwyżej pili ze sobą wódkę, potem się rozchodzili, nie znali swoich adresów, nie znali swoich nazwisk. Nie było żadnego środowiska. „Robotnik „ to było właśnie to środowisko które chcieliśmy stworzyć środowisko świadomych ludzi, świadomych tego kim są. Oczywiście, jeżeli się mówi „Robotnik”, to musi się wrócić do tego, że „Robotnik” był pismem PPS-u. I dla nas to było ważne. Myśmy już wtedy nie uważali siebie, a niektórzy nigdy z tych, , nie uważaliśmy siebie za socjalistów. Kiedy Jacek nam proponował kilka lat później założenie PPS-u wspólnie z ludźmi, którzy byli jakby depozytariuszami tradycji PPS-u jak Ludwik Cohn, Aniela Steinsbergowa, Edward Lipiński, myśmy z Heńkiem zdecydowanie wtedy odmówili. Dlatego że myśmy wtedy uważali że tworzymy pewien ruch natomiast nie chcemy przypisywać się do niczego politycznie. Niewątpliwie, że przyjęliśmy nazwę „Robotnik” to była świadoma decyzja do nawiązania do niepodległościowej tradycji PPS-u do czego później bardzo często nawiązywaliśmy w „Robotniku” różnymi artykułami nie będę ich wymieniał ze względu na brak czasu. I od razu w pierwszym numerze mieliśmy ogromną dyskusję czy mamy powiedzieć o niepodległości czy nie. Te głosy rozkładały się różnie we wspomnieniach na pewno będą różne, o ile pamiętam, że Heniek był przeciwko napisaniu, że dążymy do niepodległości, Helena i ja byliśmy za tym, te podziały nie wynikały chciałbym bardzo wyraźnie podkreślić z różnic ideowych wynikały z myślenia jak najlepiej dotrzeć, jakim konkretem najlepiej dotrzeć. I Heniek uważał, że wprowadzenie tego na wyższy szczebel spowoduje to, że zginie konkret. Ostatecznie to dążenie do niepodległości wstawiliśmy ale ona pojawiała się w piśmie odświętnie, przy pewnych rocznicach, przy omawianiu pewnych zagadnień historycznych. Wtedy pojawia się niepodległość. Normalnie decydował konkret. Staraliśmy się wymyślić jakiś język.. Ludka i Henryk Wujec, Helena i Witek Łuczywo, Irena Wóycicka, Darek Kupiecki, i potem doszli Zbyszek i Ola Saratowie, Witek Sielewicz, Mietek Książczak, Andrzej Zozula, chyba nikogo nie pominąłem. Oczywiście to był zespół, który robił „Robotnika” ale ludzie którzy pracowali na rzecz „Robotnika” to był oczywiście krąg znacznie szerszy. Od początku pismo podpisywał Bogdan Borusewicz, ja i Wojtek Onyszkiewicz, który dość szybko przestał pracować razem z nami, natomiast był niezwykle ważny dla założenia „Robotnika”. Szybko doszedł Józek Śreniowski. Przez pewien czas podpisywał też Józef Ruszar, który odszedł z redakcji kiedy pojawił się Franciszek Grabczyk. Podpisywaliśmy za zespół redakcyjny, co nie było tożsame z faktyczną redakcją. Chodziło o to by ludzie, którzy podpisują podawali swoje adresy i to byli ludzie, do których można było się zgłosić. Janek Witkowski opowie o Szczecinie co mnie zwalnia o opowiadaniu o Szczecinie. Ja powiem tylko tyle, że takim pierwszym nazwiskiem w stopce redakcyjnej w Szczecinie był Stefan Kozłowski. Dążyliśmy do stworzenia języka który powinien być mówiąc krótko bardzo prostym, ale nie mógł być językiem prostackim. Informacje miały być pewne i sprawdzone i za to gwarantowaliśmy jakby naszymi nazwiskami. Oczywiście musze powiedzieć bardzo wyraźnie: bez Ludki i bez Heleny „Robotnika” to by nie było. I bez Heńka. Prawdopodobnie każdy z nas mógłby być zastąpiony a te trzy osoby niewątpliwie niezastąpione. I ja mam wrażenie, że kiedy patrzymy się na tę historię „Robotnika” to można ją podzielić na kilka faz. Pierwsza faza to jest do roku 1978 raczej bardziej do 1979. Przy czym o technice będzie mówił Witek więc zwalnia mnie od tego. Technika była bardzo ważna bo czytelność pisma jak to powiedział kiedyś Jakub Karpiński sposób wydawania pisma jest równie ważny jak jego treść także poprawianie grafiki było niezwykle ważne. Natomiast do tego roku do 1978 roku czy 1979 poza Gdańskiem i Szczecinem mieliśmy do czynienia z ludźmi którzy się do nas zgłaszali, których ja bym nazwał takimi dysydentami ze środowiska robotniczego, ludźmi którzy w środowisku robotniczym byli słabo osadzeni natomiast byli przeciwnikami PRL-u. Ale oni docierali do robotników, ale nie byli liderami robotników. Wiele ludzi docierało do nas także z Biura Interwencyjnego Jurek Grzebieluch, z Biura Interwencyjnego ponieważ był pokrzywdzony a następnie jeden z bardziej energicznych kolporterów „Robotnika”. W roku 1979 nastąpił moim zdaniem pewien istotny przełom do historyków należy dlaczego ten przełom nastąpił. Do historyków należy ocena było naprawdę przyczyną przełomu ale dla mnie dwa wydarzenia, które były nieomal równoległe o różnej wadze, ale dla działalności „Robotnika” powiedziałbym równie ważne. Jedną sprawą jest oczywiście Wizyta Papieża, która zmieniła tok myślenia ludzi. A drugie to jest Karta Praw Robotniczych. Nasze doświadczenia z wydawania przez ponad dwa lata „Robotnika” ujęliśmy właśnie w Karcie Praw Robotniczych. Tam o to były wielkie spory jak to napisać czy można zacząć tekst od wobec to niemniej ta karta powstała i podpisało się pod nią sto kilkadziesiąt ludzi i nawet gdy potem się okazało że niektóre z tych podpisów delikatnie mówiąc nieświadomymi to jednak okazało się, że dysponujemy pewną istną siłą bo dysponowaliśmy rzeczywiście wtedy taką siatką Ważnym moim kontaktem na Dolnym Śląsku był Jacek Pilichowski w Wałbrzychu, mówiłem o Szczecinie, Heniek miał kontakty w Lublinie, Heniek w ogóle jak mówiłem miał kontakty w całym kraju. Był Stefan Kawalec, który miał kontakty z Edwardem Zadrożyńskim w Grudziądzu, Zawiercie, gdzie byli Irek Maligłówka i Jan Łaszek. Te kontakty i doświadczenie i wszystkie teksty nasze teksty i naszą wiedzę mogliśmy sfinalizować w Karcie Praw Robotniczych. Nie wspomniałem o jednej osobie niesłychanie ważnej był to Władek Sulecki zmuszony do emigracji, człowiek bez którego nie istniał by Śląsk nie zaistniałyby Wolne Związki Zawodowe.

Ogromna większośc pisaliśmy sami, jednak w miarę rozwoju pisma zaczęliśmy szukać autorów z zewnątrz. To byli, wszystkich nie jestem w stanie wymienić, Jurek Zieleński, Wojtek Adamiecki, Staszek Barańczak, Piotr Wierzbicki, Staszek Tym. Już roku 1980 Ludce i Helenie udało się przłożyc dwa teksty Jadwigi Staniszkis na powszechnie zrozumiały polski język, co było duzym osiągnięciem redakcyjnym.

I teraz spory. Ja już o jednym sporze mówiłem, który nie miał charakteru ideowego ale miał charakter techniczno-strategiczny to ten spór czy niepodległość czy konkret. I drugi spór który również nie miał charakteru ideowego chociaż mu się to dosyć często to przypisuje myśmy do pewnego momentu nie wymieniali Wolnych Związków Zawodowych. Dlaczego? Dlatego, że wydawało nam się, że słowo związki zawodowe jest nierozłącznie związane z reżimem. Że związki zawodowe to jest cześć reżimu. I woleliśmy mówić nazwę reprezentacja robotnicza, odwoływaliśmy się także do tradycji to hiszpańskiej, komisji robotniczej. Oczywiście jak się patrzy teraz to był oczywisty błąd. Ale uważaliśmy że jeśli powstaną Wolne Związki Zawodowe i trafią na nieprzygotowany grunt to zakończą się tylko represjami. I kiedy Kazimierz Świtoń wspólnie z Władkiem Suleckim założyli pierwszy komitet Wolnych Związków Zawodowych trzyosobowy nawiasem mówiąc to nam to potwierdziło, że nie należy tego jeszcze robić dlatego że represje które spadły i na Świtonia i na Suleckiego, który w rezultacie został zmuszony do emigracji to jak gdyby udowadniały że myśmy mieli rację. I wtedy pojawił się Krzysztof Wyszkowski tutaj pewnie Bogdan będzie o tym mówił, z którym poszedłem do Jacka i on nas przekonał, że w Gdańsku już można założyć że gdańskie środowisko już jest dostatecznie odporne na SB i dostatecznie silne, że może siebie obronić. I myśmy stoczyli z Jackiem taką dość ostrą dyskusję z cała redakcją „Robotnika”. W rezultacie Krzysztof wyszkowski wyjechał z tekstem zakładającym Wolne Związki Zawodowe. Niestety Krzysztof Wyszkowski, który miał doskonałą ideę tą wielką ideę zamienił na drobne intrygi dlatego, że okazało się, że pierwsze wrażenie wspaniałe które on robi potem zamienia tylko na intrygi i bardzo szybko odszedł z gdańskich WZZ - tów, bo nie mógł znieść że Bogdan Borusewicz jest autentycznym autorytetem i że to Bogdan Borusewicz jest naturalnym liderem tego środowiska, a nie właśnie on. Resztę Państwo znacie nie będę o tym mówił. Także wydaje się, że w 1979 roku dojrzeliśmy do następnego kroku. No i tym następnym krokiem były strajki. Jeszcze przed strajkami już mieliśmy kontakty wówczas poza Szczecinem i Gdańskiem z takimi naturalnymi liderami robotniczymi. Czesiek Niezgoda, Zbyszek Bujak i Zbyszek Janas i Emil Broniarek w Ursusie. W całym kraju z naszego punktu widzenia powiedziałbym paradoksalnie strajki roku osiemdziesiątego wybuchły nieco za wcześnie aczkolwiek byliśmy dobrze przygotowani do obsługi tych strajków to znaczy myśmy mieli bardzo szybkie informacje bo cały ruch KOR-owski rozjeżdżał się po kraju i zbierał informacje o strajkach i dzięki naszym kontaktom „Robotnika” i kontaktom Biura Interwencyjnego. Z naszego punktu widzenia myśmy byli przygotowani do tego, żeby założyć w wielu miejscach Wolne Związki Zawodowe. No i wybuchł Sierpień i powstała „Solidarność” i już nie założyliśmy. Dziękuję bardzo. (oklaski)

 

Andrzej Friszke

Bardzo dziękuję i pozostajemy jeszcze w temacie „Robotnika”. Mamy tutaj obok siebie cudotwórcę poligraficznego Witka Łuczywo (oklaski) Ja bym chciał prosić żeby można powiedzieć słów kilka o technicznej stronie „Robotnika” a także o problemach związanych z kolportażem. To jest niezwykle interesujący temat i szalenie ważny, bo doprowadzenie tego pisma do ludzi było wielkim problemem i, jak wiemy, z badań w IPN bezpieka próbowała doprowadzić do tego, żeby uciąć te kontakty. Bardzo proszę.

 

Witold Łuczywo

Szczęśliwie mamy eksponat, więc będę mógł demonstrować na czym polegała technika druku. Zacznę od pewnego rysu historycznego. Otóż pierwszy numer „Robotnika” wydaliśmy na powielaczu spirytusowym na czterech kartkach papieru, ponieważ nie wszyscy może wiedzą , że na powielaczu spirytusowym nie można drukować dwustronnie. I właśnie dzisiaj Tomek Chlebowski mi przypomniał, że zszywał „Robotnika”. Ktoś na to powiedział, że „Robotnik” przecież nie był zszywany. Otóż cztery pierwsze numery „Robotnika” były zszywane. Ponieważ były drukowane na powielaczu spirytusowym. Pierwszy numer był drukowany przez „NOWĄ” myśmy tylko dostarczyli matryce, drugi na naszym powielaczu spirytusowym przywiezionym przez lewaków nie będę nawet podejrzewał czy to była grupa Bader-Meinhof czy jakaś inna ale na kilometr można było wyczuć, że to są jacyś terroryści. Na dodatek oczywiście ich przerzut był nagrywany od początku do końca przez milicję przez UB i powielacz wpadł razem z dwoma drukarzami obecnym tutaj Jurkiem Gereszem i niejakim Kiszką, który był właśnie tym konfidentem nagrywającym całą sprawę. Więc początki nie dość, że trudne jak tu mówił Jaś - bo mieliśmy kłopoty z formułą pisma to jeszcze trudne poligraficznie, ponieważ takie pismo: cztery kartki zszywane drukowane bladoniebieską farbą kompletnie się nie nadawało do kolportażu w środowisku robotniczym. Raz, że rzeczywiście duża objętość papieru, dwa że człowiek nienawykły do czytania nie był w stanie przebrnąć przez całe pismo. I wtedy szczęśliwie się złożyło, że pracowałem w Instytucie Chemii - tam wiele osób mi pomogło zbudować sito. I szósty numer „Robotnika” ukazał się już na sicie, przy czym ramka ta, którą tu Państwo widzicie to już jest bardzo zaawansowana technologia . Pierwsza ramka, (śmiech) pierwsza ramka nie miała tych wszystkich patentów - ja zaraz o nich powiem, jeżeli czas pozwoli (oklaski). Każdy z nich posuwał naszą pracę, to było osobne odkrycie, a tych patentów jest w tym urządzeniu parę. Pierwsza, to była bardzo prymitywna rama, prymitywna podstawa bez tej historycznej gumki. I drukowaliśmy to w mieszkaniu Eli Rogulskiej na szczęście mieszkanie było ogromne bowiem egzemplarze zadrukowywane zwykłą farbą nie schły. Trzeba było rozkładać je po całym mieszkaniu i czekać do następnego dnia, kiedy można było przewrócić na drugą stronę i drukować drugą stronę. Wtedy wpadliśmy na pomysł, żeby to posypywać talkiem aby szybciej schło ale nie dało się mieszkać w takim mieszkaniu bo unosił się talk, a poza tym wanna była kompletnie brudna, więc nie sposób było się umyć bo co chwila trzeba było zmywać tę farbę z sita. Aha jeszcze do obsługi trzeba było trzy osoby bo jedna układała tą ramę, przeciągała raklem farbę, ktoś unosił ramę jeszcze trzecia osoba wyjmowała papier. Szczęśliwie się złożyło, że brakło tej trzeciej osoby i musieliśmy sobie jakoś z Basią Felicką poradzić. Więc wtedy wpadłem na pomysł, żeby wbić gwóźdź w drugi koniec tej ramy i przywiązać gumką do majtek do uchwytu żyrandola. Spróbowaliśmy różnych gum: gum modelarskich, gum do kapeluszy gumka od majtek działała wspaniale, bo jak Państwo widzicie tłumi drgania i sito nie wpada w rezonans. (śmiech, oklaski)

Skończyłem na rezonansie. Teraz drugi koniec jest mocowany na rozbieralne zawiasy, co bardzo ułatwia mycie sita, poza tym ta linijka pozwala wyeliminować żyrandol w czasie drukowania i ona jest odkręcalna co bardzo ułatwia transport. Tutaj widzicie Państwo gąbki, które stabilizują papier w czasie druku i gąbki się sprawdziły fantastycznie, albowiem w czasie druku papieru ubywa a ich wysokość też się zmniejsza. No i teraz już tylko dwie osoby były potrzebne do drukowania. Może zademonstrujemy. Jedna przeciąga raklem farbę, a druga wyjmuje zadrukowaną kartkę. (oklaski) Ale ciągle jeszcze proszę Państwa jakość jest wyśmienita - proszę bardzo. Tutaj mamy egzemplarze do rozdania także proszę. Papier elegancki (śmiech) Ale proszę państwa ta guma sprawiała, że sito było odciągane mocno od papieru i mała ilość farby przechodziła na papier, więc szybciej schło. Natomiast, no jeszcze nie schło to tak szybko, żeby natychmiast można było drukować odwrotną stronę. I potem po dogłębnych studiach w dobrze zaopatrzonej bibliotece Instytutu Chemii Przemysłowej dokonałem następnego odkrycia - a mianowicie emulgator do farby, który powodował jej natychmiastowe schnięcie - to była początkowo pasta BHP później bardziej sprawdziła się pasta Komfort. Miało to jeszcze tę zaletę, że w drukarni unosił się miły zapach jakiejś perfumy. Proszę Państwa może dość żartów, może teraz powiem o nakładzie. Wtedy bodajże dziewiąty numer „Robotnika” kiedy już wdrożyliśmy te wszystkie patenty wydrukowany był w zawrotnej przyprawiający o zawrót głowy liczbie egzemplarzy a mianowicie około 2,5-3 tysięcy. W szczytowym okresie, to znaczy w sierpniu, lipcu tuż przed strajkami w Gdańsku wydrukowaliśmy maksymalny nakład to był 70 tysięcy egzemplarzy. Drukowały trzy ekipy drukarskie. Pierwszą z nich zorganizował obecny tu Andrzej Zieliński, drugą nieżyjący już niestety Teoś Klincewicz, a trzecią Witek Sielewicz. Natomiast chcę jeszcze powiedzieć, że nie tylko sam sposób druku, może jeszcze ktoś będzie badał z jaką szybkością drukujemy, bo rekord to był 500 egzemplarzy w 20 minut więc nie wiem czy jest do pobicia. Proszę państwa przełomem było nie tylko to, że drukarnia kosztowała tak jak wtedy wyliczaliśmy około 150 zł w razie konfiskaty można ją było odtworzyć w dwa dni, to jeszcze ekipę do druku można było wyszkolić w około 4 godziny. Więc ja sam wyszkoliłem kilkadziesiąt osób, które później stanowiły trzon pionu wydawniczego podziemnej „Solidarności”. Chcę jeszcze powiedzieć o unikalnym dosyć składzie szacie graficznej „Robotnika” unikalnej jak na podziemne czasopismo, które miały taki dosyć siermiężny układ graficzny. „Robotnik” był łamany na trzy szpalty tak żeby pomieścić maksymalną liczbę tekstu na jednej kartce. Na jednej kartce mieści się jedenaście stron standardowych maszynopisu czyli było to bardzo dobre upakowanie tekstu. Jeszcze miał tę zaletę że można go było złożyć, schować do kieszeni kombinezonu roboczego, można go było podrzucać do szafek w zakładach pracy przez szpary, i miał bardzo ładny, profesjonalny wygląd jak państwo widzicie co tutaj też demonstrujemy. Ja nie chciałbym się mądrzyć na temat kolportażu albowiem się tym nie zajmowałem. Zajmowałem się tylko przerzuceniem głównego nakładu do głównych skrzynek kolportażowych. Kolportażem zajmował się Darek Kupiecki i chciałbym mu oddać głos.

Jaka farba to była? Farba offsetowa, krótka bądź typograficzna rozpuszczona w paście komfort. (śmiech oklaski) Jedna część farby dziesięć części pasty komfort.

 

Andrzej Friszke

Proszę Państwa, wszystkie szczegóły techniczne są ważne, ja to rozumiem, ale musimy mieć pewną dyscyplinę. Proszę Państwa, ja pamiętam że Darek Kupiecki będzie mówił, ale nie teraz. Ja mu oddam głos w części dyskusyjnej. Bo musimy jednak pilnować pewnego reżimu. Bardzo dla nas ważnego ze względu na wyjazd na Żoliborz. Zmieniamy lekko temat i poprosimy Wiesława Kęcika, żeby – tak jak tu mówił Janek Lityński o sytuacji wejścia środowiska KOR-owskiego, czy problemach z tym związanych, do grup robotniczych, tak teraz prosiłbym o powiedzenie słów kilka na temat działalności z chłopami. Jak wiemy to są różne ośrodki, tu nie ma jednego ośrodka organizacyjnego, są różne inicjatywy, no właśnie dlaczego? Bardzo proszę.

 

Wiesław Kęcik

Proszę państwa, no oczywiście nie wypada mi zaczynać od narzekania na brak czasu do omówienia problemów niemal połowy polskiego społeczeństwa, które mieszkało na wsi, które żyło z roli, które zajmowało się zupełnie innym typem działalności, niż to, co do tej pory było tutaj mówione. Zupełnie inny charakter życia i pracy. Byli to ludzie, którzy mieszkali w swoich własnych warsztatach pracy i były tam problemy zarówno społeczne, jak i gospodarcze. Mnóstwo różnych problemów się tutaj kumuluje. Myśmy oczywiście w opozycji dotychczasowej nie mieli żadnego pojęcia, jak wyglądają problemy wsi. Ja również byłem związany z tą samą działalnością, o której do tej pory na tej konferencji była mowa. Lata 1974 - 1978 spędziłem na studiach we Wrocławiu, bo tam uciekliśmy, wraz z żoną Marzeną Górszczykówną, po naszym wyjściu z więzienia, gdzieśmy odsiadywali wyroki po procesach Ruchu z 1970 roku. Tam współzakładaliśmy Komitet Solidarności Studenckiej. Przyjechaliśmy z żoną Marzeną do Warszawy w 1978 roku i akurat trafiliśmy na wyjątkową sytuację; mianowicie przyjechał Janusz Rożek do Warszawy i mówi: "ja robię strajk." - "Jaki strajk?!- "No chłopski strajk, mleczny strajk. I chcę, żebyście wy z KOR-u przyjechali do nas i jakoś nam pomogli." No i pojechała grupa ludzi na ten strajk.

Jan Józef Lipski, Ludwik Dorn, Andrzej Zozula, ... no i mnie jakoś do tego zaniosło. Przyjechaliśmy na miejsce i okazało się, że my zupełnie nie rozumiemy języka, którym mówią ci ludzie. Zupełnie nie rozumiemy tych problemów, o których oni mówią. Nasza rola wtedy ograniczyła się do tego, żeby pomóc im napisać oświadczenie, bo oni zakładają Komitet. Zakładają Komitet Samoobrony Chłopskiej. No a myśmy im pomogli to napisać, bo chłopi są niezwyczajni do pisania. Ja zostałem tam kilka dni z tymi chłopami, żeby zorientować się w ich tematyce, o co tam naprawdę chodzi? I oni zaczęli przyjeżdżać tu do Warszawy, odwiedzać Jacka, odwiedzać Janka, odwiedzać te wszystkie znane osoby z Komunikatów KOR-owskich. Bardzo szybko koledzy mi to powierzyli. Powiedzieli: " Słuchaj, my się na tym nie znamy, ty się tym zajmuj." Łatwo powiedzieć. A ja niby się znam. No więc, oczywiście też się nie znałem i moja znajomość polegała na tym, że ja jeździłem do tych chłopów. Siadałem tam między nimi i godzinami, czy dniami słuchałem o czym oni mówią, jakie są ich problemy, czym oni naprawdę żyją.

I dwa, trzy miesiące po tym komitecie lubelskim przyjechał do Warszawy ksiądz Czesław Sadłowski ze Zbroszy pod Grójcem, który wcześniej organizował w swojej parafii popieranie strajków radomskich, pomoc dla innych protestujących, zbieranie pieniędzy z tacy na tę pomoc... I on mówi: "my też chcemy założyć taki komitet". No i znowu pojechaliśmy w kilka osób tam do niego i słuchaliśmy tych ludzi i ich problemów. Pomogliśmy im to spisać. I zauważyliśmy, że nasza rola między nimi ogranicza się do tego, żeby ich słuchać i żeby spisać to, co oni mówią. Wydawane było wówczas w środowisku Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela pismo dla rolników „Gospodarz”, które robił Boguś Studziński niezapomniany, ale jego koncepcja była taka, że my tu, inteligenci, w Warszawie robimy pismo dla rolników. Ale rolnicy jakby mówią co innego, myślą inaczej. Jak to zrobić? Doszliśmy do wniosku, że trzeba założyć pismo inne, gdzie sami rolnicy by pisali. A nasza rola demokratycznej opozycji warszawskiej sprowadziłaby się do tego, żeby im pomóc to napisać. I w krótkim czasie założyliśmy pismo „Placówkę”. Dzięki „NOWEJ”, która nam drukowała. Dzięki Elżbiecie Regulskiej tu wspomnianej przed chwilą. Dzięki jej mieszkaniu. Dzięki innym koleżankom, które koło nas chodziły i nam pomagały od strony redakcyjnej, kolportażowej, tekstowej, udostępniały nam swoje skrzynki „Robotnika” przy druku. Zaczęliśmy wydawać pismo „Placówka” w nakładzie 10 tysięcy egzemplarzy. Myśmy nie mogli robić na sicie, tak jak „Robotnik.” Ludzie na wsi mają słaby wzrok i nie są przyzwyczajeni do czytania. W związku z tym musieliśmy im pisać dużymi literami. I trzeba było pisać to inaczej. Wydawaliśmy to pismo składane, zszywane, to było w zależności od okoliczności osiem stron, a czasem i szesnaście.

Pismo to polegało na tym, że w redakcji byli rolnicy, byli chłopi. Z tych redaktorów z tamtego czasu siedzi tutaj Jurek Grzebieluch z Zawiercia, który co prawda, nie wiadomo, czy był robotnikiem, czy był rolnikiem. Ale miał ziemię. On to wśród rolników tamtego terenu Śląska i Zagłębia rozprowadzał Placówkę.

Na sali też tu siedzi Józek Baran, członek SKS-u krakowskiego, którego rodzice pod Krakowem mieli gospodarstwo, w którym się urodził i w którym mieszkał. On doskonale rozumiał problemy swoich rodziców i swoich sąsiadów. Byli tam też w redakcji Placówki inni ludzie. Staszek Kusiński, na przykład, który reprezentował okręg przemyski i tam tą bibułę dostarczał. Byli ludzie ze Zbroszy Był Janusz Rożek z Lubelskiego, który nie tylko zorganizował opór w kilkunastu okolicznych wsiach, ale umiał także włączyć się w działania wydawnicze i protesty licznych grup lubelskich, zarówno akademickich, jak i robotniczych. Staraliśmy się, żeby każde ze środowisk wiejskich, w których była jakaś niezależna działalność było reprezentowane w redakcji Placówki.

Siedzi tu na sali Jola Kozłowska, córka Jana Kozłowskiego, wybitnego działacza i społecznika z terenu Stalowej Woli i Sandomierza. On to trwale powiązał z Placówką wiele osób, między innymi ówczesnego proboszcza ze Stalowej Woli, a późniejszego twórcę uniwersytetu w Stalowej Woli i obecnego biskupa pomocniczego w Sandomierzu, księdza Edwarda Frankowskiego. Uwięzienie Jana Kozłowskiego wzbudziło wieloraki opór środowisk demokratycznych, a na rozprawy sądowe do Stalowej Woli przyjeżdżały dziesiątki osób z Warszawy, Lublina, Krakowa, a nawet Wrocławia. Wiele z tych osób zatrzymywanych było w aresztach i skazywanych przez kolegia orzekające, pod absurdalnymi zarzutami. Ksiądz Edward Frankowski wszystkie te osoby, skazane na grzywnę z zamianą na areszt, wykupił z pieniędzy kościelnych. Była to praktyka, którą spotykałem również i w innych okolicach. I tak, kiedyś wraz z Maćkiem Rayzacherem byliśmy wykupieni z trzymiesięcznego aresztu przez nieznanego nam wcześniej księdza dziekana w Ustrzykach Dolnych, gdyśmy pojechali z interwencją do chłopów prześladowanych przez kierownictwo rządowego ośrodka wczasowego w Arłamowie. Zatrzymano nas wówczas pod zarzutem wzniecania niepokojów społecznych. Nazwisko Jana Kozłowskiego jest jednym z trzech nazwisk wymienionych w tekście słynnych 21 Postulatów strajku gdańskiego, gdzie występuje żądanie uwolnienia tych trzech osób.

Są tu koledzy z Rzeszowa licznie reprezentowani. Są tu Józef Perlak i Katarzyna Skiba, syn i córka jednego z redaktorów naszej „Placówki” Franka Perlaka, który wraz z innymi chłopami, sąsiadami ze wsi Łowisko i Wola Żarczycka, w obronie własności swojej ziemi przed działaniami komunistycznej administracji, która chciała im tę ziemię zabrać, założył Komitet Samoobrony Chłopskiej Ziemi Rzeszowskiej. Komitet ten powiązany był codziennymi kontaktami z grupą działaczy z Rzeszowa, z których są tutaj na sali obecni Tadeusz Kensy i Janusz Szkutnik. Są tu obecne wdowy po członkach tego rzeszowskiego komitetu, panie Katarzyna Zdeb i Katarzyna Krasoń. Komitet ten, w poważnej mierze, był podstawą chłopskiego Strajku Rzeszowskiego z grudnia 1980 i stycznia 1981, który to strajk zaowocował historycznymi Porozumieniami Ustrzycko-Rzeszowskimi.

Tak jak mówię, Placówka, to nie było pismo, które myśmy robili dla nich, dla chłopów, to było pismo, które oni sobie sami robili a myśmy im pomagali. Mogę powiedzieć tylko tyle, cała opozycja podjęła to wyzwanie, na ile kto mógł. Ponieważ każdy był zajęty, powyżej możliwości, swoimi sprawami pracy w środowisku studenckim, w środowisku robotniczym, w środowisku inteligenckim, w sprawach wydawniczych,... w związku z tym nie było specjalnie możliwości do jakiegoś większego wsparcia tych rolników. Niemniej jednak trzeba powiedzieć, że przygotowaliśmy komitet założycielski Solidarności rolniczej, Solidarności wiejskiej, 9 września 1980 roku został ogłoszony Komitet Założycielski Związku Zawodowego. To byli ludzie wszyscy wokół „Placówki” zorganizowani. To byli ludzie reprezentujący całą Polskę.

Tę wieloletnią pomoc ku samo organizacji społeczeństwa na wsi polskiej wykonali ludzie KORu, zarówno ci znani z nazwisk, jak i setki tych anonimowych współpracowników, co to służyli mieszkaniami, samochodami, czasem,...I to robili ci ludzie, którzy tutaj siedzą. To robił na przykład Andrzej Zozula, który był wspomniany przy redakcji „Robotnika” był również członkiem redakcji „Placówki”. Kiedy w Zbroszy założyliśmy Uniwersytet Ludowy, żeby odbywać cykliczne spotkania kursowe, to jeździli tam ci sami profesorowie, którzy jeździli na kursy TKN-owskie po całej Polsce. Jeździli na wieś nieomal wszyscy starsi członkowie KOR -u, łącznie z profesorem Lipińskim i księdzem Janem Zieją. Oczywiście, że mówili innym językiem niż chłopi, natomiast ich wyjazd miał na celu pokazanie i zadeklarowanie, że tak jak inteligencja jest z robotnikami, tak samo jest i ze środowiskiem wiejskim. Nawet jeśli nie rozumiemy ich problemów, to my chcemy przy nich być. Jedyny specjalista w KOR-ze od spraw rolniczych to był profesor Jan Kielanowski, który miał doktorat honoris causa z hodowli gęsi na Uniwersytecie w Edynburgu.

Myślę, że to jest właściwe miejsce i właściwa okazja, by powiedzieć, że nigdy, od kolegów w KORze, nie usłyszałem słowa lekceważenia dla spraw wsi, nigdy nie usłyszałem słowa odmowy. Setki godzin danych przez kolegów, które ofiarowali na redagowanie oświadczeń broniących chłopów, we wszelakich możliwych sprawach, represyjnych, społecznych, gospodarczych,... Anka Kowalska, Aniela Steinsbergowa, Jerzy Ficowski, oboje Romaszewscy, wiele innych osób, które zaangażowane były przy tych oświadczeniach. KORowscy skarbnicy, Jan Józef Lipski i Piotr Naimski zawsze poważnie traktowali finansowe potrzeby Placówki. Mirek Chojecki i jego koledzy z Nowej, co miesiąc, drukowali nam setki tysięcy stron potrzebnych na złożenie 10 tysięcy egzemplarzy, które inni koledzy składali, zszywali i rozwozili na skrzynki. Interwencyjne telefony do korespondentów zagranicznych, do Wolnej Europy, do Gienka Smolara w BBC, do Tadka Walendowskiego w Głosie Ameryki, głównie wykonywane przez Jacka Kuronia, ale również i innych kolegów, choćby wtedy, gdy Jacek siedział podczas licznych aresztowań... To była również działalność KORowska na rzecz wsi. Zawsze można było poprosić, skądinąd potwornie umęczonych, Wojtka Onyszkiewicza, Janka Lityńskiego, Heńka Wujca o pomoc w działalności wiejskiej. Ile dziesiątków osób z różnymi interwencjami prawnymi przyjęli mecenasi: Stanisław Szczuka, Andrzej Grabiński, Jan Olszewski,... Ile bied z terenu wsi nakarmiła, przyodziała, pocieszyła Zosia Romaszewska... Bardzo jestem dumny, że dane mi było w tej działalności uczestniczyć wraz z całą mą rodziną, z żoną Marzeną Górszczyk-Kęcikową, teściową Wandą Ferens, bratem Jerzym Kęcikiem... Na tej działalności formowały się moje dzieci. Na wsi, w wyniku tej działalności mam wielu chłopskich kolegów i przyjaciół. Liczna ich reprezentacja na tej sali podczas obecnej konferencji, przy jednoczesnym braku czasu dla ich wystąpień, pokazuje potrzebę następnego spotkania, już bardziej nakierowanego na wystąpienia kolegów z terenu. O takie spotkanie do obecnych tu organizatorów, Konrada Bielińskiego i Mirka Chojeckiego, a także do innych przedstawicieli Stowarzyszenia Wolnego Słowa, apeluję.

 

Andrzej Friszke

Bardzo serdecznie dziękuję. (oklaski) Proszę Państwa, teraz wracamy na grunt środowiska „Robotnika” i środowisk, które miały ogromny wpływ na „Robotnika”. Zaczynamy od Gdańska. Czyli środowisko gdańskie i Bogdan Borusewicz. Bardzo proszę.

 

Bogdan Borusewicz

Najpierw opowiem o tym co robiliśmy w Gdańsku i jak się kształtowało środowisko. W 1974 roku kończę studia i wracam do Gdańska. Poprzez ojca Ludwika Wiśniewskiego kontaktuję się z grupą młodszych ode mnie ludzi (wtedy to miało jakieś znaczenie). Była to ta cała grupa moich przyjaciół, która później stworzyła Ruch Młodej Polski. Jak powiedziałem, kończę studia w 1974, ale nie kończę pracy magisterskiej. Pracę magisterską piszę jeszcze przez rok. W związku z tym jeżdżę pomiędzy Gdańskiem a Lublinem - a w środku jest Warszawa. W Warszawie zawsze mam dwudniowy postój, - wizyta u Jacka Kuronia, często jakieś inne kontakty, ale one są późniejsze z 1976, 1977 roku. Do Jacka Kuronia, trafiam wcześniej w 1972 roku, kiedy piszę pracę seminaryjną na temat odrodzenia harcerstwa ZHP w 1956 roku. Otrzymuję ten kontakt od doktora Adama Stanowskiego, który prowadził to seminarium. Wtedy się z Kuroniem poznajemy. Powiedziałem Jackowi, że siedziałem za 68 rok, co przełamuje lody.

Początkowo w Gdańsku to była działalność podobna jak wszędzie - taka studencko-inteligencka. Grupa samokształceniowa przy kościele. Spotykamy się także w mieszkaniu Janka Samsonowicza, spotykamy się to znaczy Olek Hall, Aram Rybicki, Maciek Grzywaczewski. Jak powiedziałem spotykamy się w mieszkaniu Janka Samsonowicza, bo to właściwie jest jedyne mieszkanie, które jest do dyspozycji, które jest własnością jednego z nas. Zresztą z mieszkaniami w Gdańsku jest znacznie więcej problemów i kłopotów, o czym za chwilę.

Kiedy jest Radom, demonstracje w Radomiu i w Ursusie , to mając już pewne doświadczenia - spontanicznie zaczynamy zbierać pieniądze Jadę do Radomia. Tam około 10 września na sali sądowej spotykam grupę z Warszawy. Jest tam Zosia Winawer, Antek Macierewicz, Ludwik Dorn, Jan Tomasz Lipski. Jestem kompletnie zaskoczony, podobnie jak oni, bo okazuje się, że robimy to samo niezależnie od siebie. Następny proces, to proces Leopolda Gierka, po którym zwijają warszawiaków.

W Gdańsku 1977 rok jest bardzo ważny, ponieważ oprócz spotkań z tą grupą, o której wspomniałem, tworzę grupę studentów elektroniki z Politechniki Gdańskiej. Do powstania tej grupy doszło w taki sposób, że przyszło do mnie dwóch jegomościów, jeden wysoki, chudy bez brody, drugi niski, tęgawy z brodą i ten z brodą od razu powiedział, że “przyszliśmy tutaj do pana, ale ja jestem marksistą – leninistą”. Myślę sobie, ale trafiłem. Był to Staszek Śmigiel, a tym wysokim - Antek Mężydło To właśnie oni stworzyli świetne środowisko na Politechnice. Doszło do tego, że spotkania ze mną robili w akademiku Politechniki Gdańskiej. W zasadzie grupa ta na Politechnice robiła co chciała. Ale oprócz tych wielu zalet i olbrzymiej aktywności mieli jedną wadę. Wszyscy byli spoza Gdańska i w momencie zakończenia studiów wyjechali. Co prawda przenieśli opozycję do Torunia.

W 1977 roku grupa moich wcześniejszych przyjaciół odeszła do ROPCiA. W związku z tym w pewnym momencie zostałem jak ten generał bez wojska. Sam jak palec. Ale w międzyczasie zaczęli do mnie przychodzić nowi ludzie. Przychodzili na adres podawany przez Wolną Europę. Byli to różni ludzie - jedni cisi, inni głośni,- więc otwierałem przed nimi drzwi. Tak jak u Jacka Kuronia, natychmiast częstowałem ich herbatą. Ta herbata przełamywała lody i rozpoczynałem rozmowę. W 1978 roku podczas mojej nieobecności przyszedł jegomość, raz, potem drugi. Siostra mi o tym później opowiadała. Jegomość ten przedstawił się, powiedział, że jest robotnikiem. Za trzecim razem kiedy przyszedł, akurat byłem po głodówce. Razem z Krzysztofem Wyszkowskim i z Piotrem Dykiem prowadziłem głodówkę w obronie brata Krzyśka – Błażeja. To był Wałęsa. Po czym w lecie w czerwcu lub lipcu przyszła do mnie Alina Pienkowska. Powiedziała mi, że pracuje w przychodni stoczniowej, Ucieszyłem się bardzo, bo wiedziałem co to znaczy, jakie to są kontakty. Ale byłem skonfundowany bo Alina wyglądała bardzo młodo. Kiedy otworzyłem drzwi i zobaczyłem bardzo młodą dziewczynę, pomyślałem sobie “o rany Boskie przychodzi już szkoła średnia, tylko czekać kiedy zaczną przychodzić przedszkolaki. I co ja z nimi zrobię?” Okazało się jednak, że to nie szkoła średnia. W tym samym roku przyszedł Andrzej Kołodziej. Podobnie Ania Walentynowicz - przyszła na mszę w obronie Błażeja, w Gdyni tam się spotkaliśmy pierwszy raz. Oczywiście nie wszystkie kontakty skutkowały zaangażowaniem się w działalność opozycyjną kolejnych osób. Muszę powiedzieć, że kontakty z osobami represjonowanymi, tymi którym pomagaliśmy rzadko skutkowały zaangażowaniem się w działalność opozycyjną. W Gdańsku było kilkadziesiąt osób wyrzuconych, po strajkach na dwóch wydziałach w Stoczni Gdańskiej. W zasadzie z tych kilkudziesięciu osób, jeden się trochę później zaangażował użyczając na zebrania swoje mieszkanie. Drugiego spotkałem dopiero w czasach “Solidarności”.

Tu w Warszawie w środowisku (KOR-u) cały czas toczyły się dyskusje na temat stosunku do środowiska robotniczego. Chcę powiedzieć, że trochę mnie denerwowały te dyskusje warszawskie. Uważałem, że środowisko to ma znaczenie intelektualne, ale żeby cokolwiek zmieniło w Polsce konieczna jest współpraca z robotnikami. Oczywiście dyskusje o takiej współpracy były, ale denerwowało mnie, że się w tej sprawie nic nie robi. Jest świadomość potrzeby współpracy, jest wiedza, ale nie ma działania. Uważałem, że jak jest wiedza - to zawsze musi być działanie. Powstanie “Robotnika”, było przełomowym dla środowiska krokiem – było działaniem. Tacy ludzie jak ja dostali do ręki narzędzie, dzięki któremu mogli się kontaktować z robotnikami. Dostali możliwość, bo wiadomo, że podstawową rzeczą wtedy był kolportaż. Kiedy było już kilka osób - to kolportaż się rozpoczął. I o to chodziło w tym środowisku. Zawsze dbałem żeby “Robotnik” trafiał do robotników. Przede wszystkim dbałem o Stocznię Gdańską ,o co mieli do mnie pretensje koledzy z innych zakładów. Jeśli przychodziło kilkaset egzemplarzy “Robotnika” to dwie trzecie wrzucałem do Stoczni Gdańskiej. Technika druku (sitodruk), którą wprowadził Witek Łuczywo miała olbrzymie znaczenie - ułatwiała operowanie pismem. Dawała także możliwość poprzez kolportaż pod zakładami pracy, kolportaż z ręki, poszerzania kręgu odbiorców.

Do Gwiazdów dotarłem samodzielnie. Otrzymałem podpisany przez nich list protestacyjny. W liście tym był ich adres. Poszedłem pod podany adres i powiedziałem, ze to co napisali jest bardzo interesujące. Zapytałem czy chcieli by razem ze mną to kontynuować.

Tak tworzyło się środowisko, które przygotowało i zrobiło Strajk Sierpniowy. Środowisko, które kierowało “Solidarnością” do stycznia 1981 roku. I myślę, że kierowało dobrze.. Hasło Jacka Kuronia „Zakładajcie komitety a nie palcie”, to było bardzo ważne hasło. Była to propozycja alternatywnej drogi poza strukturami władzy oficjalnej. Cała działalność KOR-u była działalnością poza oficjalnymi strukturami. To samo niezależne wydawnictwa. Nie protestowaliśmy przeciwko cenzurze tylko po prostu ją przełamywaliśmy. Podobnie inicjatywy robotnicze. Ale w tej sprawie nie byliśmy dogmatykami. Bogdan Lis w „Elmorze” zdecydował się opanować oficjalne związki zawodowe. Czyli działać jakby od wewnątrz. I udało mu się to w znacznym stopniu - został wiceprzewodniczącym związków oficjalnych. Nikt nie uważał, że nie powinien tego robić, przeciwnie, każdy się ucieszył. Robotnicze środowisko to w znacznym stopniu była Stocznia Gdańska, , której najwięcej uwagi poświęcałem. Najbardziej jednak środowisko robotnicze było widoczne w „Elmorze”, zakładzie ponad tysiącosobowym. W „Elmorze” pracował Andrzej Gwiazda, Bogdan Lis i oddelegowana z przychodni stoczniowej Alina Pienkowska. W momencie kiedy Alinę chcieli wyrzucić z pracy, zebrano w jej obronie (w zakładzie tysiącosobowym) około 700 podpisów. Co prawda potem około 200 osób wycofało podpisy, ale reszta pozostała.. „Elmor” był taką jaczejką korowską.

Teraz kilka słów o WZZ-tach.(Wolnych Związkach Zawodowych) Jest to historia bardzo ciekawa. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, muszę powiedzieć, że Jacek Kuroń i Jan Lityński popisali się dość dużą nielojalnością wobec mnie, ponieważ o tej inicjatywie kompletnie nic nie wiedziałem. Wyszkowski przyjechał do Kuronia i Lityńskiego , nie rozmawiał ze mną. Janek Lityński pomógł Wyszkowskiemu napisać oświadczenie o powstaniu WZZ-ów, a Jacek Kuroń to puścił w Wolnej Europie i stanąłem przed faktem dokonanym. Wyszkowski nie rozmawiał ze mną, bo wiedział, że nie zgadzam się z poglądem, że należy powołać WZZ-ty, zanim swoje powstanie ogłosi ROPCiO (Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela), że należy pokazać swój sztandar. To nie były dla mnie żadne argumenty. Skoro jednak WZZ-ty już powstały - zacząłem tworzyć, wzmacniać to środowisko. Muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o pokazanie sztandaru, to nie miałem racji. Okazało się, że pod tym sztandarem (WZZ-tu) zaczęli się zbierać gwałtownie inni ludzie. W 1978 roku to było już ukształtowane środowisko.. W WZZ-tach w zasadzie robiłem wszystko - od organizowania matryc Robotnika Wybrzeża, po drukowanie. Matryce robił mi mój brat Józef Borusewicz w zakładach w których był doskonały profesjonalny sprzęt. Witek Łuczywo kiedy widział te matryce, to męczył mnie abym mu powiedział skąd mam takie dobre matryce Zresztą takie same matryce Ziutek robił też w stanie wojennym. Wracając do „Robotnika” .Największy problem z „Robotnikiem Wybrzeża” mieliśmy z drukowaniem. Właściwie to nie był problem z drukowaniem tylko z Gwiazdą, ponieważ inżynierowi Gwieździe prosta konstrukcja Witka Łuczywo wydawała się za prosta. To było zbyt proste - jakaś ramka, gumka od majtek… Gwiazda powiedział, że zrobi urządzenie. Zrobił i kompletnie nie można było na tym drukować. Ciągle , mieliśmy problemy z farbą, to nam nie schło. W związku z tym wszystko się ślimaczyło. Wydaliśmy w ten sposób dużym wysiłkiem siedem numerów „Robotnika”. To było ważne dla środowiska, bo nadawało mu własne oblicze. Tak było, te różne inicjatywy miały własne oblicze i każdy się czuł, że robi to co jest ważne i z czym się może utożsamić. W pewnym momencie kiedy to środowisko już było dość duże, kiedy na wykłady samokształceniowe przychodziło do Walentynowicz dwudziestu, trzydziestu kilku robotników, już nie mogłem robić wszystkiego. W dużej mierze te spotkania obsługiwał Andrzej Gwiazda, Joanna Gwiazda, Leszek Kaczyński. Muszę powiedzieć, że Leszek to był bardzo dobry nabytek. My mówiliśmy o historii, o walce, dlaczego poprzednie strajki przegraliśmy, a Leszek, który był specjalistą z prawa pracy, dawał informacje, dawał wiedzę, którą można było natychmiast wykorzystać do własnej obrony.

Istotnymi momentami dla tego środowiska były uroczystości grudniowe. Widać było jak nasz wpływ się zwiększa. Ilość ludzi przychodzących na te uroczystości rosła w postępie geometrycznym. W roku 1977 – kilkaset osób, w 1978 – dwa do czterech tysięcy, w 1979 – już sześć, siedem tysięcy. Widać było jaka to jest dynamika.

W 1980 roku w marcu czy kwietniu były wybory. Wtedy zdecydowaliśmy, że wezwiemy do ich bojkotu. Wydrukowaliśmy 30 tysięcy ulotek, przeważnie na powielaczu spirytusowym, i chodziliśmy do kościołów pod którymi rozdawaliśmy te ulotki. Kiedy wchodziłem do kościoła, wszyscy ludzie w kruchcie się ode mnie odsuwali, bo okropnie śmierdział ode mnie denaturat., Podobnie od wszystkich innych kolegów. Ale w Gdańsku (i to chcę podkreślić) frekwencja wynosiła 94,26, kiedy w całym kraju była 98,25. To był dla mnie pierwszy sygnał, że mamy wpływ masowy. To oznaczało, że z grupy kontestującej można przejść do działań masowych.

Na koniec powiem o specyfice środowiska gdańskiego. Specyfiką było to, że z środowiskiem ROPCiA i z moimi przyjaciółmi z Ruchu Młodej Polski nie było w zasadzie żadnych konfliktów. Różniliśmy się ideowo, ale działaliśmy wspólnie. To wsparcie było bardzo potrzebne przy imprezach masowych takich jak obchody rocznicy grudnia 70., Kiedy moi koledzy organizowali obchody 3 Maja - to moje środowisko ich wspierało. Co prawda kiedy zaczęli robić jeszcze obchody 11 listopada, to my uważaliśmy, że to już trochę za dużo. Dwa razy w roku to znacznie nasilało represje, zwiększało zatrzymania. No ale nie było w Gdańsku żadnych problemów z akceptowaniem swoich różnic ideowych. Dziękuję. (oklaski)

 

Andrzej Friszke

Dziękuję. Teraz Jan Witkowski – Szczecin.

 

Jan Witkowski

Ja pochodzę z Gryfina i w 1976 roku gdzie mieści się elektrownia Dolna Odra wybuchł strajk - po podwyżkach ogłoszonych przez Jaroszewicza. Ten strajk był w zasadzie takim momentem, który pozwolił później ludziom, którzy tam uczestniczyli jakoś funkcjonować, myśleć inaczej. Było tak, że zaczęliśmy tworzyć jakiś zalążek niezależności. Pierwsze kontakty, które mieliśmy z Warszawą, to były oczywiście za pośrednictwem radia Wolna Europa. Na przełomie 1977/1978 roku mój brat Mirosław Witkowski skontaktował się osobiście z Jackiem Kuroniem i to był początek naszej współpracy z KOR-em. Powstała kilku osobowa jawnie działająca grupa w Gryfinie, w której oprócz mnie i brata była Danuta Grajek, Jola Nowak i Zdzisław Podolski. Równocześnie rozpoczęły się rewizje w mieszkaniach i zatrzymania na 48 godzin. Sami więc tworzyliśmy jakieś możliwości działania. Dla nas to nie było łatwe, ponieważ te kontakty z różnymi ośrodkami czy też z Warszawą i z otrzymywaniem jakiejś prasy były dosyć trudne. Na początku, w związku ze strajkiem w 1976 roku było wokół nas dużo ludzi zainteresowanych działalnością. Oczywiście po przesłuchaniach przez SB wiele ludzi już przestawało z nami współpracować i w sumie było nas niewielu. Z początku nic nie słyszeliśmy o działalności w Szczecinie, ponoć tworzyły się tam równoległe zalążki opozycji, a byli to między innymi Stefan Kozłowski, Waldemar Jadłowski, Sławomir Kołacz, Tadeusz Kociełowicz Zbigniew Jakubcewicz, Andrzej Kamrowski. Po pewnym czasie gdy dowiedzieliśmy się o szczecińskich inicjatywach uznaliśmy, że należy nasze wspólne działania powiązać i spotkaliśmy się gdzieś na początku 1978 roku. W zasadzie nasze wspólne działania ograniczały się do niewielu akcji, a to wszystko polegało na rozdawaniu ulotek, rozdzielaniu po zakładach pracy i akcjach rocznicowych. W „Dolnej Odrze” chyba najwięcej tych ulotek się pojawiało. Szukaliśmy różnych form działania na terenie Elektrowni.

 

Była kiedyś taka akcja protestu przeciwko bombie neutronowej, chyba w 1978 czy 79 roku, zrobiono masówkę, zjechała się telewizja do „Dolnej Odry”. Wymyśliliśmy wspólnie, żeby coś zrobić przy okazji tej sytuacji, więc wymalowaliśmy taki transparent, że „Veto bombie N i SS 20” i kiedy kamery się załączyły i oficjele zaczęli się prezentować wystawiłem na widok publiczny ten transparent. Była wielka konsternacja, wielkie zamieszanie, wtedy kamery zostały wyłączone. To była taka akcja spektakularna, w każdym razie pokazała nam, że można w jakiś sposób pokazać coś, że coś się dzieje, że coś się robi. Oczywiście czas płynął, kontakty były coraz szersze, przyjeżdżali do nas różni ludzie - przede wszystkim z KORu - Lityński, Heniek Wujec, był Kuroń, był nawet w Gryfinie, ale nie doszło do spotkania, bo został zatrzymany, no i tak w zasadzie trwało to przez pewien czas.

„Robotnik” głównie rozchodził się w zakładach pracy, bardzo chętnie był czytany, grunt był dosyć dobry. Po pewnym czasie uznaliśmy, że dobrze by było mieć jakieś pismo nasze, regionalne, dlatego, że pewne artykuły, które się pojawiały, których było coraz więcej, nie było sensu wysyłać do Warszawy, ponieważ w „Robotniku Warszawskim” było i tak dużo informacji z całej Polski. Postanowiliśmy powołać do życia „Robotnik Szczeciński”. W każdym numerze pisaliśmy, że pismo powstało z inicjatywy niezależnego środowiska robotniczego Gryfina i Szczecina a swobodny dostęp do nieskrępowanej informacji służy sprawiedliwości społecznej i wzajemnemu zrozumieniu. Pismo współtworzyli: Włodzimierz Głowacki, Danuta Grajek, Andrzej Kamrowski, Zdzisław Podolski, Mirosław i Jan Witkowscy. No, więc jakoś ciągnęliśmy tą formułę „Robotnika Szczecińskiego”. Produkowaliśmy go przeważnie i chyba tylko w Gryfinie, robiony był w prywatnych mieszkaniach i na terenie zakładu „Dolnej Odry”. Cała akcja robienia była dosyć ciekawa, bo to się odbywało w podziemiach rozdzielni elektrofiltrów elektrowni, ktoś robił, inni pilnowali, no w każdym razie była to dobrze zorganizowana grupa z oddziału Zabezpieczeń i Sterowań Elektrycznych. „Robotnik Szczeciński” był dobrym pomysłem, chociaż to już było krótko przed „Solidarnością”, więc wydaliśmy go zaledwie kilkanaście sztuk. Po tym jak powstały Wolne Związki Zawodowe w Katowicach (które tam w zasadzie nie trwały długo) i w Gdańsku, my również sądziliśmy, że byłoby dobrze gdyby u nas takie Związki Zawodowe zawiązać, tym bardziej, że - uważam- było takie zapotrzebowanie. Mówiliśmy o tym na wszystkich spotkaniach, które odbywały się wcześniej, jeszcze przed zawiązaniem w Gdańsku Wolnych Związków Zawodowych. Mówiło się u nas o Związkach, ale baliśmy się, że to będzie za wcześnie, jednak po Gdańskich Związkach Zawodowych uznaliśmy, że jest czas, więc zawiązaliśmy Wolne Związki Zawodowe Pomorza Zachodniego. Komitet założycielski tworzyli: Kazimierz Dobosz, Danuta Grajek, Bronisław Modrzejewski, Andrzej Kamrowski, Tadeusz Kociełowicz, Stefan Kozłowski, Jan Paprocki, Zdzisław Podolski, Jan Witkowski, Mirosław Witkowski. Nie były to Związki, które działały tak, jak w Gdańsku, nie mieliśmy dużego zaplecza intelektualnego, ale jakoś to funkcjonowało. Mówi się, że nasze Wolne Związki Zawodowe niewiele wniosły, nie miały poparcia i w zasadzie niewiele zrobiły. Uważam, że jest inaczej. Na przykład strajk w 1980 roku nie zaczął się w Stoczni Warskiego wówczas największej Stoczni w Szczecinie, tylko zaczął się w Stoczni Remontowej - Parnica, tam gdzie w zasadzie mieliśmy najwięcej udziału. Był tam nasz człowiek, z którym mocno współpracowaliśmy, który nazywał się Krystosiak i w zasadzie tam się rozpoczął strajk. Tam było naszych dwóch związkowców, dopiero z terenu Stoczni Remontowej, między innymi Krystosiak i nasi dwaj koledzy Zbigniew Jakubcewicz i Stefan Kozłowski popłynęli motorówką do Stoczni Warskiego, gdzie zaczęli nawoływać ludzi do protestu. Na terenie Stoczni był również nasz kolega związkowiec Andrzej Kamrowski, więc jakiś udział –jako Wolne Związki Zawodowe- mieliśmy w tym działaniu, nie było tak, że niewiele zrobiliśmy.

Ja jeszcze mam taką małą refleksję: wiele ludzi, między innymi ja – za trudy tamtej działalności - nie oczekujemy jakiś nagród, medali, wolelibyśmy, żeby ta Polska, o którą walczyliśmy wyglądała trochę inaczej, niż teraz.

 

Andrzej Friszke

Bardzo serdecznie dziękuję. Proszę Państwa, jestem w bardzo trudnej sytuacji. Mam do ogłoszenia bardzo ważny komunikat, że za dziesięć minut odjeżdżają autokary na Żoliborz, w związku z tym dosłownie mamy tylko pięć minut na tę dyskusję w tej chwili, więc chyba po prostu ograniczymy się do jakiś istotnych komunikatów. Ja tu mam na kartkach zapisane cztery osoby, które chciały zabrać głos w dyskusji w części dotyczącej ruchu ludowego i ani jednego głosu na razie zapisanego w sprawie ruchu robotniczego, chociaż chciałem Dariusza Kupieckiego poprosić o słowo na temat dystrybucji, kolportażu „Robotnika”. Szczerze mówiąc jestem w dużym kłopocie, bo nie bardzo wiem, co mam zrobić. No dobrze, więc ja może rzeczywiście poproszę, ale dosłownie dając po dwie minuty.

 

Dyskusja:

Katarzyna Krasoń

Tak długo czekałam, by powiedzieć kilka słów, tych najważniejszych. Chciałam tylko powiedzieć, że jestem z województwa rzeszowskiego, gmina Kamień. Przeszliśmy straszną tragedię. Naczelnik gminy wywłaszczył nas z naszej własnej ziemi, chciał nam wszystko odebrać, żebyśmy pozostali bez ziemi. Przez dwa lata nie mogliśmy sobie dać z nim rady. O mało nas nie wykończył. Wysyłał po kilka traktorów i traktorzystów i tak nam tą ziemię orali, że nie mogli my sobie poradzić. Potem takie się szczęście stało, że do Księdza przyjechali goście, Kensy Tadeusz i Szkutnik z Rzeszowa, oraz Kęcikowie z Warszawy, i oni nas obronili. To wszystko. Jakby nie oni, to bylibyśmy wykończeni. Potem zeznali my to wszystko i spisali, jak to było i puścili nas do Wolnej Europy. I wtedy nam ulżyło, ale wcześniej to straszną tragedie my przechodzili. Bili my się motykami, brali my motyki i co tylko było po ręką. Nieraz to my chcieli tego traktorzystę rozebrać z portek i puścić go nago...

 

Andrzej Friszke

Proszę Pani, ale my musimy tylko bardzo krótkie komunikaty..., Tak, że bardzo Pani dziękuję. Pan Tadeusz Kensy, dosłownie – słówko.

 

Tadeusz Kensy

Proszę Państwa ja chciałem powiedzieć króciutko: Komitet Samoobrony Chłopskiej Ziemi Rzeszowskiej, jest tu dzisiaj licznie reprezentowany, oni naprawdę wygrali, oni wygrali tylko dlatego, że KOR był w stanie pomóc wygrać, a wygrali oczywiście sami chłopi, bo te traktory, które oni rozkręcali, to była prawdziwa wojna, to wcale nie rozkręcał Wiesiek Kęcik, czy Józek Baran, tylko oni sami. Druga sprawa: wszystko, co działo się na początku Solidarności w regionie rzeszowskim, działo się właśnie z inicjatywy tych właśnie ludzi, tego właśnie środowiska. I jeszcze więcej, wtedy, kiedy okazało się, że Solidarność rolników indywidualnych, powiem delikatnie, zmierza w jakąś dziwną stronę, to wtedy właśnie w Rzeszowie Wiesiek Kęcik w trzecią rocznicę powstania Komitetu powiedział: „a czy przypadkiem ta prawdziwa polska wieś, nie powinna założyć nowego Związku?”. I to oczywiście było blisko, trzy tygodnie potem zaczęły się strajki w gminach, to była prawdziwa rewolucja w rewolucji, nie kontrolowana, nie sterowana, niestety przeciwko nam byli wtedy wszyscy, łącznie zresztą z przewodniczącym Związku Jankiem Kułajem i niestety z Józkiem Śliszem.

I ostatnie zdanie. Wczoraj było bardzo wiele odznaczeń, ja myślę i robię, co mogę, nie wiele mogę, ale robię wszystko co mogę, aby wszystkie te babki i jeszcze kilku staruszków doczekały się jeszcze kilku Krzyżyków, ale powiem Państwu o czymś, co dla mnie jest największym wydarzeniem tych trzech dni, nie umniejszając randze niczego innego. Mianowicie, wczoraj było osiemdziesiąt kilka odznaczeń, ale tylko Pani Katarzyna Krasoń dostała piękną wiązankę kwiatów od Andrzeja Wajdy. Dziękuję bardzo.

 

Henryk Wujec

Chciałem powiedzieć o kontaktach, które pozwoliły potem w czasie sierpnia 1980 roku zorganizować tę akcję informacyjną, była już tutaj mowa o tym, jak to stopniowo narastało. Pierwszy kryzys w naszej działalności mieliśmy , w czasie, kiedy chcieliśmy mieć kontakty z tą grupą, której udzielaliśmy pomocy, ale tam niewiele z tych osób chciało kontakty nadal utrzymywać, i niewiele z tych osób pozostało w obrębie Robotnika. Ale przełom nastąpił stopniowo, przychodziło coraz więcej ludzi, prawdopodobnie w wyniku, jak to powiedział Janek Witkowski, że Wolna Europa coś mówiła, i że „Robotnik” gdzieś docierał. Myśmy nie wiedzieli, kto do nas przychodzi, każdego przyjmowaliśmy z błogosławieństwem, zresztą potem się okazało, że nie wszyscy przyszli z dobrymi intencjami, ale ta siatka stawała się duża. Szukając w swoich dokumentach materiałów na dzisiejszą konferencję znalazłem (nie będę tego czytał oczywiście), taką siatkę kontaktów, na czas lipiec – sierpień 1980 roku: jak dotrzeć do poszczególnych regionów i tego jest bardzo dużo, wszystkie miejscowości w kraju są prawie wymienione. Chciałem się nawet dziś dowiedzieć, kto to pisał, bo nikt się do tego nie chce przyznać, ani Janek się nie chce przyznać, ani Darek się nie chce przyznać, ktoś z nas napisał taką kartę wszystkich kontaktów. Nawet teraz w czasie tej konferencji, pozgłaszali się do mnie ludzie, pan Mojek z Tarnowa, który mówił tu wcześniej że przyjeżdżał, a ja go wysyłałem do Łuczywów. Podobnie pan Miernikiewicz ze Starachowic, który też zabierał głos, jak przyjeżdżał po „Robotnika” i zapamiętał moje dziecko – Pawełka, że interesuje się filatelistyką. Znalazłem w tym spisie, że w Przemyślu mieliśmy bardzo dobry kontakt - Biskupa Tokarczuka na przykład, kancelaria kurii jest tam wpisana itd. Więc w różne sposoby to działało, ale dzięki temu wszędzie, gdzie był jakikolwiek protest staraliśmy się dotrzeć.

Pierwszy protest „sierpnia ‘80” zaczął się od lipca. Pierwszego lipca wybuchł strajk w Ursusie, tam gdzie był Bujak. Bujak, to był też kontakt wpisany na tej liście: Bujak, Karpezo, Broniarek, Pietrzyk, Janas, nawet adresy mam Janas - Patriotów 118, może potwierdzić czy się zgadza, Broniarek tak samo, itd. Więc tego pierwszego lipca dzwoni do mnie Bujak do Komitetu Normalizacji, gdzie ówcześnie pracowałem, że jest strajk. Ja natychmiast lecę do drugiego telefonu, w innym pokoju, żeby nie mogli rozszyfrować związków, dzwonię do Kuronia a tam pustka, nikt nie odbiera. Okazuje się, że Kuroń, który zawsze miał włączony telefon tego dnia miał wyłączony, bo wrócił bardzo zmęczony ze Słupska z procesu, gdzie broniono Kozłowskiego Marka i powiedział sobie: jeden dzień sobie odpuszczę, nie włączę telefonu, a wtedy właśnie zaczął się lipiec – sierpień 1980 roku. Wkrótce pojechałem do niego tramwajem i Jacek ogłosił wszystko w Wolnej Europie, że powstał Komitet Strajkowy w Ursusie, to było bardzo ważne, ta formuła, o której Jacek mówił wcześniej teoretycznie : „zakładajcie Komitety Wolnych Związków, a nie palcie komitetów partyjnych”, praktycznie została realizowana. W związku z tym następne strajki, jeśli gdzieś powstawały, to od razu formowały ten sam pomysł. W Świdniku powstał nie Komitet Strajkowy tylko Komitet Postojowy, bo strajk było trochę podejrzanym słowem. Potem już Lokomotywownia Lublin, wszędzie były te kontakty, nie było ich tak dużo, pojedyncze, śladowe, ale na przykład Czesław Niezgoda lider strajku w Lokomotywowni Lublin przyjeżdżał też do mnie wcześniej , brał „Robotnika” i dzięki temu był jakoś w to wszystko wprowadzony. To był taki jakby owoc wcześniejszej działalności i słusznie powiedział Janek Lityński, czy Bogdan Borusewicz, że ten sierpień trochę za wcześnie nam się pojawił. Gdyby to było później, to ta siatka byłaby poważniejsza i lepiej obejmująca cały kraj. To było za wcześnie, no, ale na szczęście była ta siatka, która pozwoliła potem, że gdy stanął Gdańsk i Stocznia, to potem stanęły po kolei wszystkie zakłady w kraju. To była taka sytuacja, że nie pozostało im nic innego, jak tylko nie chcąc, podpisać porozumienie sierpniowe.

 

Andrzej Friszke

Proszę Państwa to było bardzo ważne uzupełnienie naszej dyskusji. Ja ten panel, jak rozumiem, muszę kończyć. W tej chwili wyjeżdżamy na uroczystości na Żoliborz. Oddaję głos Konradowi Bielińskiemu.

 

[KB: Jedna tylko informacja: autobus stoi przed bramą główną tutaj na Krakowskim Przedmieściu i odjeżdża niebawem by zdążyć na czas. Tak więc, kto z Państwa do autobusu to bardzo proszę się pospieszyć.

Bardzo serdecznie dziękuję za udział w tym panelu.]